środa, 6 lutego 2013

Hobbici, bobbici...

...kto to, k.wa, jest??!?

Ponoć tak miał zareagować Sean Connery na propozycję zagrania roli Gandalfa. Co robić. Nie każdego w tym życiu stać na kopnięcie z gracją w dupę ptaka znoszącego złote jaja.

Przyznam się bez bicia: nie lubię czytać trylogii Tolkiena. Razi mnie infantylizm zarówno w warstwie narracyjnej jak i konstruktu.
(O ile w ogóle pojmuję pojęcie konstruktu konstruktywnie...) Film był dużo lepszy, jedyny problem to "persona non grata", którą niestetyż jest główny bohater. Star Wars są pod tym względem dużo lepsze: wystarczy wyciąć sceny z Jar-Jar Binksem (ponoć do tej pory nie wiadomo czy Jar-Jar zawiera Pickles-Pickels). Wydawało by się, że z Lord of the Rings tak się nie da - a jednak! Trzeba tylko wszystkie sceny z Frodem popchnąć FastForwardx32 i otrzymujemy zupełnie nową jakość.

Jak to powiedział bodajże Willem Dafoe w "Świętych z Bostonu": "Nie ma nic złego w byciu pedałem, ale nie można być ciotą", koniec cytatu).

Hobbit został spaskudzony zupełnie inaczej. Główny bohater jest dobrany genialnie, wyraźnie widać, że w rodzinie Bagginsów na dwóch potomków męskich Bilbo miał wszystkie cztery jaja.

Szczerze, za każdym razem widząc Froda, czekam czy osiągnie w końcu orgazm - czy też nie. Zaraza.

Film zabiły efekty specjalne. Komiksowe upadki, irytujące prowadzenie kamery z lotu ptaka - w jaskini to raczej nietoperza? - w wyniku otrzymujemy plastikową historyjkę, w której ciężko znaleźć kogokolwiek, do kogo można by się emocjonalnie przywiązać. W zasadzie jeden Thorin odstaje od reszty, ale jego z kolei Jackson postanowił zbić jak psa za pomocą orka wrednej proweniencji. Do tego wszystkiego gdy Tolkien do spółki z Jacksonem w końcu wpier.niczył swoich bohaterów w tarapaty, w których nawet agentowi 007 przemknęła by myśl o bezwiednym oddaniu stolca - pojawiają się orły. Tak o - jebs i są. Które to przenoszą naszych milusińskich w bezpieczne miejsce i - achtung achtung! - porzucają. Jakby nie mogły ich przetransportować tych kilkanaście mil dalej, do samego celu.

Toż dla orła jest to jeden mach skrzydłem - a olbrzymi skok dla całej hobbitowatości hobbitości hobbiciości grupy bohaterów.

Gdyby tak policzyć szanse przeżycia Bilbo et consortes w spotkaniu z orkami, wilkołakami, grubym Ktosiem w jaskini, trollami w górach (mówię o tych wielkości Empire State Building, wcześniejsze są wręcz pocieszne) i podczas paru innych ziew wymuszających historiach, wyszło by nam absolutne zero. Po przecinku zera po widnokrąg.

W zasadzie niechcąco (wiem! że takiego słowa nie ma - ale co zrobić, kiedy jest??!? Ha??!?) oglądnęło (ew. obejrzało, tu się nie będziemy pieklić) mi się coś jeszcze gorszego, mianowicie piątą część Alice (Alice - Alice - who's the f.in' Alice??!?) czyli Resident Evil - ale tego nie należy oglądać nawet po wielkiej - tak, to dobre słowo - wielkiej bani. Ale przed tym przynajmniej z góry ostrzega nr kolejny w serii.

--------------

PS1. Żeby nie było - nie jest tak strasznie źle. Szczególnie pieśni krasnoludów miło się słucha. Ale ktoś by mógł obciąć Jacksonowi fundusze, znikły by cholerne efekty specjalne i film stałby się zjadliwszy. A propos zjadania, nie zjadliwości.

PS2. Sprzedam okazyjnie super DVD! - Resident Evil 5!!! Super akcja - super bohaterzy - super przeciwnicy - super laski (w lateksie) - super akcja (niby było, ale zawsze można utrwalić), nawet super jest super! Za pół ceny - czyli funtów sześć...
Drobnym druczkiem: plus koszty wysyłki. Brak polskich subtitlów.



niedziela, 3 lutego 2013

Yay!

Pod koniec ubiegłego roku na Wyspie dokonano spisu ludności. Zapytano o pochodzenie, język, wiarę. Już podczas pierwszych szacunków przebąkiwano, że Polacy stali się trzecią liczebnie grupą narodową w UK. Ponieważ każdą prawdę statystyczną można zamienić na jeszcze większą prawdę, po delikatnej zmianie parametrów wyszło na jaw, że język polski jest drugim na liście używanych w Królestwie.

Yay!*

O tym wszystkim donieśli mi moi współpracownicy, patrząc na mnie podejrzliwie, jako, że z rodzynka w cieście zamieniłem się w podstępny zgoła sposób w drugiego grzyba. W barszczu. Damn ittt... Na wszelki wypadek nie uświadomiłem ich, że znając moich pobratymców, przynajmniej połowa wywaliła papiery spisowe do kosza przed otwarciem koperty, jako, że prawdziwy Polak obrzydzenie do współpracy z państwem wyssał z mlekiem. Czy czym tam był karmiony. Co w prostej linii prowadzi do wniosku, że jest nas co najmniej dwa razy tyle.

Gdy popatrzy się na statystyczny rozkład polskiego społeczeństwa, wyjdzie nam, że grupa w przedziale 20-30 lat życia to około 13-15% ogółu. Czyli jakieś 4-6 miliona ludzi. Zakładając, że stanowili oni 80% emigracji na wsypy - bo jednak trochę staruchów też dało nogę - daje to 20-25% ubytek w najbardziej produktywnej części społeczeństwa. W tym samym czasie nikt larum nie podnosi, w trąby nie dmie - zamiast dać pracować młodym, podnosi się wiek emerytalny i zmusza staruchów do wymierania przed osiągnięciem zusowskiej nirwany.

Do czego doprowadza brak perspektyw młodego pokolenia - gdyby nie daj Panie Boże trafił tu przez przedziwne zrządzenie losu jakiś polityk - można sobie zaobserwować w Meksyku. Gangi zamieniają strukturę państwa w gruz, nie produkuje nikt i nic bo i po co, anarchia kwitnie w stanie czystym.

I tak mi się pomyślało: w spisie z 1992 roku było nas - Polaków! - około 39 milionów. Według ostatniego spisu ludności ta liczba jest taka sama. Tyle, że struktura się nieco zmieniła. Coraz więcej -ciolatków, coraz mniej -stolatków. Prognoza jest dość ciekawa, po 2020 nastąpi spokojny zjazd w dół. W 2034 powinno nas nie być więcej niż 35 milionów.

Nadciąga sobie drobne trzęsienie ziemi w postaci masy rencistów i emerytow, których nie będzie miał kto utrzymać. A w sejmie, senacie, prasie Smoleńsk w siedmiu przypadkach.

Nas nie da się zwalczyć. Nasza duma narodowa zgryzie każdego najeźdźcę, przetrwa każdy zabór. Tyle, że nas nie trzeba zwalczać. Wystarczy poczekać - i zwalczymy się sami.

-----
*to samo co hej, tyle że nieco bardziej zesrane. Jak by co to kilka dodatkowych znaczeń jest w Urban Dictionary .

