poniedziałek, 21 czerwca 2010

Między słowami

Wieczór był to miły, ciepły, sąsiad leniwie sączył Budwaissera, więc dołączyłem do niego by trochę pokargulić. Przy płocie. Od słowa do słowa uradziliśmy, że trza imprezę zrobić. Sobota wam pasuje? Pasuje. Wieczorkiem, jak zwykle? Jak zwykle. Przygotowałem się całkiem poważnie. Pięć paczek kurczaczych udek - co dało łącznie dwa żaroodpory zapakowane mięsiwem po brzegi - oraz alkohol maści wszelakiej. O zupce ASP nie wspominając - jest to najnowszy wynalazek, tajskie z pochodzenia, polskie z wykonania. Palce lizać.

Czekamy, 19:30 dawno minęła, zrobiła się ósma - kkurcze, sąsiad zwykle przychodzi na czas... Co się porobiło? W końcu nie wytrzymałem i zapukałem do niego. A tu stół nakryty, alkohol się mrozi... Ustaliliśmy wszystko bardzo dokładnie - ale organizator został przyjęty przez domniemanie. Oni zrobili dla nas - a my dla nich.

No i zamiast jednej imprezy - zrobiły się dwie.

Przez najbliższy miesiąc nie piję.

sobota, 19 czerwca 2010

Kaczora ciąg dalszy

Wpadliśmy do pobieżnej Jane podpisać papiery. Że niby klamotka zapadła, co podpisaliśmy to zrobią, a co nie to nie. W zasadzie to prawie nic nie zrobią bo działania porównawczo-wywiadowcze jednoznacznie wykazały, ze ceny proponowane przez developera są zupełnie nie z tej ziemi. No, ale. Jak się kupuje samochód za 80 tysięcy złotych to co tam człowiekowi zależy na kolejnych dwóch tysiącach wydanych na radio i zapalniczkę.

Pobieżna Jane pokazała nam plan kuchni - prawie idealnie taki jak nasz, tylko że zupełnie inny, bo w lustrzanym odbiciu. I kazała się zastanowić AS Ptysiowi czy mu proponowane zmiany pasują czy nie. ASP zazezował z lekka w prawo, przechylił głowę w lewo... Oz nie tak przecież. Zeza trzeba w lewo a głowę w prawo. Że co, tez nie widać? A czy Jane ma może lustro? Nieszczęsna przedstawicielka developera została zmolestowana do zdjęcia lustra ze ściany i przyłożenia go do planu. Teraz gucio? Gucio. Ustaliliśmy koordynaty, potwierdzili zgodność zamierzonego niezrobienia kuchni ze stanem faktycznym - i tu Jane podrapała się po głowie. Czy my na pewno nie chcemy lodówki? Jako że propozycja developera obejmuje zestaw Ping Pong AGD w cenie która zawstydziła by (potrójnie...) Miele, zdecydowaliśmy, że nie. Nie chcemy lodówki wiodącej chińskiej firmy. No to w takim razie w rogu oni nam zostawią miejsce na lodówkę. Znaczy że co - puste miejsce? No tak. A czy oni by mogli jednak wstawić tam szafkę? Bo lodówka będzie zupełnie inna i całkowicie gdzie indziej... Niestety, nieeee... utkło nieco Jane w gardle na widok wyrazu twarzy ASP i przeszło to w Niesssteee...ewiem czy się daaaaa... ale zadzwonię to się dowiem. Sądząc po naszych superbojach o pojedynczy kranik w łazience - w której to bitwie walczyliśmy jak lwy, a padliśmy jak muchy - nie spodziewam się zupełnie niczego poza Niestety, nie. Powiedziałem Jane żeby się nie denerwowała - mam taką pierońska jukę, to se ją wstawię do kąta. Yuka? Twarz pobieżnej Jane przybrała wyraz blank stare. No - kwiatek taki. Gruby pień, dużo zielonych liści? Aaaaaa.... powiedziała ze zrozumieniem Jane. Yuka tree. Opadły mi ręce. Nie idzie zrozumieć że chodzi o jukę, jak się nie powie że to juka-drzewko.

Gooooreeeeeee.

Wieczorem przychodzi sąsiad. Musze go pocieszyć nieco, bo z jego wczorajszej imprezy wyszły nici - wróciliśmy z tenisa gdzieś kole 11, a na ogródku miast fety i dzikich orgii - cisza, światła pogaszone. Żałoba narodowa. Remis z Algierią w siedemdziesięciolecie przemówienia Churchila został podsumowany leciusieńką parafrazą: "Jeszcze nigdy tak niewielu zrobiło tak niewiele dla tak wielu." Robię kurczaki w miodzie - tym razem z samym curry, za to wersją wściekle ostrą. Może mu to poprawi nieco humor.

czwartek, 17 czerwca 2010

Jasne noce

Dziwna sprawa. Niby nie tak daleko na północy - a jednak. Jako góral niskopienny jakoś nie jestem przyzwyczajony że o jedenastej jest jeszcze jasno - a w nocy na niebie nie gaśnie jasne światło nad horyzontem. Co ma swoje dobre i złe strony. Można sobie na ten przykład wyjść pobiegać w pełnym słońcu o ósmej wieczór. Albo wypić maluśkiego Budwaisserka z sąsiadem w promieniach zachodzącego słońca za piętnaście dziesiąta. Z drugiej strony stado cholernych mew, zwanych dumnie seagull'ami, drącymi bezlitośnie mordę o 4:30 wyzwala w człowieku chęć nabicia flinty. Znaczy - trza ją najpierw nabyć żeby mieć co nabić - ale chęć pozostaje. Grrrrr.