W trakcie pisania pomogłem sobie danymi zawartymi na Blogu Syntetos oraz Wikipedii .

sobota, 12 stycznia 2013

Rocket Propelled Granade

Jakoś tak przed Nowym Rokiem pomyślało mi się, że czas przestać się lenić. Komputer podzidziowy zasuwa jak Speedy Gonzales na wrotkach, sieć nie szwankuje, jednym słowem - żadnych wykrętów od pisania nie ma. I z przerażeniem zdałem sobie sprawę, że jest to postanowienie noworoczne, które z definicji ma wpisany w siebie kolaps tyle tragiczny co epicki. Stanąłem przed rozstajem: nie pisać z zasady, z założenia nie ulegania popędom stadnym czy też może jednak pisać i upaść sromotnie? Niby efekt ten sam, ale jednakowoż samopoczucie zgoła inne.

Na rozważaniach owej dychotomii zeszło mi nieco aż żem się zorientował, że problem zdechł sam z siebie - toż to prawie połowa stycznia a na blogu jedna notka jedynie. Ulżyło mi. Nie będzie nam tu stado pluło w twarz.

Niestety, nie wszyscy mają tak wyrafinowane mechanizmy obronne przed stadzizmem zmuszającym człowieka do wykonywania czynności zbereźnych, głupich czy zgoła szkodliwych. Nasz manago wymyśliła, że musi rozszerzyć serwis i jak pomyślała tak rozszerzyła. Namówiła ortopeda, żeby zaczął naprawiać barki. Apnidżat, ty se idź do niego - rzekła z akcentem którego po pięciu latach dalej nie mogę rozgryźć - i zapytaj, czego on będzie potrzebował do owych operacyj. Co było robić.

Ortoped nakreślił mi wizję ponurą operowania na siedząco i konieczne z blokiem splotu ramiennego. Co się wiąże z wrażeniem igły w szyję w miejsce, którego mistrzowie Shaolin Kung Fu używają do uśmiercania swoich oponentów jednym, choć zdecydowanym, ruchem. Zaraza.

W czasach, gdym był szkolony na anestezjologa, szpital nasz był postępowy niesamowicie, bo cięcia cesarskie robiliśmy głównie w podpajęczynówce. Ale żeby igły w szyję wrażać - no o takich bezeceństwach świat nie słyszał. Czułem nadchodzące nowe czasy, więc wykonałem sobie pod nadzorem w trakcie stażów sztuk kilka - nazwijmy to prawie-samodzielnym-wykonaniem-bloku-z-naciskiem-na-prawie - i na tym moje szkolenie dobiegło końca.

Jakieś pięć - dziesięć lat temu nasi zachodni koledzy doszli do wniosku, że im się nudzi i wymyślili, że do zakładania bloków można użyć USG. Powstała nowa szkoła, nowe książki, nowe kursy - sam byłem na paru, owszem, guziczki, głowiczki, dużo myziania żelem po skórze ponętnych pozorantek i obraz, na którym ciapki jasne mieszały się z ciemnymi. Trza było wrócić do książek z anatomii, porównać je z najnowszymi produkcjami ultrasound-guided-regional-anaesthesia, kolegę namówić, coby pod jego nadzorem toto wykonać, no ucz pan starego psa na dwóch łapach chodzić... Jako, że każda rozmowa o seksie ostatecznie doprowadza do sytuacji, gdy trzeba przestać debatować a zacząć działać, w końcu nadeszła ta cholerna chwila - sam na sam, w ręku igła, na ekranie ciapki, a my pchamy igłę w szyję i mamy nadzieję, że nasze ciemne kuleczki-kropeczki to jednakowoż korzenie nerwów są...

Long story short: oba bloki wyszły. Pierwszy całkowicie, chłopisko miało znieczulone wszystko, od szyi po paznokcie, drugiemu złapało jedynie bark, musi wepchałem tą igłę za płytko, bo tylko najwyższy C5 się załapał ale lepsze to niż całkowite znieczulenie zewnątrzoponowe wykonane na wysokości szyi dwudziestoma ml ropiwakainy.

Jednak co innego czytanie instrukcji obsługi RPG a zupełnie inną strzelanie z tegoż cholerstwa ostrą amunicją do nacierającego czołgu.

wtorek, 1 stycznia 2013

Rozwiązanie


Globalny warming zamienił byle jaką brytyjską zimę w pasmo opadów i potopów. Pompon się przejął i rozpoczął 24 godzinne czuwanie przy swoim ulubionym bałwanku - z wyłączeniem papu, zabawy z myszką (sztuczną, prawdziwe były tylko pająki, ale je już zeżarł) i cykliczne wypady do sąsiadów w celu wiadomym. Czemu staramy się nie przeszkadzać, ostatecznie kto lubi czyścić sralnik.

Choć patrząc na powyższe, ciężko powiedzieć kto tu nad kim czuwa.

Prócz bałwanka Pompon zajmuje się choinką, mianowicie pilnuje, żeby się na niej nie zalęgły suche igły. Początkowo było to proste, wystarczyło parę razy potrzepać gałęziami, ale teraz... Gryzienie, wskakiwanie, zeskakiwanie, wpadanie, spadanie - z hukiem i bez - a do tego sprawdzanie - zębami - czy kable oświetlenia nie zetlały. Jednym słowem orka. Orka na ugorze.

Pewnie bym nie docenił w ferworze walki świąteczno-noworocznej, ale uziemiony przez jednokomórkowce mam jakby więcej czasu na obserwacje. Głównie telewizora, ale czasem się biorę. Zastanawiam się tylko, co z moim planem: bieganiem, dżimem, spadkiem masy i resztą głupot noworocznych. Trza będzie przesunąć nowy rok o parę tygodni, bo póki co rzężę idąc po schodach. Zawszeć to dobrze mieć okazję do strzelenia bani.

Z tych nudów wzięło mnie na czytanie internetowych wypocin, wśród których znalazłem dość ciekawy artykuł na temat "W co wierzą niewierzący jeżeli nie wierzą w Boga". Intrygujące. Przypomina to nieco wspominaną już na tym blogu sytuację mojego kolegi w Północnej Irlandii, który został postawiony pod ścianą wyboru wiary. A w zasadzie samookreślenia politycznego, bo chodzenie do kościoła w tej części świata jest manifestacją polityczną. W ogólnym zarysie Katolicy chcą połączenia z Republiką a Protestanci pozostania pod skrzydłami Królowej. Kolega mój bez mrugnięcia okiem wykreślił na mapie ląd nieznany, wyłączony z działań wojennych: przedstawił się jako buddysta. Zaległa taka niezręczna cisza, towarzystwo przetrawiło informację, po czym zażądało dookreślenia, czy on jest Buddystą katolickim, czy protestanckim?

Żeby było jasne: nawet pisanie adresu pocztowego jest manifestacją polityczną. Piszesz Derry - jesteś republikaninem. Londonderry - lojalistą.

Wizyty wielkich postaci świata polityki z Clintonem na czele sprawiły, że po wybuchu w Omagh na czas jakiś zapanował spokój. Ale tylko na czas jakiś. Bo znów coraz częściej słychać o bombach i zamachach. Sięgnięto więc do wypróbowanej wcześniej metody i zaplanowano najbliższy szczyt G20 w county Frermanagh. Czyli w Enniskillen, które z przysiółkami ma 15 tysięcy mieszkańców. Przypomina to trochę wizytację Pana Kuratora z Województwa w Domu Poprawczym, podczas której na chwilę niegrzeczne dzieci przestają się bić. Zadziwiają są dwie rzeczy. Po pierwsze co za geniusz wymyślił, że traktowanie miejscowych jak osierocone dzieci zapobiegnie eskalacji wydarzeń, a po drugie - jakim cudem to zadziałało? Bo na jakiś czas zadziałało.

W tym Świeżo Napoczętym Nowym Roku życzę wszystkim tylko takich problemów, których rozwiązanie przyniesie satysfakcję.

Idę wyrzucić choinkę.

sobota, 29 grudnia 2012

Uwolnić orka

Atak był podstępny, wręcz wysublimowany. Zamaskowane commando przeniknęło przez linie obronne wykorzystując do tego szkolny autobus i stan podgorączkowy. To co nastąpiło później było wręcz książkowym przykładem doskonałej transmisji. Na hasło "Boli cię gardło" wstrzyknięte neurotoksyny uruchomiły spust zsynchronizowanego skurczu przepony i mięśni klatki piersiowej. AaaaAAAPSIKKKkkkk.... - prychnął młodzian i doborowe grupy rzuciły się w ciemność - a raczej w jasność - bez cienia wahania.

Kolejna noc była naprawdę pracochłonna. Komandosi zajęli się tym, co najbardziej pociąga w zawodzie Wikinga - rozmnażaniem. Przez podział. Mitotyczny. Ranek zaświecił ponuro, wbił się pod powieki bolesnym nożem.
- Owchmchordeee... - wyrzęziłem - Coś ty, młodzian, przywlókł z tej cholernej budy? Mieliście wizytatora z Klewek?
Młodzian odkrztusił coś afonicznie i pognał do toalety. No tak. Trza się bronić... Sprawdziłem podręczną apteczkę. Taak. Zinnat przedatowany o półtora roku... Augmentin o dwa... Klacid? O - Klacid całkiem świeży.
- Bedziesz żył! - ucieszyłem się chrypliwie. - Jedna rano - jedna z wieczora. Tylko nie zagraj się na śmierć, prócz xBoxa jeszcze jakieś książki, okej?
- A ty?
- A ja - odrzekłem jak prawdziwy hiroł - idę do pracy!

Następny tydzień był raz w górę - raz w dół. Po herbatce się poprawiało, po tenisie raczej jakby na odwrót, aż przyszło Waterloo. W tym czasie maczugowce - czy co to mnie tam zżerało od środka - dolazło do oskrzelików. Przedłużony wydech skojarzony z uporczywym czterogodzinnym pokaszliwaniem północnym obudził Agenta Specjalnego P. Jak łatwo obliczyć - gdzieś tak o czwartej nad ranem.
- Weź ten antybiotyk, bo umrzesz!
- Nic mi nie jest, dam radę...
- Weź ten antybiotyk - dookreślił ASP - bo cię własnoręcznie uduszę...

I nastały dni szczęśliwości. Kaszelek zdechł jak śnieg po pochodzie pierwszomajowym, duszności ustąpiły. Dwa dni później poczułem ból gardła. Okazało się, że oberkommando przywleczone przez dzidzia to była tylko ekipa mająca za zadanie uwolnienie broni biologicznej, czającej się w zatokach. Litościwie nie napiszę jak wyglądało to co wylazło. Pochód zatokowo-gardłowo-krtaniowo-tchawiczo-oskrzelowo-płucy zaczął się od nowa.

Nawet stary Zinnat nie pomógł. Dopiero mix z Ciprofloksacyną zadziałał.

I tak sobie myślę, że muszę wrócić do nurkowania. Bo jeżeli nie pozbędę się moich szczepów, wielokrotnie repasażowanych, nabytych na najbardziej zaplutych intensywnych terapiach małopolskich szpitali, to mnie te kurwadziady następnym razem zeżrą żywcem.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Swiatecznie


Kazdemu wedle zyczen.

abnegat.ltd

środa, 19 grudnia 2012

Następny w kolejce

Ach - jak to dawniej pięknie było...

Praktykę wakacyjną po drugim roku, którą odbyłem sobie na internie, pamiętam jakby to było dzisiaj. Samotny szpital na peryferiach, kilkanaście sal, w tym jedna z intensywnym nadzorem. Który sprowadzał się do wielkiego, świecącego zielonymi liniami monitora EKG, z którym zresztą mam skojarzone swoje pierwsze obsrane gacie.

- Cyluje!!! A lew 100 metrów ode mnie!!!
- No i co Hrabio, no i co?
- A ja cyluje, Hrabino!!! A lew 50 metrów ode mnie!!!
- No i co Hrabio, no i co??!?
- A ja cyluje - a lew 20 metrów ode mnie!!!!!
- No i co Hrabio!???!???
- No i zesrałem się, Hrabino, zesrałem się!!!
- ...no, to każdemu się mogło przydarzyć...
- Ale ja się teraz zesrałem!!!

Mianowicie gdzieś tak w środku nocy poszedłem zobaczyć jak się miewa nasz krytyczny pacjent. Ciemność, płaskie zielone linie niebijącego serca na monitorze, czerwona lampka cichego alarmu... i krytyczny pacjent który poklepał mnie w ramię, wracając właśnie z nocnego sikania.

- ...no, to każdemu się mogło przydarzyć...

Ale ja nie o tym.

Jedną z najważniejszych umiejętności jaką miałem wtedy nabyć było wykonywanie zastrzyków. Domięśniowych i dożylnych. Zacząłem rzecz jasna od domięśniowych jako tych łatwiejszych. Procedura przypominała nieco odprawę statku klasy Apollo skrzyżowaną z egzorcyzmem modo Omen. Najpierw trzeba było wyciągnąć pojemnik z autoklawu. Ale nie jakoś tak byle jak tylko specjalną pęsetą, odpakowaną ze sterylnego worka. Następnie trzeba było otworzyć wieczko pudełeczka z igłami, wybrać taką z najmniejszym zadziorem (chyba, że pacjent był upierdliwy) i założyć ją na strzykawkę. Wielorazową, wyciągniętą z kolejnego sterylnego pudełeczka, wyjętego z autoklawu. Wszystko za pomocą pęsety.

Proszę otrzeć pot z czoła, zbliżamy się do końca.

Następnie nabieranie leku, przeżegnanie dupy dwa razy na krzyż, dziarski zamach zza głowy i chruppp - aaAAaaA! Kto widział Travoltę w Pulp Fiction ratującego Umę Thurman ten wie. Reszta tak samo jak obecnie, z wyjątkiem wyciągania igły, która przy dużym zadziorze potrafiła rozorać ćwierć dupska.

To żegnanie wzięło się z braku wyobraźni przestrzennej. Przepis nakazywał - i dalej nakazuje - podawanie iniekcji domięśniowych w gluteus maximus, górny zewnętrzny kwadrant górnego zewnętrznego kwadrantu. No i moja dzielna koleżanka rysowała sobie palcem na pośladku pacjenta owe ćwiartki, co pewnego razu skończyło się pytaniem pacjentki, czy ona to przypadkiem po tym zastrzyku nie umrze - skoro doktorka dupę dwa razy krzyżem naznaczyła.

Jakoś tak nieco później, w trakcie kolejnego nocnego czuwania, wyszlifowałem te wszystkie cholerne zadziory na parapecie typu lastriko, ale okazało się, że stal - czy co to było - rozhartowała się kompletnie po kilkuset sterylizacjach i bliżej jej było do plasteliny niż metalu, bo przed zastrzykiem igły były jak nowe - a po zastrzyku z zadziorami.

Pamiętam pierwszy szok, który przeżyliśmy na widok strzykawek jednorazowych. Jakże to tak - wziąć i wyrzucić po jednym użyciu? Nawet się wtedy Mann z Materna śmiali, że te jednorazowe strzykawki są kompletnie - nomen omen - do dupy: rozpadają się już po dwudziestej sterylizacji. Potem przyszły kolejne ciężkie wstrząsy. Na przykład zabroniono nam re-sterylizować rurki intubacyjne. I nie piszę tu o latach 60 XVIII wieku, bo pracę zacząłem w 1994. Mój szpital i tak był bardzo postępowy, bo rurki po pacjentach którzy zeszli wyrzucaliśmy nie bacząc, że były wyciągnięte prosto z worka.