środa, 16 czerwca 2010

Tooth fairy

Dziesięć deszrotyzacji. Matko jedyna. Tu musi coś być złego z wodą. Albo atomy jakie w powietrzu... Przychodzą ludzie młodzi, jeszcze przed czterdziestką z gruzem totalnymw paszczy. I co ciekawe, większość twierdzi że higiene trzyma, zęby leczy - tyle że plomby wypadowywuja sobie kilka miesięcy po założeniu. I z małej dziurki robi sie duży problem. W końcu wszystko opiera się o mojego chirurga, który wywijając z gracją dłutem, pozbawia miejscowych problemu. Raz na zawsze.

Jakby tak jaką wróżkę zębową zapoznać - to mógłby być tu dla nas raj... Zębów w cholere - kokurencji praktycznie żadnej...

Poza tym przychodzi jeszcze jedna grupa, uzależnieni od heroiny. Musze pogrzebac czy gdzies tego nie ma opisanego - w Polsce problem był nieznany z racji ceny narkotyków. Natomiast tutaj działke mozna ponoć kupić za pół tygodniówki. A w efekcie dostajemy pacjenta co to nie dość że nie ma ani pół żyły - bo szlag trafia nie tylko te w które sie wbija igły, ale ogólnie wszystkie - to jeszcze jego zęby wyglądaja jak zmurszałe pieczarki. Przedziwne.

Na szczęście po mojej ostatniej dyskusji ze smerfetką szlag ją trafił dokumentnie - i dzisiejszą listę robię dla mojego stałego ultra-zawodowca. Leon nie zabijał tak szybko jak on rwie te nieszczęsne zęby. Na jego tarczy widnieje motto prawdziwego killer’a:
If you blink - you’ll miss it.

Podoba mi się.

wtorek, 15 czerwca 2010

Va banque

Krany padły. Nie ma ludzkiej siły żeby pobieżna Jane była w stanie to załatwić. A widać że dziewczyna się stara. Po oczach głównie i uśmiechu, ale to się jednak da zauważyć. Ponieważ pewne rzeczy są przez polska mentalność do zaakceptowania trudne, zaczęliśmy Jane dusić. Alegorycznie. Że może my ten kranik kupimy a oni nam go zamontują? To ona zadzwoni. Po kilku dniach okazało się że niestety, nie da się zamontować kraniku bo nie ma sinku. Czyli tutejszej umywalki. No to ja kupię ten cholerny sink. Niestety, nie da się tego zrobić. Muszą zamontować własny. No to niech kupią taki co to pasuje pod pojedynczy kran. Niestety, nie da się go kupić - w związku z powyższym bedziem mieć krany dwa.

Pobieżna Jane obiecała przy okazji akcji "łapać klienta" kilka innych rzeczy, z czego akurat pojedynczy kranik wydawał się być najłatwiejszym z zadań postawionych developerowi. Bo prócz tego mamy na gębę obiecane klucze w połowie sierpnia - choć na papierze to jest wrzesień, z adnotacja że się mogą spóźnić, miejsce do składowania gratów, zwane tu z niewiadomych przyczyn garażem - chyba że to z powodu trzymania w środku rowerów. Znaczy - samochodem się do środka wjedzie, ale wyjść z niego można tylko przez bagażnik. Podejrzewam że to może być przyczyna dużej popularności kabrioletów w tym kraju. O innych naszych pomysłach nawet nie wspominam. Powiedzieć niestety, nie mogę sobie sam.

Odnośnie płytek w kuchni to niestety, nie da się przywieźć własnych, więc będę je kładł w odkurzonym mieszkaniu; na szczęście tutejsza technologia oszczędnościowa zakłada obecność owych jedynie w miejscach widocznych - pod szafkami znajduje się beton. W związku z powyższym nie będę musiał demontować świeżo zamontowanej kuchni...

Mam takie straszliwe, chodzące po grzbiecie przeczucie. Że następnym razem pobieżna Jane zedrze z twarzy maskę - i zamiast jej uśmiechniętej twarzy, zobaczę Kazimierza Kaczora, z jego uroczym niestety, nieee...

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Przeciez to nie były mamuty

Biała rasa umiera. Prognozy są conajmniej - niepokojace. Mianowicie za 150 lat nie zostanie po nas ślad. Żywy, bo malarstwo, poezja i inne tego typu rzeczy pozostana. Co prawda wraz z upływem czasu Kopernik bedzie kobietą, no, ale. Skąd sie nieszczęście bierze? Standardowy model przyjmuje że dwoje białych partnerów posiada dwoje białych dzieci (zakładamy, ze listonosz też jest biały). Tyle, ze wypadki losowe i insze choroby pomalutku degraduja tę liczbę, tak że wiek rozrodczy osiągają nie wszystkie. I pomaluśku, pomalusieńsku zaczynamy zanikać. Tu od razu chciałbym odrzucić na bok, jako zupełnie statystycznie nieistotne, przykłady takich Słopnic, do których bodajże Buzek pojechał, żeby nocznie sprawdzić jakim cudem przeciętna rodzina ma tam 10 dzieci. No, bo - wszyscy maja jedno. Albo dwa. A w Słopnicach - dycha.

W Jukeju jest jeszcze gorzej. Coraz bardziej popularnym zabiegiem staje się podwiązanie nasieniowodów u panów. Dla kobiet to radocha wielka, bo mogą sie kochać z ukochanym mężczyzna swoim bez starchu że zajdą w ciążę - a każdy skok w bok zawsze mogą usprawiedliwić chęcia posiadania potomstwa, ktróego podwiązany, jak wiadomo, zapewnić nie może. Choćby sie za...kochał na smierć. Ponoć w niektórych kręgach zabieg ten jest zwany zemstą ostateczną. Nastepuje to zwykle w sekwencji: on ma skok w bok - ona mówi że jak się chce z nią kochać, to ma sie podwiązać - ten się zgadza - po czym następuje uroczysta wymiana dokumentów. On jej dostarcza wynik trzeciego badania, w którym „plemników nie znaleziono”, a ona mu wręcza papiery rozwodowe.