Gdzie teraz jesteśmy? Mamy jednorazowe strzykawki i igły, obłożenia stołu operacyjnego i pacjenta, maski twarzowe i ambu, laryngoskopy (włącznie z rączką), igły do szycia, nici (tak, tak - przedtem były w szpulce!), skalpele, nawet staplery - czego mój kolega chirurg przeżyć nie mógł i poprosił, żeby mu po operacji takie coś dali. Umyje i wyśle do Polski. Żeby nie skłamać, było to w 2006, u nas z jednej nici zakładało się wtedy 40 szwów na skórę. Powiało zgrozą, został uruchomiony ciąg zdarzeń który zawadzając o kontrolę zakażeń mało go nie pozbawił pracy. Historia skończyła się dobrze, do Polski pojechał funkiel-nówka stapler, kolega w pracy pozostał, ale od tej pory nigdy mu nie pozwolono zostać z kubłem na odpady sam na sam.

I gdy już myślałem, że wszystko, co się da, mamy jednorazowe, zrobiliśmy, jako ten Związek Radziecki nad przepaścią, zdecydowany krok naprzód.

Najciekawszym problemem tutejszej anestezjologii jest nadmiar masek krtaniowych, zwanych pieszczotliwie eLeMejAmi (od laryngeal mask airway, jak by kto pytał). Problem owej maski polega na tym, że jest łatwa w użyciu i stosowana do 90% zabiegów w znieczuleniu ogólnym. Gdzie problem? Pozostałe 10% pacjentów wymagających intubacji jest obsługiwane przez anestezjologów, którzy w 90% używają LMA.

Jak zobaczę tutejszego anestezjologa zbliżającego się do mnie przed wyrostkiem, to Hrabina znowuż powie, że każdemu się zdarzyć może...

Od elemeja do słabej techniki intubacji - a od tej do masy nieprawdopodobnych przeszkadzajek, służących głównie w sali sądowej do obrony przed prokuratorem. Kto jeździ po zachodnich kongresach ten wie, kto nie, niech zaglądnie tu po ESA Annual Meeting Barcelona 2013. Postaram się zrobić parę zdjęć. Kilkadziesiąt parę zdjęć.

Jednym z wymogów bezpieczeństwa jest posiadanie fiberoskopu. Który to jakaś torba cukierków kwaśnych ułamała ze szczętem i teraz można go używać do drapania się po plecach. Na czuja, bo tor wizyjny zdechł. Powiało grozą - nowy kosztuje jednak ładnych parę tysięcy funciszów. I tu właśnie wkroczyliśmy na obszar dotychczas nieznany - przyjechał do nas rep, który za nędzne 999 funtów zaopatrzył nas w śliczny telewizorek, zasilacz do niego i pięć (!) fiberoskopów.

Jednorazowych.

Które to, jak wszystko, co jednorazowe, nie wolno sterylizować, tylko po trzech latach wyrzucić i nabyć kolejne pięć...

I zaczynam się bać.

Bo niedużo już zostało. Jeszcze tylko maszynka anestezjologiczna i wszystko, wszyściusieńko, będzie jednorazowe.

...bo anestezjolog to chyba musi być wielokrotnego użytku...?...

czwartek, 6 grudnia 2012

Kill'em'all

Dawno o filmach nie było. Znaczy - o wszystkim dawno nie było, to sumie czemu nie.

Z racji wprowadzenia do kin kolejnego odcinka narodowego bohatera brytyjskiego poczuliśmy się w obowiązku. Po odczekaniu przepisowych dwóch tygodni zakupiliśmy bilety i zasiedli przed ekranem.

To odczekiwanie stało się naszą rodzinną tradycją z czasów Pasji Mela Gibsona - w trakcie filmu mieliśmy darmowego lektora, jako że dwie babcie staruszki na wyprzódki czytały głośno swojej matuzalemowej koleżance napisy, a gdzieś tak po połowie młodzian za nami tłumaczył zaniepokojonej rodzicielce przez komórkę, że jeszcze trochę mu zejdzie, bo "dopiero go biczują", koniec cytatu. Chrzęszczenie popcornu, wysiorbywanie resztek coli spomiędzy topniejącego lodu, wychodzenie grupowe do toalety, kanapki z jajkiem na twardo oraz pikanie wprowadzanych esemesów pomijam jako oczywiste.

Dzielny buzia-w-ciup Craig zatłukł w końcu rozchwierutanego emocjonalnie Bardama i choć nie uratował M, to korona jednak przetrwała. Dzięki czemu znowuż za jakieś dwa lata oglądniemy (dla Wielkopolan: obejrzymy) kolejnego złego człowieka który nie słyszał o dabl'ou'seven.

Bo jakby słyszał, to by głupot nie robił - ostatecznie każdy jeden wie jak się kończy zadzieranie z Bondem.

W czasie pomiędzy oglądnęło mi się kilka nieco starszych pozycji: na TCM trafiłem "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie", a bodajże przedwczoraj Film4 odgrzał "Karmazynowy przypływ". I tak mi się pomyślało, jak nieprawdopodobnie zmienia się sposób opowiadania ludziom historii.

"Pewnego razu" było proste: honor kontra pieniądze, Claudia Cardinale robiła co mogła, by uratować majątek swojego męża nieboszczyka, piękny i młody Charles Bronson grał na harmonijce, Cheyenne był bandytą szlachetnym a Henry Fonda nie. I już. Napięcie rosło, na palcach malało, Morricone rozwalał swoim zawodzeniem a Claudia szczerzyła się do każdego, niepomna swoich koszmarnie krzywych zębów. Co jest ciekawe, śmierć była zemstą okrutną i ostateczną, była okropieństwem, którego musiał się dopuścić główny bohater by widz poczuł prawdziwe katharsis - panowie wyciągnęli broń, dobry zabił złego a za karę wsadził mu w zęby - tym razem proste - harmonijkę. I już. Żadnego okładania ołowianymi rurami po łbach, żadnego odbijania kul kevlarową kamizelką czy wdziękiem osobistym.

"Karmazynowy przypływ" jest nieco inny - pomijamy rzecz jasna technologiczne cudeńka łodzi podwodnej i to co rajcuje wszystkich techno-sub-maniaków czyli wyszczekiwane, głosem nie znoszącym sprzeciwu, komendy rzucające atomowym boomerem jak gumową kaczuszką. Ale tak naprawdę cała akcja rozgrywa się na styku osobowości, gdy dwóch dożartych kurwadziadów próbuje złamać się nawzajem. Obaj mają swoje racje - i obaj jej nie mają. Taka - partia szachów skrzyżowana z wolną amerykanką z majaczącym konfliktem nuklearnym w tle.

I wreszcie "Skyfall". Film, który kokietując pięćdziesiąt lat swoich poprzedników wchodzi bezceremonialnie w erę "Spidermana", "Batmana" i reszty supergównianej produkcji ostatnich lat. Gdzie akcja w zasadzie sprowadza się do zabicia wszystkich bossów pośredniego levelu nim dostaniemy szansę na zmierzenie się z super-bossem - z wszystkimi tego konsekwencjami.

Ten trend zaczął się bodajże od Rambo Stallone i Johna Matrixa Schwarzeneggera - ktoś, posługując się komunistycznym podejściem do gospodarki zauważył, że film z jednym trupem łatwo pobić produkcją, która zawiera dwa i stąd już prosta droga do genocydów klasy "Commando" i "Rambo 3".

I tak sobie myślę - pewnie tamte stare filmy trącają myszką. Są prymitywne. Może mają dłużyzny. Ale wyzwalają adrenalinę - a nie chęć chrzęszczenia i siorbania.

środa, 5 grudnia 2012

Nie ma jutra

Nie, nie. Nie będzie o kalendarzu Majów. Ostatecznie mamy jeszcze Czerwców,Lipców aż do Grudniów - nikt z obecnie żyjących tego nie doczeka. Tytuł wziął się z rymu częstochowskiego na temat komputrów.

Blog schizofreniczno-anestezjologiczny - z akcentem na to pierwsze - powstawał na laptopie marki Asus. Gdyby czytał mnie jakowyś marketingowiec, uprzejmie proszę o drobniuśką zapomogę w podzięce za kryptoreklamę. Sprzęt ten wyjechał z Polski w 2006 roku i już w momencie kupna nie należał do top-shelf-owego. Wręcz przeciwnie. W trakcie ciężkiej pracy na niwie (wtf is świerzop?) przeżył oblanie kawą, co zaowocowało strajkiem klawiatury, padł mu parę razy system, zdechło podświetlenie monitora (kto to przeżył, ten wie jak nieprawdopodobnie trudno jest przestawić bez udziału wzroku opcję w Windows wyrzucającą sygnał na monitor zewnętrzny), aż w końcu dotarło do mnie, że oczekiwanie na załadowanie systemu przekraczające czas posiedzenia wiadomojakiego jest ponad moje siły.

I tu zadziałał niesamowity zbieg okoliczności. Mianowicie Dzidź Starszy doszedł do wniosku, że jego komputer jest za wolny - co wypisz, wymaluj, przypomina sytuację kobiety, która twierdzi, że nie ma się w co ubrać. Z kobiecego na nasze oznacza to, że nie domykają się jej trzy szafy i chce mieć czwartą. Dzidź podobnież. Jego dual core 8500 w dalszym ciągu jest uznawany - no, może nie za rakietę, prędzej torpedę - ale co zrobić, jak szafy się chce?

Nie zastanawiając się zbyto, za wszystkie posiadane pieniądze, nabył topową i7 z potworem graficznym zdolnym ogrzać dowolne pomieszczenie o kubaturze nie przekraczającej 300m3. I popadł w przydum.
-Tataa?

To jest bardzo istotne. Nie: Tata!, tylko: Tataa?

-Nie? - na wszelki wypadek trzeba dać zdecydowany odpór od pierwszego pas, co się straci w otwarciu jest potem nie do odzyskania.
- Bo mówiłeś, że chcesz kupić jakiś prosty komputer?
- ...i? - zaniemówiłem. Dzidź chce dać mi czteroletniego złoma - choć w dalszym ciągu torpedowatego - ale mu wstyd proponować takie dziadostwo ojcu! Brawo! - zakrzyknąłem w duchu.
- Mogę ci sprzedać mojego.

I to by było na tyle w temacie filantropowych zapędów latorośli.

Po dość ciężkich negocjacjach, popartych sprawdzaniem cen w necie, nabyłem najdroższy z najstarszych - czy raczej najstarszy z najdroższych - komputerów na świecie. Szczególnie gdy się weźmie pod uwagę, że pierwszą ratę zapłaciłem 4 lata temu i było to 100% wartości.

Staram się myśleć o sobie jako o człowieku inteligentnym, ostatecznie dobrze mieć jest jakoweś złudzenia, ale każdorazowe zderzenie z ekonomią, czy to w przypadku oprocentowania kart kredytowych, hipotek czy wysokości koniecznego do zapłacenia podatku, wpędza mnie w czarną rozpacz samooceny okolic metra mułu.

Restauracja chwilkę trwałą, wytargowana nowa karta graficzna plus kupiony okazyjnie stały twardy dysk dały maszynce drobnego kopa, myszka R.A.T miło leży w dłoni, a SoundBlaster Ex-Fi dołożył do tego miłe brzmienie...

Mój stary laptop poszedł sobie do szafy - nawet specjalnie ASP nie protestował, od jakiegoś czasu zamiast walczyć z przydasiami (copyright blgosferowy, ale nie pamiętam skąd), wywala je spokojnie do kosza korzystając z neurologicznej odmiany zasady nieoznaczoności Heisenberga. Czyli mówiąc po ludzku zwykłej sklerozy.

I w końcu mogę. Zapuścić DinnerJazzExcursion. Nie poprawiać na aJfonie notek spaskudzonych przez cholerne formaty Worda, ulepszonych dodatkowo przez Bloggera. I wstawić sobie wielki, zajebiaszczy, zmultiplikowany helikopter na tle napalmu.

niedziela, 2 grudnia 2012

Choinkowo

Okazuje się, że pogoda kształtowana jest nie tyle przez wichry i wojny, co przez stereotypy. Dla poprzednich najeźdźców Wyspy grudzień był porą deszczową, obecnie wyobrażenie zimy ponad dwóch milionów Polaków zaczyna wymuszać na tubylcach zamianę wellingtonów na watowane kufajki. Żeby nie popaść w samouwielbienie należy zauważyć powódź listopadową, która w żaden sposób nie jest nasza domeną, ale już takie opady śniegu końcem listopada - a i owszem.

Zima na Wyspie dla nowotarskocentrycznego kosmopolity jest jednakowoż sporym wyzwaniem, trzeba przełknąć kilka konkretnych niedoróbek. Na ten przykład Mikołaj. Co komu szkodził gruby staruszek w czerwonej czapce, który corocznie przed 6 grudnia wyciąga kasę z kart kredytowych? Albo choinka - no to jest prawdziwy cyrk... Nasze pierwsze Święta spędziliśmy na Wyspie Wiecznie Zielonej w dystrykcie, gdzie dwie grupy ludzi cieszące się z Narodzin Pana Jezuska we Żłobie wyrzynają się nawzajem. Dwudziestego czwartego, jak tradycja nakazuje, udałem się w poszukiwaniu drzewka, coby go ładnie a godziwie przystroić. Po długich poszukiwaniach wypełnionych zdziwionymi spojrzeniami i zapewnieniami, że co prawda teraz już wszystkie wyszły, ale żebym zaglądnął za rok, znalazłem w końcu pięknego obsucha, którego nabyłem w cenie drzewa opałowego. Połowa igieł opadła w trakcie wpychania nieszczęsnego truchła do samochodu, reszta dokonała żywota podczas kilku kolejnych dni, ścieląc brązowy dywan na podłodze. Jakoś tak 10 stycznia zorientowaliśmy się, że jesteśmy jedyni, którzy maja jeszcze pozostałości choinki w domu, główny wpływ na naszą orientacje miało stwierdzenie zaprzyjaźnionego tubylca, że owszem, są tacy w tym kraju, którzy z przyczyn ascetyczno-estetycznych trzymają choinkę ubraną przez cały rok, ale zazwyczaj stosują w tym celu drzewko sztuczne - nie trzeba potem doklejać igieł. Niestety, było już za późno, by szkielet został zabrany przez służby miejskie, musiał potem ASP za pomocą noża kuchennego rzezać toto na sztuki i upychać po kawałku w koszu.

Do puzzla zimowej tajemnicy dokładają swoje trzy grosze tutejsze domy. Technologia wywodzi się prosto z indiańskiego tipi, do ogrzewania służy centralne palenisko i gorąca kobita pod pierzyną. Jak sobie radzą ci bez kobiet - nie mam pojęcia, za to wiem jak wygląda dom po 3 dniach zerowej temperatury na zewnątrz i ogrzewaniu ustawionym na tryb econo - szron pokrywa pościel, spać trzeba po kowbojsku, w butach i pelerynie wojskowej korpusu wschodnio indyjskiego. O czapce i rękawiczkach nawet nie wspominam - są ekwipunkiem oczywistym. Kto zrobił to raz, ten wie - w zimie piec ma grzać w trybie ciągłym a termostat nie pozwolić, by temperatura spadłą poniżej 20 stopni. Jeżeli ktoś myśli, ze przesadzam, niech się prześpi z wyłączonym piecem w pokoju na poddaszu, gdzie pomiędzy dachówką a regipsem materiałem izolacyjnym jest powietrze, gnane ze świstem przez niż znad Morza Północnego. Zęby rano po takim eksperymencie trzeba myć trzymając szczoteczkę łokciami.