Co jest w tym najciekawsze - robimy tych zabiegów kilka tygodniowo. Czyli od początku roku wykonaliśmy ich jakieś osiemdziesiąt. Z czego 79 to byli Biali mężczyźni i jeden Hindus. Musi zbałamucony tutejszą filozofia. A Murzyna - żadnego. No bo jakim cudem Murzyn miałby swoje piętnaścioro dzieci (z czternastoma różnymi partnerkami) gdyby sie dał podwiązać za młodu???

W zasadzie wizyta Buzka w Słopnicach była niepokojąca. Bo skoro mąż stanu nie wie co trzeba zrobic żeby mieć dziesięcioro potomstwa... Dzizzazzz...

AD 2844. Dwa sczury opowiadaja sobie dowcip.
- Wiesz jak wyginęły białasy?
- Jak?
- Przychodzi samica do samca i mówi: zróbmy sobie dzidzię! A ten na to - podwiązałem się. I tak wyginęły mamuty ludzie.

niedziela, 13 czerwca 2010

sobota, 12 czerwca 2010

Żałoba

U sąsiadów stan euforii trwał 36 minut. Dokładnie od 4 do 40'. Potem nastąpił okres natężonego oczekiwania który zupełnie niespodzianie przeszedł w ponurą refleksje nad życiem w ogóle, a życiem bramkarza w szczególności.

Chyba go jednak zjedzą.

...na pohybel...

...we are the champions - my friends
And we'll keep on fighting - till the end -
We are the champions -
We are the champions
No time for losers
'Cause we are the champions - of the world...


piątek, 11 czerwca 2010

Miting

To jest jak sraczka. Nadchodzi niespodzianie, wywraca człowiekowi życie do góry nogami, a dwa dni później się nie pamięta czy to był sen - czy jawa.

Tym razem coś się stało - nasza firma o-sza-la-ła i zafundowała nam stary dworek wśród zieleni na miejsce spotkania. Gdybym to ja wiedział... Szaman był w pobliżu, można by czas mile spędzić wśród zieleni albo też przy kominku pijąc whisky. Czy co tam by się z torby wyciągnęło. Ponieważ nie wiedziałem - wysiadłem z samochodu parę minut przed rozpoczęciem mając zrobione 190 mil, trzy godziny jazdy, kociokwik we łbie i ból w wiadomo czym.

Zebranie jak zebranie. W zasadzie rodzaj psychoterapii grupowej bez psychoterapeuty. Pogawędziliśmy miło, posłuchali wykładów, zjadłem lanczyk - tu żuchwa kompletnie mi spadła do pasa, bo ostatnim razem dostaliśmy kanapki na papierowych talerzykach, a tym razem dali prawie-że-obiad plus zimny bufecik, bardzo zacny (nawet jajko na twardo było) - i pognałem z powrotem do domu.

Może 380 mil nie brzmi dumnie, ale jak się to przeliczy na ponad 600 km...

Powinienem dostać dodatek TIRowy, czy cóś...

czwartek, 10 czerwca 2010

dablou'seven

Wywiad podstawą sukcesu. Wiadomo to od dawien dawna, w zasadzie zawód szpiega powinien być wpisany na listę zawodów wymyślonych przez ludzi jeszcze przed celnikiem, zaraz po kurtyzanie. Ponieważ pobieżna Jane dowiedziała się w końcu dla nas ile kosztuje zrobienie łazienki w płytkach - a tu trzeba dodać że łazienki w Jukeju są przepastne, jak wdech zrobię, to się ASP mieści na luzaku - więc z opadem żuchwy pojechalismy sprawdzić w Tiles'ach, po ile też tutaj stoi metr płytek. Taniej niż u nas. A robocizna? Po podsumowaniu wyszło, że za zaproponowana cenę mogę sobie położyć biały marmur z Carrary, w dodatku kłaść go będzie ekipa dziewic orleańskich (ach, ta Mila...).

Krany zaczynają umierać - okazuje się że ni-ma bata, będą śliczne, chromowane i DWA. Szlag mnie trafi. Nie idzie tego przeskoczyć.

W związku z powyższym rozpoczęliśmy akcję taniocha. Niech założą cokolwiek, byle by to było łatwo zerwać.

Spawać umiem, elektryke poprawiałem po elektryku, kanalizacje po kanalarzu - płytek nie położę?

Co, JA nie skoczę???

środa, 9 czerwca 2010

Ja chciałem powiedzieć

...że Pan Prezes to wszystkie rozliczenia! - bardzo dobrze prowadzi.
Że jak co komu jest winien... W ogóle nic nikomu nie jest winien bo bardzo jest w tych sprawach dbający. Klub prowadzi dobrze...


Jako że nadszedł czas apraisala, dostałem od manago nowy, jeszcze lepszy formularz do wypełnienia. Z jego pomaca praca będzie czysta przyjemnością, a codzienne zadania... A, nie - to z reklamy Microsoftu.

Rzuciłem na parapet i jakoś tak za cholerę mi nie było po drodze. A to roboty się nawaliło, a to listy trza było napisać... Grrr. No i jakos tak po siódmej wieczór wpadła manago coby mi przypomnieć w piątek mamy randes vous. I czy ja mógłbym jutro napisać ten nieszczęsny papier. Jutro mam wolne. To może pojutrze? Pojutrze jadę na spotkanie doktorskie, co to jest daleko, daleko. To dzisiaj.

Otwarłem ten papier. Pytania zupełnie jak z Barei.
A jak ja się czuję w zespole?
Pięć odpowiedzi - byle jak, tak sobie, dobrze, super i zajebiście (to ostatnie daje 10 punktów).
A jak się ubieram?
Jak wypełniam swoje obowiązki?
Jak dbam o pacjentów?
Czy pomagam nowym członkom zespołu?
Zacząłem móżdżyć aż w końcu pomyślałem sobie - człowiek nie powinien kłamać. Jak się jest narcyzem - to się nim jest na całego. Żadne półśrodki nie wchodzą w grę. No i - wpisałem wszędzie żem jest zajebisty okrutnie.

Na szczęście do apraisala jest wydrukowany krótki instruktaż, jak się do niego zabrać, wraz z przykładowym tekstem:
Czasem aż oczy bolą patrzeć, jak się przemęcza dla naszego klubu, prezes Ochódzki Ryszard, naszego klubu „Tęcza”. Ciągle pracuje! Wszystkiego przypilnuje i jeszcze inni, niektórzy, wtykają mu szpilki. To nie ludzie – to wilki! To mówiłem ja – Jarząbek Wacław, trener drugiej klasy. Niech żyje nam prezes sto lat!

wtorek, 8 czerwca 2010

Mortgejdż

Dzizzazzz...

Jak się powiedziało A - trzeba powiedzieć Beeee.

Byle nie dojść do Muuu, bo człowieka wydoją.

Przyszedł facet od pośredniczenia w pośrednictwie. Zgroza. Reklamują się że znajdą nam najlepszy kredyt jaki tylko istnieje, żebyśmy Broń Boże nie wzięli gorszego. To w sumie jest ważne - człowiek najbardziej nie znosi myśli ze dał się zrobić w bambuko. Dlatego chętniej zapłaci pośrednikowi niż pozwoli by mu gul w nocy skakał ze złości z powodu nieoptymalnego kredytu.

Kredytopośrednik przylazł, wywiad zebrał i oświadczył że ma dla nas dwie propozycje, z jednego banku. Obie są najlepsze, bo jedyne - więcej nie ma. W sumie kapitalny zawód, może by się tak przekwalifikować? Wysłuchałem o zasadach trackingu, fix'a, ubezpieczeń, zabezpieczeń i innych rzeczy straszliwych - po czym przystąpiliśmy do wypisywania papierów.

Gdyby jakiś master-mind zła chciał zniszczyć nasza cywilizację, uprzejmie podaje przepis: należy wyhodować bakterie żywiące się papierem. I już. Po 24 godzinach zapanuje totalny chaos, po tygodniu nie zostanie po nas ślad.

Niby powinienem się cieszyć. A czuję się jakbym sprzedał własną nerkę.

poniedziałek, 7 czerwca 2010

Karpety

Jukej to jednak dziwny jet kraj. Zaczęło się niewinnie - mianowicie AS Ptyś zażądał kategorycznie od developera że żadnych karpetów mieć nie chce. Mają być panele.

Znaczy, można sobie zamówić podłogi drewniane, ale tu wyłaniają się dwa problemy. Po pierwsze, import jest okrutnie drogi, a najbliższa drewniana podłoga jest w Pałacu Buckingham. A po drugie, stropy z niewiadomych przyczyn są tu robione z płyt paździerzowych na legarach - więc, by zagłuszyć skrzypienie, seks można by uprawiać tylko przy włączonym hydroforze. Albo młocie mimośrodowym.

Przedstawicielka developera - pobieżnie zwana Jane - pokiwała ze zrozumieniem głową i napisała - wszędzie panele. Po czym z niewzruszona mina zapytała, jakie chcemy karpety na schody. Tu ASP przybrał minę pt. szlag mnie trafi z moja wymową tego cholernego języka, i mówiąc bardzo wolno, powiedziała że karpetów nie chce, za to wszędzie mają być panele. Jane na to że ona rozumie - karpetów nigdzie nie będzie i w związku z tym jakie chcemy na schodach. Tu mi zaskoczył zatrzask w mózgu i zapytałem czy mamy rozumieć ze na schodach musi być karpet? Musi. A czy ona by mogła sprawdzić że może nie musi? Sprawdziła. Rechot ze słuchawki był dobrze słyszalny i wyjątkowo wymowny: nie montują na schodach paneli.

Tu skrzyżowałem palce i przystąpiłem do kolejnego punktu naszego makiawelicznego planu. Punk ten zawierał niepomijalna prośbę o pojedyncze krany w każdej łazience oraz w kuchni. Jane podrapała się po głowie i zadzwoniła raz jeszcze. Tym razem rechotu nie było, okazało się że i owszem - za dopłata się da. Czy Państwo sobie życzą? Państwo sobie życzą.

Punkt trzeci to łazienki. Coby flizy były na ścianach. Okazało się że się nie da. Tu obeszło się bez dzwonienia - ale też ich rozumiem. Jak się na stropie z paździerzy postawi łazienkę z kamieniem na posadzce i płytkami na ścianie to prędzej czy później takie cudo wyląduje na parterze. Razem ze stropem.

Eplajensy. Czy my może chcemy standard, czy jakoweś trompka-pompka i organy? A za ile? Tu się okazało że za proponowana dopłatę zakupię sobie bez większego problemu koncertowego Stainbacha. Znaczy, nie mam go gdzie wstawić, bo chałupka nieduża, ale jednak. Zrezygnowaliśmy. Jak mi zbrzydnie to co wsadzą, pojadę do Comet'a. Za proponowaną cenę to nawet kuchenkę Miele się kupi.

W końcu skończyliśmy tematy proste i zaczęliśmy trudne. A czy można zrezygnować z blatu w kuchni?
Nie można.
A okno w dach wstawić można?
Nie można. Znaczy - można, ale po oddaniu budynku.
A jakbym kupił, nie wstawilibyście?
Nie.
Mogę sobie wstawić sam - ale do tego będę musiał potem spruć połowę strychu.