Styl jazdy tubylców pozostawia śliczne lodowiska przy dojazdach do skrzyżowań, zgodnie z zasadą, że gdy samochód nie jedzie bo koła buksują, należy dodać gazu. Pominiemy litościwie temat opon zimowych, ostatnio na moje pytanie czy dostanę takowe wraz z nowym samochodem, usłyszałem "niestety nie" zamiast "jeżdżenie z łańcuchami jest zabronione". Zdecydowanie rośnie świadomość w narodzie. Za to chodników nikt nie odśnieża - samo się nasypało to i samo stopnieje.

Koniecznie trzeba kupić karteczki i porozdawać wszystkim w pracy oraz na ulicy - a najlepiej w całym kwartale. Kto tego nie robi, jest bezdyskusyjnie niekulturnyj cham .

Ale największym zaskoczeniem jest tutejszy brak wigilii... No normalnie... Żadnego karpika - którego zresztą uważają za rybkę akwaryjną i patrzą na nas jak my na Chińczyków obżerających się gulaszem z Burka - żadnego barszczyku, pierożków z kapustą...

Na szczęście nie we wszystkim się różnimy - ostatecznie wywodzimy się z tej samej wielkiej chrześcijańskiej Europy. I gdy już zjemy, cokolwiek tradycja nakazuje i otworzymy prezenty - niezależnie czy to podczas wigilijnej nocy, czy to w boxing day - możemy zasiąść wygodnie przed telewizorem i radować się wigilijną opowieścią "Kevin sam w domu".



środa, 28 listopada 2012

Boxed


Jak wenę szlag trafi, wiadomo - zawsze można zrobić zdjęcie kocura. Którego po ostatnich odwiedzinach znajomych zacząłem naprawdę doceniać - mianowicie znajomi nabyli - drogą kupna - "wesołego pieska, lubiącego zabawę". Co z marketingowego na polski tłumaczy się mniej - więcej: szalony s.syn z ADHD. A kotek - proszsz... Zobaczył pudełko - i już. Szczęśliwość bez granic.

Post jest na życzenie - w dalszym ciągu próbuję odwyku miesięcznego z supresją objawów odstawienia.


niedziela, 18 listopada 2012

Wyszedlemk

Zajentyk.

Ciag dalszy juz wkrotce :)

abnegat.ltd

czwartek, 11 października 2012

Sztuka pisania listów

Jedną z podstawowych - z gatunku sine qua non - umiejetności konsultanta w Jukeju jest pisanie listów.

Bo choćbyś góry przenosił, a listów nie pisał...

Poniewaz nauka zawsze daje najlepsze efekty gdy poparta jest przykładem, spójrzmy na poniższy:

"Drogi Panie Dżeneralny Praktiszynerze. (stąd DżiPi...)

Bardzo dziekuje panu za przysłanie do mnie pana Kowalskiego z powodu jego hemoroidów. Był on skonsultowany (nomen omen) przez naszego konsultanta chirurga, niejakiego Lorenzo, który czuł wewnetrznie, że pacjent powinien odnieść pożytek z poddania się zabiegowi chirurgicznemu.

Pan Kowalski w chwili obecnej jest leczony z powodu choroby niedokrwiennej serca, choroby nadciśnieniowej, astmy i niewydolności tarczycy. Jego historia choroby zawiera zawał z następowym wszczepieniem by-passów pieć lat temu i udar mózgu w zeszłym roku, po którym pozostał mu lewostronny niedowład.

Biorąc pod uwagę wszystkie powyższe, a szczególnie astmę, która ogranicza aktywność fizyczną pana Kowalskiego w stopniu znacznym, wydaje mi się, ze powinien on zostać zoperowany w szpitalu, który mógłby mu zaoferować pobyt w okresie pooperacyjnym w celu nadzoru jego funkcji życiowych.

Z tych samych powodów zabieg pana Kowalskiego nie może się odbyć w trybie Chirurgii Dnia Jednego. Czy w związku z tym mógłbym prosić, by skierował Pan Szanowny Dżeneral Praktiszyner pana Kowalskiego do Szpitala Klinicznego?

Z poważaniem
abnegat.ltd"

A chciało by się napisać: czyś ty k***a spadł ze schodów??!?

czwartek, 4 października 2012

Popiątkowo

Jeżeli powikłania mogą sie wydarzyć, to się wydarzą. Rzecz jasna pod warunkiem, że będziemy wystarczająco długo próbować - gwarantuje nam to prawo wielkich liczb. A jeżeli powikłanie już sie przydarzy, to trafi w ostatniego pacjenta wieczornej listy w piątek. W tym akuratnie przypadku statystyka przegrywa na całym froncie z jednym z praw Murphiego.

Ostatni pacjent - w piątek - dostał sobie powikłąnie w postaci krwiaka pooperacyjnego, dzięki czemu w pachwinie wyrósł mu melon, a - excuses me - fiut zmienił barwę ze standardowej na sino-czarną. Poniewaz był to piatek, Krysia, która mieszka lokalnie, na wszelki wypadek wyłaczyła komórkę, a Zuzia, która tego nie zrobiła, mieszka pół godziny jazdy od kliniki na pięterku. Nie trzeba dodawać, że dzieki piątkowemu wieczorowi dojazd zajął jej godzinę, a do domu dotarłem przed jedenastą.

Miałem nieco wyraziste przemyślenia na temat bukowania pięciu przepuklin na piątek wieczór, z najtrudniejszym - bo reoperowanym po potężnej laparotomii - pacjentem na samym końcu listy, więc na wszelki wypadek nie napisałem emila, co se o tym wszystkim myślę. Manago i tak jest nieprzemakalna, a praca, budżet i target to w zasadzie jedyne wyrażenia mogące wpłynąć na jej proces decyzyjny. Które, co chyba nie warto dodawać, trudno w ferworze wkurwielizny całkowitej zmiescić w emilu pisanym w piątek o godzinie dobrze już nasączonej krótkimi łańcuchami węglowymi. Z grupa hydroksylowa na końcu.

Poczekałem do dzisiaj. Zagadnąłem czy też może jednak moglibyśmy nieco zmienić plan Manago zaregaowała ze zrozumieniem problemu - a czemuż to niby piątek ma być inny niż pozostałe dni??!? No jakżeszsz - toż to najbardziej obłożony czas na Izbie Przyjęć (zwanej tu e-je-ni wypowiadanego z przydechem)... Transportu nie idzie się doprosić... Trza potem płacić ciężkie pieniądze za przedłużone godziny pracy... Manago łypła okiem i kiwła głową. Pewnie i tak nic z tego nie wyjdzie dobrego - jak znam życie, zaraz wtrynią piątkowy wieczór stomatołowi, która to potrafi pierniczyć sie do północy - no, ale. Przynajmniej mogę spać spokojnie, żem się wyłuszczył.

Z racji oczekiwania na Zuzię mieliśmy dużo wolnego czasu, więc z nudów potraktowałem sobie dziób tutejszym alkoholowym roztworem do zabijania żywych stworzeń. Coś nie bardzo toleruję tutejszej wody i kwitnie mi zwierzyniec jak nie przymierzajć szesnastolatkowi. Na co wlazł chirurg i z zaciekawieniem zapytał, czemuż wygladam jakbym sobie w oczy wtarł pieprz z kolendrą - odpowiedziałem mu grzecznie, że się zabezpieczam na wypadek, gdyby na twarzy miał mi wyskoczyć pimp. Pokiwał z zamyśleniem głową, popatrzył na mnie i wylazł. Potem mi Zuzia uświadomiła - rycząc ze śmiechu - że w zasadzie na twarzy to są pimples, ale alfons też może tam się znaleźć, choć jest to nieco trudniejsze i wymaga odwiedzenia dzielnicy o wiadomej reputacji.