-A co, Herod nigdy nie był młody?
-Nie.


Poręczy proszę nie malować. Żeby taka drewniana została.
Nie da się. Przychodzi pomalowana. Na biało i brązowo.

Tu mi się Laskowik przypomniał, co to na pytanie Smolenia "A co jest?", odpowiedział "Ja jestem!".

Dzizzazzz...

niedziela, 6 czerwca 2010

Skąd mam w domu zakrwawiona koszulkę Rafaela Nadala

Historia zaczęła się niewinnie. Od sąsiada, co to handnął nam over przez płot po buteleczce Budwaissera. Ponieważ Polak człowiek honorowy jest, będąc w Tesco zakupiliśmy po buteleczce Żywca i zapukali popołudniowa pora do drzwi sąsiada. Ucieszył się. Żywca gulnął, kilka razy spróbował wymówić słowo Żywiec - choc z Jeann-Pierr nie ma problema, to Żywcem jest - i wyciągną kratkę Budwaissera. Zamiast popołudniowego delikatnego uzupełniania elektrolitów wyszła pełnowymiarowa impreza, na której pokazaliśmy im nasze zdjęcia ze ślubu a oni nam rejestracje wideo ze swojego. Czyli - osiągnęliśmy stan upadłości absolutnej, kończąc gdzieś w środku nocy.

Dzień drugi rozpoczął się wyganianiem kaca wysiłkiem fizycznym - do tego celu ASP zakupił mi nowego T-shirt'a i zagnał na kort tenisowy - oraz nerwowymi dośc przygotowaniami do imprezy z naszymi przyjaciółmi, którym obiecałem placki po węgiersku. Czas gonił, więc na dwa noże zaczęliśmy rachciachać wołowine na gulasz, ziemniaki trzeć na tarce - i tum się wykazał nadgorliwością, bo w trakcie owego tarcia starłem sobie palec.

Jam jest mężczyzna stuprocentowy, więc mnie to mało nie zabiło...

Po zwyczajowych obrzędach - w skład których wchodzi "arghhhh", syczenie, ssanie palca, płukanie go pod zlewem, syczenie, psikanie czymś z alkoholem, syczenie, plasterkowanie i syczenie - sytuacja została opanowana. Gulasz wyszedł znakomity, natomiast placki miały taki - nieuchwytny smak nowości. Nie wiedzieć czemu.

Dzisiejszy kociokwik był znacznie milszy, człowiek jakoś się przyzwyczaja do różnych rzeczy. Mając piękna wymówkę pod postacią transmisji bezpośredniej z Roland Garros, zasiedliśmy do drzemki przed telewizorem. I tu się okazało, że w moim pieknym T-shirt'cie gra Nadal . Noż by go jasna cholera - to już nie ma innych koszulek w sklepie? Nadal ładnie wykończył Soederling'a, spakowaliśmy rakietki, pojechaliśmy na kort i tu się zupełnie niespodziewanie okazało że mój palec nadal krwawi, szczególnie jak się nim rakietkę trzyma. Rzecz jasna nie krwawił po butach (bo stare), spodenkach (bo za 3,50) czy korcie (bo nie mój) - za to upaprałem dokumentnie mojego nowiuśkiego tiszercika. Jasna cholera.

Do spisu rzeczy niepoważnych należy dopisać używanie tarki na kacu.

sobota, 5 czerwca 2010

33 sceny z życia



Rozbiegówka powyżej jest najlepszym dowodem że specjalistów od marketingu trzeba wsadzić w rakietę i wysłać w kosmos. A przed wysłaniem strzelić czymś twardym w czerep.

Film jest - przedziwny. Studium rodziny artystów dotkniętej śmiertelnym procesem jednego z jej członków. Znaczy, każdy z jej członków jest dotknięty tymże - zgodnie z definicją życia które to jest chorobą śmiertelną, przenoszoną drogą płciową - ale nagle okazuje się, że fakt posiadania procesu nowotworowego burzy nasz światopogląd oparty na przedziwnym przeświadczeniu, że jesteśmy nieśmiertelni, a za zejście z tego świata odpowiadają lekarze.

Ona jest artysta - fotografikiem. On - kompozytorem. Ich uczucie jest głębokie, oparte na obopólnym zrozumieniu i miłości. I nagle w ich życie wkracza śmierć. Ot, tak. Matka zaczyna - boleśnie, pomału - umierać. Nagle w rodzinie, która do tej pory była skałą i opoka, pojawiają się rysy. Dekompensacja stresu jest w swojej grotesce przerażająca. Ból członków rodziny zaczyna się przejawiać w przedziwnych konstelacjach. Bo - wszyscy jesteśmy śmiertelni. Bo przecież każdy w końcu umrze. Ale do kurwy nędzy - dlaczego akurat my - teraz - w ten sposób. Łatwo jest zaaprobować śmiertelność rasy ludzkiej - ale zupełnie czym innym jest zaaprobowanie śmierci własnej matki.

Każdy chce iść do nieba - ale nikt nie chce umierać.

Doskonały film. Pokazujący degenerację, ale również siłę i restaurację ludzkiej osobowości w obliczu śmierci bliskich. Wszytko bez jakichkolwiek fajerwerków uczuciowych, sentymentalizmu, czy zadęcia edukacyjnego.

Ciekawostką jest wystąpienie dwojga aktorów, którzy w filmie nie używali języka polskiego. To Julia Jentsch i Peter Gantzler. Zostali zdubingowani dla potrzeb polskiej produkcji. Co do Julii, coś mi od początku nie grało - ale Petera wypatrzyłem dopiero od koniec.