Myślałem, że złota czcionka bedzie moja - ale na to wszystko wlazła Małgorzata i pochwaliła się, ze bedzie lecieć za tydzień do Ameryki w kucki.
- Cegój w kucki? - Zuzia wybałuszyła sie zlekka.
- A bo mi mój przewoźnik przysłał zawiadomienie, że jak chcę, to mogę sobie dokupić większy o cztery cale legroom za jedyne 195 funciszy.
- No i co, za drogo? - nie załapałem.
- No wiesz co, doktor - Małgorzata popatrzyła na mnie z oburzeniem - w życiu nie zapłaciłam za coś co ma cztery cale - i nie zamierzam teraz zaczynać!

czwartek, 20 września 2012

What is hot

Czyli najnowsze doniesienia z dziedziny anestezjologii przerabiane na puree przez naszych brytyjskich kolegow.

Temat pierwszy to apoptoza komorek mozgowych u dziecka malego po zastosowaniu znieczulenia ogolnego. Zaczelo sie kilka lat temu, nie pomne kto zacz, pokroil mozg szczurzego oseska, ktoremu wczesniej pozwolil oddychac gazami anestetycznymi. I okazalo sie, ze szczur ow mial cechy uszkodzenia mozgu na poziomie komorkowym. Rzecz jasna trudno jest przeniesc badania tego typu na ludzi, ostatecznie nikt didziow katrupic nie bedzie, ale badania dzieci wykazaly, ze te znieczulane w bardzo wczesnym wieku rozwijaja sie jakby nieco gorzej. Wzieto pod lupe wszystko co uzywamy i okazuje sie ze najbardziej podejrzana jest ketamina oraz gazy anestetyczne z desfluranem i sevofluranem na czele. Doniesienia sa o tyle trudne do opracowania, ze na rozwoj mozgu rzutowac moga czynniki inne, jak spadek cisnienia, przeplywu krwi przez mozg i pare innych.

Temat drugi to rewalidacja i re-licencjonowanie doktorow. Tu wieje groza, nikt nie wie co to ma byc, poki co wszyscy na wyprzodki robia aprajzale - czyli coroczne podsumowanie wlasnych lisci do wienca chwaly vs. plam na honorze - oraz jezdza tlumnie na zebrania naukowe wszelakie celem zebrania wystarczajacej liczby punktow. A ma ich byc piecdziesiat rocznie, co jednak wymaga starannego planowania urlopu szkoleniowego.

Temat trzeci to w zasadzie temat pierwszy tyle ze u staruchow - excuses moi. Sam jestem, wiec sobie moge. Okazuje sie, ze po szescdziesiatym roku zycia wzrasta ryzyko wystapienia zaburzen kognitywnych, czyli po polskiemu mowiac mozna nieco zdurniec. Problemy z pamiecia, mysleniem analitycznym i takie tam. Poniewaz problem wyszedl z kardiochirurgii, wiec powiazano sprawe ze spadkiem przeplywu mozgowego, ale po blizszym przygladnieciu okazuje sie ze proste to sa kijki do nart. A i to nie wszystkie. Poki co korelacje sa niejasne, wytyczne w lesie - jedno co mamy to nazwe i rzecz jasna akronim: POCD. Czyli Postoperative Cognitive Dysfunction, nie mylic z COPD palaczy.

Kolejny, bardzo goracy temat to statystyka, ktora BBC naglosnilo w zeszlym roku: w trakcie weekendow oraz nocy nalezy brytyjskich szpitali uniakc jak ostatniej zarazy, bo szansa na zgon jest ca. 40% wyzsza niz w dzien. Po mw. roku dociekan - problem jest walkowany od zeszlego zjazdu - korealacja brak specjalisty/wzrost smiertelnosci dalej jest starannie rozpatrywana.

Odnosnie krwiopijstwa, a glownie krwiodawstwa, jak zwykle wystapilo kilku prelegentow, ktorzy udowadniali na wyprzodki tezy przeciwpolozne. Ortopeda tweirdzil ze z kazdym gramprocentem krwi mniej wzrasta dlugosc pobytu i ryzyko powiklan, a anestezjolog, ze owszem, rosnie - ale z kazda jednostka przetoczonej krwi. Poki co problem jest z gatunku "czy kupowanie zapalniczki w kiosku zwieksza ryzyko raka pluc". Badania trwaja. Co nie znaczy, ze przetoczywszy krew komus, kto po biodrze mial Hb 8g/dL, nie bedziemy sie musieli tlumaczyc w centrali krwiopijcow.

I wreszcie interesujacy wyklad na temat otymizacji pacjenta do duzych zabiegow w jamie brzusznej - wystapil kolorectal i ku mojemu zdziwieniu szczeremu wykazal sie nieprawdopodobna wrecz znajomoscia fizjo- i patofizjologii czlowieka. A ponoc w ogole nie kumaja spraw, ktorych nie da sie rozwiazac bez noza...
W skrocie zalecenia sa proste: skrocenie okresu glodowki, podawanie plynow z wysoka iloscia wodoroweglanow w specjalnym rezimie do 2 godzin przed operacja, jak najmniej - a w zasadzie wcale - drenow, sond, wkluc i cewnikow, szybka, forsowana mobilizacja i ograniczenie opiatow na rzecz zewnatrzoponowki badz TAP-bloku. Statystyka wygladala conajmniej zachecajaco.

Z dowcipow: trafil sie anestezjologwi pasztet dramatyczny, mianowicie intubacja do naglego zabiegu kobiety z przerosnietym wolem guzkowym. Ktore praktycznie zagniotlo tchawice i krtn na amen. Wsadzil byl bronchoskop, po bronchoskopie maluska rurka, zabieg sie odbyl, przy ekstubacji ogladnal jescze wszystko czy nic nie urwal i kobieta cala i zdrowa pojechala do wybudzalni. Po czym opis przypadku anestezjolog wyslal do 8 specjalistow od trudnej intubacji w UK i jakby tego bylo malo - 4 w USA. Otrzymal 12 jedynie slusznech odpowiedzi jak nalezy prawidlowo podejsc do tematu, z tym, ze kazda z tych 12 odpowiedzi byla inna, a specjalisci, nie wiedzac o pozostalych opiniach, potepili sposoby polecane przez ich szanownych kolegow w czambul. Co jasno wskazuje, jak istotne jest na sali sadowej, kto zeznaje w naszej sprawie.

Ogolnie wielki swiat, wykladowcy z Kanaday, Stanow, Australii, tumbylcy - mozna sie poczuc prze chwile tak... jakby mniej wsiowo.

Ide na swiatowe espresso.

środa, 19 września 2012

AAGBI Bournemouth 2012



A to na wypadek gdyby ktos chcial spotkac Abnegata and con. na kongresie w przyszlym roku.

Maluska relacja wieczorem.

O ile nie zapomne.

Albo nie załyszczę...

-----------------------

...a tu updacik espressowy z widokiem na klify...

czwartek, 13 września 2012

Gold over love?

Andy-Boy w końcu wygrał. W zasadzie, będąc na jego miejscu, postarał bym się nie-wygrać finału US Open, przechodząc w ten sposób do historii tenisa jako finalista z największą listą przegranych finałów pod rząd. Ostatecznie lepszy rydz niz nic. Jak nie można mieć Oskara to i Złota Malina ma swoja wartość.

Andy wzbudził zachwyt tumbylców rozwiązując filozoficzny nieomal problem: czy zostanie pierwszym od lat wielu Brytem triumfującym w Wielkim Szlemie, czy też niespełnionym Szkotem. Z pewną taką nieśmiałością czekam teraz na nadanie mu Sire’a. Choć może jeszcze nie teraz?

Póki co doceniła go Jej Królewskiej Mosci Poczta, malując kilka ze swoich skrzynek na złoty kolor. Co jest najlepszym przykładem na przewagę dopingu pozytywnego nad negatywnym - chłop się tak ucieszył, że wygrał szlema. A nasza wieś urocza zyskała atrakcję turystyczna - rząd samochodw z rodzinami ubranymi odswiętnie oraz nie wyczekuje na swoje pięć minut. Każdy chce mieć zdjęcie z bohaterem.

Tu powraca pytanie, co jest ważniejsze dla tenisisty- medal z olimpiady czy szlem? Przywożąc złoty medal w tenisie był jednym z wielu sportowców brytyjskich, którzy tego dokonali. A tu jest sam - jeden...

No właśnie - ważny ten złoty medal czy nie?

Do pieca dołożył doskonały polski brydżysta, z nazwiska nie wymienię z przyczyn zachowawczych, któren to złote medale paraolimpijczyków zmieszał z - litościwie zmiękczmy ton wypowiedzi - błotem. Z jednej strony ma rację - ostatecznie jeżeli ktos nie może wystartować na olimpiadzie, to znaczy że jest na nią za słaby. Koniec i kropka. Ja tez bym chciał zdobyć złoty medal w biegu na 5 kilometrów, ale choćbym oddał mocz oraz stolec, nie utrzymam tempa 23 km/godzine dłużej niż przez 15 sekund - a tak trzeba biegać przez dobre 14 minut by myślec o finale. Z drugiej strony bardzom dumny ze swoich osiągnięć i chcę mieć mozliwość zdobycia złotego medalu - tylko domagam się równych szans! Chcę startować w grupie ludzi po czterdziestce z otyłościa - nazwijmy to konkurencją 5k/+40/+30. To drugie to wiek, trzecie- BMI.

Z drugiej strony nasz najlepszy brydżysta dowiódł niezbicie, że jest prawdziwym politykiem - co dla mnie oznacza aroganckiego buca bez grama przyzwoitości - stwierdzając wszem i wobec, że ludzkość rozwiajać się będzie tylko wtedy, gdy podziwiać będziemy ludzi pieknych, mądrych i silnych a nie jakichś tam paraolimpijczyków z pourywanymi kończynami.

Jeżeli to nie są poglądy faszystowskie - to jakie są?

piątek, 7 września 2012

Urlop potrzebny od zaraz

W czasch NHS usłyszałem o tak zwanej unwind policy, która to ma za zadanie unwindnąć biednego konsultanta, coby na urlop nie pojechał zestresowany. Innymi słowy, przyszły urlopowicz dostaje pierdółki bądź papiery i nikt mu na łeb nie wrzuca listy z czternastoma pacjentami, z których połowa ma ASA IV. Trust ów był tak miły, że pozwalał również nawindnąć się bezstresowo, co jak łatwo zgadnąć jest procesem do unwindnięcia odwrotnym.
Ale nie u nas...

Gdy doda się do kupy lot Ryanairem, lądowanie o północy i trzy dni z ośmio-pacjentowymi listami - po urlopie nie zostaje chocby wspomnienie. Nawet wątroba przestała mnie łupać. Na szczęście dzisiaj jedna pani zapłaciła sobie za wygląd a'la "przejechana przez lorę z węglem", dzięki czemu sterczała na liście jak pierwszy przebiśnieg na polu. Czy raczej ofiara owej lory na poboczu. Zabieg co prawda czterogodzinny, ale jeden. I łyk-end (pisałem już kiedyś: to od łyku świeżego powietrza; copyright: Papa Chmiel. Kto czytał Tytusa et consortes, ten wie).

Lot Ryanairem niestety trzeba dodawać do kupy, bo do niczego innego się dodać nie chce. O'Leary zwyzywał ostatnio pasażerów od idiotów co jednoznacznie pozycjonuje klasę jego firmy na poziomie owej kupy. Korzystałbym z usług innego przewoźnika, ale z tymi jest jak z Ickiem, co to chciał wygrać milion w lotto i modlił się o to sumiennie każdego ranka i wieczora. Zagrzmiało, chmury się rozstąpiły i nieco windnięty Jahwe zawrzasnął: Daj mi szanse! Kup choć jeden los!!!

W dodatku zdechł internet. Nie tam, żeby na chwile - od przyjazdu pokazał się na 5 minut, po czym jak go zeżarło we wtorek, tak do tej pory Belkin mruga pomarańczowym oczkiem. Stan jest wpier.nerwujący wyjątkowo, bo jeb.łoczdog blokuje mi wejście na wszelkie podstawowe strony netu. Jak ten stan się utrzyma dalej, Belkin zacznie mrugać fioletowym...

Mam depresję pourlopową. Co w połączeniu ze zdewastowaną wątrobą daje dość ponury obraz. Przydał by się teraz taki urlop po urlopie celem podratowania zdrowia. Niby znałem możliwości Karoliny, kobita jest słusznego wzrostu i ogólnie lubi stan zmacerowania istoty szarej, ale że mi strzyma w pięciodniowym maratonie... A honor nie pozwala powiedzieć kapitaliście pas... No żeby kobieta była w stanie zdzierżyć trzy czwarte litra na głowę???

Zdecydowanie chcę na urlop. Tylko tym razem gdzieś, gdzie nie ma monopolowego.

sobota, 1 września 2012

Mam zwolnienie

To w jakis sposob usprawiedliwia moja nieobecnosc ;)
...mam nadzieje...

niedziela, 19 sierpnia 2012

Zdolność adaptacji

Na przestrzeni dziejów ludzkie plemię dzielnie walczyło z każda przeciwstawnością losu, starając się uchronić przed zatraceniem swoje najważniejsze cechy. Głównie lenistwo, obżarstwo, ruję, poróbstwo, pijaństwo ale nie tylko. Ostatecznie nie jesteśmy aż tak prości!

Na szczęście wszystkie wraże idee, nawiązujące do równości, miłości i braterstwa zamieniamy praktycznie bezwysiłkowo w zdzierstwo, złodziejstwo i kurewstwo. By nie być gołosłownym wskażę dziecinne wręcz przykłady chrześcijaństwa, socjalizmu, komunizmu, demokracji i co tam kto sobie jeszcze przypomni.

Wiecie, co to jest spółdzielnia? Grupa ludzi osiągająca wspólnym wysiłkiem cel, o którym w pojedynkę mogli by tylko pomarzyć. Super, nie? Idea piękna, która w skrzeczącej rzeczywistości zamienia się w prezesów oraz pozostałych - nomen-omen! - członków.

Straszecznie interesuje mnie źródłosłów członka w tymże użyciu... Nasuwa to niezbyt co prawda zrozumiałe, ale nachalne konotacje z wyruchaniem...

Spółdzielnie mogą być małe - i duże. Można na spółkę kupować mieszkania - można grać w totolotka. Ale zawsze, prędzej czy później, znajdzie się jakiś drobny druczek, przy pomocy którego członek zostanie - wiadomo co.

Też mamy w pracy taką spółdzielnie, zrzucamy się po kilka funtów i gramy razem w loterię narodową. Coś jak polski totolotek. Osób jest trzydzieści, równość rządzi. W Euro-Milion nie gramy, bo towarzystwo stwierdziło, że to za drogo. No cóż, wszyscy za jednego - jeden za wszystkich.

Wracam ja sobie z urlopu, a tu wieść radosna obiega klinikę na pięterku, że trafiliśmy - bagatela - 40 tysięcy funtów. Na księżyc się nie poleci, auta się nie kupi - ale na parę dobrych single-maltów starczy. Czy na inne waciki. Jak już euforia nieco przygasła, dowiedziałem się, że nasza dzielna grupa postanowiła się zrzucić na dodatkowe losowanie właśnie w Euro-Milion, więc sorki, Abi, spierdalaj.

Jak by się człowiek nie obrócił - dupa zawsze z tyłu.