Może się spodobać - może się nie spodobać. Ale chyba nikt nie przejdzie koło niego obojętnie.

100 ml 70% calvadosu.

piątek, 4 czerwca 2010

Eksmisja

Żeby kupić dom - trzeba mieć solicytora. Nie da rady inaczej. Solicytor sprawdzi czy dom faktycznie istnieje, czy ma to co mieć powinien i nie ma tego co raczej powinien nie mieć, rzuci okiem na plan zagospodarowania miasta czy przypadkiem developer nie wykorzystal nieuwagi urzędnika w magistracie i nie wydebił pozwolenia na placu budowy autostrady, zobaczy czy nie chcemy mieszkać na poligonie, wulkanie, górze lodowej czy wysypisku smieci - oraz zajmie sie przygotowaniem umowy kupna-sprzedaży wraz z organizacja przelewu środków. Płatniczych.

Tak miłego człowiek dawno juz nie spotkałem. Uśmiechnięty. Zadowolony. Przywitał nas w drzwiach i miał dwa pieski. Usiedliśmy, wyłuszczylismy sprawę kto zacz i po co przylazł - usmiechnał się od ucha do ucha, po czym tłumacząc po kolei co będziemy robic, pisał małe cyferki z boku białej kartki. Mówił w tempie karabinu maszynowego, cyferki pisał jeszcze szybciej. Sto, czterysta, siedemdziesiąt pięć, trzydziesci dwa pięćdziesiąt.... I tak dalej, i tak dalej... Po podsumowaniu kosztów zrozumiałem jego uśmiech szeroki. Mój pies, bernardyn, też sie tak uśmiecha na widok pozostawionych bez opieki schabowych.

Czytałem kiedyś takie opowiadanie S-F - ja mam mózg gazami uszkodzony więc jestem usprawiedliwiony - o tym jak to w trakcie eksploracji kosmosu ludzie spotkali statek obcych. Był to tak zwany rzut 2 planetarnego exodusu spowodowanego nadciągającą zagładą całego układu planetarnego. Pomysł był nastepujący. Zbudowano trzy statki. Pierwszy, A, był dla naukowców, filozofów i artystów - czyli producentów dóbr niematerialnych. Ten miał odlecieć jako drugi. Trzeci, C, był dla robotników i rzemieślników. Czyli producentów dóbr materialnych dla odmiany. Ten miał odlecieć jako ostatni. Natomiast statek B - do niego załadowano wszystkich pośredników, solicytorów, prawników, rzeczoznawców, bankowców, handlarzy, agentów reklamowych i wysłano ich w kosmos. Jako pierwszych.

Jeżeli dodamy że po wystrzeleniu zamikły radioodbiorniki a stery zablkowały sie w pozycji forward, sytuacja staje sie klarowna...

Zastanawiam się ile może kosztowac taki tankowiec. Stutysięcznik na ten przykład. I jak by im tak wmówic, że Europa za chwile zniknie pod wodą...

czwartek, 3 czerwca 2010

I jak ich nie kochać

Chirurdzy. Rasa dziwna i nie do końca zrozumiała. Tutaj wystepuje rys zbieżny z kobietami, też ich pojąć nie idzie - ale jednak chirurg to nie kobieta. Za młodu dowiedziałem się nawet że kobieta chirurg to w ogóle nie kobieta jest - mianowicie do pokoju lekarskiego weszła pani chirurg i widzac że wszystkie miejsca są zajęte, klepneła swojego kolege po fachu z okrzykiem: „Ustapił bys miejsca kobiecie!”. W odpowiedzi dowiedziała się że jest chirurgiem a nie kobietą, więc krzesełka nie dostanie. I tum popadł w dysonans poznawczy bo na pierwszy rzut oka rzeczona przedstawicielka cechy rzemiosł różnych była nie do odróżnienia od kobiety. A tu proszę.

Jak każdy rodzaj skomplikowany, a ludzkiemu mózgowi nieuchwytny, chirurdzy doczekali sie kilku klasyfikacji. Ten najprostszy, nie budzący żadnych wątpliwości, oparty jest na rodzaju płynu z którym rzeczony chirurg paraduje dumnie na bluzie operacyjnej. Czerwony, krew. Maja go Ci co tną w klatce ale też i w brzuchu. Czyli chirurdzy miętcy. W opiłkach kości, z drutem Kirschnera dumnie sterczącym spomiędzy krzywch zębów, paradują ortopedzi. Czasem targają ze sobą różne młoty czy piły - ale znam takiego jednego, co mu najwyraźniej zbrzydła przynależność do klanu cyrulików bo nosi ze sobą słuchawki lekarskie. Ortopeda. Słuchawki lekarskie. Jak śpiewał Niemen, „Dziiiwny jest teeeeeen, świat.” Jak ktoś jest upaprany moczem - wiadomo, urolog. Gównem - proktolog. Czy inny nieszczęśnik co akurat musiał wykonać resekcję na straszliwie wzdętym jelicie i mu coś z odbarczeniem nie wyszło, dzięki czemu dwupierdzian grochu wraz z resztkami gówna rozleciał się po całej sali operacyjnej. Znaczy, żeby nikt sobie do głowy nie przybrał, że to jakowaś norma jest - jak żyję, raz widziałem rzeczone cudo, ale mam dziwne wrażenie że to i tak o raz za dużo. Jak ktoś ma na koszulce płyn klarownie czysty, można by przypuszczać że to neurochirurg co mu płyn mózgowo-rdzeniowy wyciekł z CUN’a - ale tak naprawdę to oni są czerwoni od krwi co im z czachy pacjenta sie leje po... no, po wszystkim po czym może - a taki mokry to zazwyczaj jest druga asysta, który w trakcie czterogodzinnej połajanko-opierdalanki z baczność! Panem Profesorem spocznij! wycinał wyrostek.

Jak ktos ma kawę na koszuli to jest to anestezjolog. Od proktologa odróżnia go zapach.

No comments.


Są jednak klasyfikacje trudniejsze. Na ten przykład klasyfikacja w zalezności od nastawienia do swiata. Klasyfikacja ta ma w dodatku odrębnosci geolokalne - spróbujemy prześledzić ja na podstawie porównania chirurgów poslich i jukejskich.

Grupa pierwsza. Chirurg przyjazny otoczeniu. W Polsce nie wystepuje. Jeżeli ktoś ma takie wrażenie, to znaczy że albo dostarczył dary w odpowiedniej wysokosci, albo że zaraz sie zacznie. W Jukeju się zdażają. Są uśmiechnięci, zadowoleni z zycia i potrafia podac anestezjologowi przypuszczalny czas zakończenia operacji na 10 minut przed końcem. Zazwyczaj za kulturą osobistą idzie w parze wyjątkowo wysoki poziom kwalifikacji. Szybcy i sprawni.

Grupa druga. Marudy. Tu jest kilka podgrup. Marudus Pospolitus, co to ględzi, nic mu nie pasuje, wszyscy są winni jego partactwa a robić mu się nie chce bo mu mało płacą. Upierdliwus Vulgaris - ten cały czas jęczy że mu pacjent skacze po stole (choc TOF* pokazuje że pacjenta zamienilismy w wór skórno-mięśniowy), stół jest za wysoko albo za nisko, światło jest do dupy a narzędziowa (która właśnie zdała egzamin specjalizacyjny i ma za sobą 20 lat praktyki co się przekłada na rozpoznawanie narzędzi opuszkami palców) powinna być zamieniona przez podkuchenną, bo ta przynajmniej wie jak wygląda nóż. Najgorszym podtypem tej kategorii jest Vkurviantus Regalis który świętego wyprowadzi z równowagi w sekund pięć, o anestezjologu nie wspominając. Stanie taki za drzwiami i patrzy. Jak anestezjolog sie z pacjentem spóźni choćby o dwie minuty na rozpoczęcie zabiegu - to sie gad umyje, przebierze i stoi z geba nadętą, nóżką przytupując. Ale jak widzi że niestety wszytko jest na czas - to idzie na kawę. I h już. Toz on tu jest najważniejszy i nikt go popędzał nie będzie.

Grupa trzecia. W Polsce częsty, w jukeju przeciętnie rzadki:Deity. Bardziej mi pasuje inglisz niż polski, bo „Bóg” nie oddaje chyba całkowicie tegoż zjawiska. Ewentualnie Bóg Imperator Padyszach mógłby być. Skończył taki studia i poszedł do szpitala gdzie go jeb gdzie nim pomiatali wszyscy. Łykając przez lata całe upokorzenia całodbowe, piął się pomaluśku po drabinie cierniowej - najpierw został młodszym asystentem, potem starszym - tu już mógł czasem głos podnieść na pania sprzątającą, choć ostrożnie, bo co ponektórym potem szmata niechcąco spadał z miotły wprost na fartuch - następnie obronił doktorat i zaczał pastwić się nad studentami. Potem habilitacja (jeszcze nie profesor a juz świnia) i wreszcie, po latach całych dostapił zaszczytu uścisku ręki Elektryka ze Stoczni. Znaczy, kiedyś, bo potem był to uścisk Jaśnie Panującego O.M.C Magistra a ostatnio Jednego Takiego Co Ukradł Ksieżyc. No, ale. Degustibus non disputandum est, czy jakoś tak. I po tym wszystkim facet siedzi sobie w domu, pije Johny Walkera, czy inny surogat wyrafinowatości i patrząc na swój pieknie przystrzyżony trawniczek domku letniego w Zakopanem, mysli sobie: „Nas jest naprawdę niewielu. Ja... Budda... Chrystus...”
Dla anestezjologa praca z czymś takim to ból w dupie i bolesne parcie. W trakcie zabiegu dowiemy się czym mamy znieczulić pacjenta, jak go mamy zabezpieczyć i jakie leki podać. W zasadzie Bóg Imperator Padyszach anestezjologa w ogóle nie potrzebuje bo pod jego światłym przewodem nawet Pani Krysia z socjalnego potrafi znieczulić przeszczep serca i wskrzesić Łazarza. Wydawać by się mogło że to już jest szczyt upadłośći. Nic bardziej mylnego. Bo oto mamy grupe czwartą. Czyli zakompleksionego skurwysyna.

W zasadzie jego geneza jest taka sama jak grupy poprzedniej, z tą różnicą że jego Drabina Cierniowa była popsuta i zaczęła się wcześniej, bo jeszcze w przedszkolu. Znaczy, nie żeby cierni nie miała. Miała, i to w nadmiarze. Ale prowadziła do nikąd. Siedzi potem taki bidok gdzies na prowincji, operuje wyrostki i pęcherzyki, udaje że go pozycja ordynatora cieszy - ale w środku robak zawiści duszę mu wyżera. Czy raczej dawno wyżarł. Praca z takim type, to hardcore.

Posłużmy się przenośnią. Opiekun zwierząt w ZOO może pracowac miłym Misiem Koalą czy śliczną Surokatka. Może trafić na Wesołego Pawiana z Dupa Czerwoną. Opiekowac sie Wyleniałym Lwem. Czy Pytonem. Czarną Mambą albo Skunksem. Ale niech ręka Boska broni trafić na genetyczna krzyżówkę Głodnej Hieny ze Złośliwa Małpą.

---------------
Train of four - technika pozwalająca ocenić zwiotcenie pacjenta. Stymulacja nerwu 4 następującymi po sobie impulsami elektrycznymi; ocena siły skurczu przywodziciela kciuka (najczęściej).

środa, 2 czerwca 2010

Tekturowa technologia

Jak się buduje domy? Wiadomo. Najpierw sie leje ławy - czy fundamenty, jak kto woli - które stoja sobie spokojnie przez całą zimę, pękając powoli na mrozie. Nastepnie od wiosny wchodzi ekipa, co dziarsko buduje ściany z cegieł - te musza miec przynajmniej z pół metra - az na wysokosci pierwszej kondygnacji zaczyna powstawać strop. Szalunki, zbrojenie - w końcu „Akcja Wylewka” czyli cała rodzina zapierdziela z taczkami wożąc beton, wylewajac go gdzie popadnie i ubijając czym sie tylko da. Następuje przerwa 3 tygodnie (dla 250, bo jak 350 portlandzka to juz tylko 10 dni) po czym murarzom nalezy zabrac piwo i zagonic do robotu. Żeby wybudowali drugą kondygnacje. I tak ad mortam... A raczej aż do strychu. Tu następuje czas dziwny - i straszny. Pogoda sprzyja albo i nie. Na chałupe sie leje albo i sypi egradem. A cieśla z pomocnikiem ustawia belki, przybija łaty i ogólnie robi strasznie duzo zamieszania. Ponieważ też sie lubi napić a wylewek nie robi - to do pierwszej belki przybija kawał wiechcia zwanego „wiecha”, i na tę okazje pija przez trzy dni. Zazwyczaj z gospodarzem, ale to nie jest obligatoryjne. Jeżeli na ten przykład gospodarz ma marska wątrobę, stolarze sami wszystko zechlaja - choć z serca bólem. W końcu dom stoi - nazywa się to stanem surowym. Ściany zieją oczodołami niezamontowanych okien, po budowie hula wiatr i dzikie koty - ale wszyscy się ciesza że „najważniejsze juz za nami”.

Nic bardziej mylnego.

Najpierw należy dopaść wszelkiej maści instalatorów. Wod-kan, gaz, prąd, centralne... Zazwyczaj przy tym ostatnim dochodzimy do wniosku że drugi kredyt w dalszym ciągu nie wystarcza i należy wziąć trzeci. Potem tynkarz. Co się ten bidok zawsze musi nakląć na murarza... Znaczy, spotkałem raz tynkarza co słowem nie wspomniał że mu murarz zostawił krzywe ściany do tynkowania, ale sie potem okazało że gość był niemową. Po tynkarzu - malarze i kafelkarze. Panie zmiłuj. Ja rozumiem że fliziarz może zwalić na tynkarza fakt, że mu kafelki od ściany odpadły, ale żeby malarz z tego powodu musiał malować krzywe cokoliki???

Kuchnia - ponieważ nie mamy zdolności kredytowej żadnej, sprzedajemy własne polisy emerytalne oraz polisy „Żak”założone prze babcię w dniu urodzin jej wnuków - a naszych dzieci - celem wyedukowania owych. Rezygnujemy z Miele czy Bosch’a na korzyśc Tang-Pei AGD, do łazienki wstawiamy flizy z opoczna 3 gatunku (nie wiecej niz 20% ubitych), z podłóg znikaja wyimaginowane parkiety i już. Można sie wprowadzać. Ostatecznie spiwór w Tesco kupi sie za 19,90.

Za to tutaj...

Fundamenciki postawione - sciany rosną aż po strych - po czym przyjeżdża gotowy dach i po trzech dniach stoi sobie 45% stanu gotowego. Nastepnie stropy z dykty, pokrycie z karpetów - czyli ichniejszej przemysłowej wykładziny - ściany z tektury i można się wprowadzać. Co prawda seks należy uprawiać pod nieobecność dzieci - albo w rytm polskiego rapu dochodzącego zza ściany - ale za to w nocy nie trzeba sparawdzać czy pociech nie siedzi za długo na komputerze. Bo przez ściane słychac klikanie klawiatury.

wtorek, 1 czerwca 2010

Koniec lenistwa

Chyba czas zakończyć okres ochronny. Co prawda w planach miałem jedynie kwiecień, ale tu zagrał mi efekt Stirlitz'a. Mianowicie kiedyś, kiedyś - dawno, dawno temu, w czasie wojny ojczyźnianej, superszpion radziecki, niejaki Stirlitz właśnie (zwany Sztyrlicem, no ale) zamyślił się. I tak mu się to spodobało, ze zamyślił się jeszcze raz. Obiboctwo w kwietniu spodobało mi się tak bardzo żem go przedłużył na maj - ale wiadomo - co niezdrowo to za długo.

Jako że mój landlord definitywnie będzie nas rugował końcem lipca z chałupy - po obustronnych uzgodnieniach; był bardzo miły i dał nam wybór czy lipiec czy sierpień i w ogóle jakoś tak - siercoszczipatielno się zrobiło - więc popadliśmy w przydum. AS Ptyś ruszył z atakiem gremialnym na Right Move, czy jak się ta strona nazywa, wypatrując dowolnego lokum, gotowego do zakwaterowania czteroosobowej rodziny. Przeglądnęliśmy wszystkie oferty - a są przeróżniste, nawet rezydencje z psem, kotem i kominkiem za 3 kŁ za miesiąc... - i przydum wcale się nam nie zlikwidował. Zapadłwszy na zwis mentalny pojechaliśmy ot tak, zobaczyć co maja do sprzedania developerzy w okolicy. Pojeździmy, zobaczymy - a nuż się coś znajdzie? No i się znalazło...

Chyba trzeba w końcu decyzję podjąć. Jak to mówił jeden mój znajomy góral: "Nie można być częściowo w ciąży."