Kovalik zastygł. Z jednej strony historia opowiedziana przez jego tajemniczą nieznajomą kusiła, by natychmiast wypróbować działanie dziwnego artefaktu na sobie, z drugiej poczuł głęboki niepokój.
- To co mam robić?
- Na odległość nie dam rady. Przynieś to, trzeba sprawdzić, co też milusińska przygotowała za niespodziankę.
Kovalik narzucił polar, w ostatniej chwili wymienił trampki na Scarpy i wybiegł z domu. Na widok ciemnego lasu nakładała się projekcja Trevora, nie miał żadnych wątpliwości gdzie i którędy biec. Po piętnastu minutach poczuł, że wypluje płuca.
- Daleko jeszcze?
- Fizycznie tez jesteś lebiega? - szyderczo rzucił Trevor. -Nie ma uproś! Wielkie cele wymagają wielkich poświęceń!
Kovalik przystanął. Nagle zdał sobie sprawę, że z uśmiechem na ustach leci w ciemna noc na spotkanie czegoś, co opisało się jako dobry znajomy miłośnika ludziny. Poczuł, że zalewa go miłość do Trevora, toż ktoś tak miły nie może być zły - i resztką woli wsunął na palec pierścień. Ryk w jego głowie zabrzmiał tym razem wyjątkowo słabo.
- Ośle jeden! A by tak was wszystkich zaraza wybiła! Było was zeżreć stulecia temu nie bacząc na smak parszywy... - piekleniu Trevora towarzyszył psychiczny bat, przy którym poprzedni przymus wydawał się być przyjacielska pogawędką. Powietrze pojaśniało. Dostał w łeb czymś masywnym i zboczywszy z dobrze wytyczonej drogi wyrżnął w mijany pień.
- Dzięki, Słyszący. Teraz my się nim zajmiemy.
Ucisk w jego głowie zelżał, rozglądnął się dookoła. Koło niego stał zawodnik sumo klasy przepiórczej, metr dwadzieścia w kapeluszu, metr czterdzieści w obwodzie.
- A pan kto?
- Jam jest... - zaczął dumnie grubas i nagle miotnęło nim o ziemię, jakby zderzył się z niewidzialnym workiem cegieł.
- Ty pomiocie jaszczurczy... - jęknął i z mściwym uśmiechem wyciągnął przed siebie przedmiot, który Kovalikowi przywiódł na myśl góralską ciupagę z termometrem. -Najbardziej lubię te gadziny z grilla...
Wydał z siebie ryk żywcem przypominający misia z Tatrzańskiego parku, który na parkingu zeżarł Kovalikowi kanapki w zeszłym roku. Razem z połową drzwi dziadkowego Trabanta.
- Ale - że - bo , ten tego - Kovalik nie zdążył dokończyć pytania, bo tłuścioch, dzierżąc oburącz ciupagopodobną broń masowej zagłady pognał przez chaszcze.
Nagle Kovalik poczuł się śmiertelnie zmęczony. Dotarło do niego, że rzęzi, a serce chce mu wyskoczyć z klatki.
- Gdzież przyjaciel mój, szlachetna ozdoba wszelkich trawników? - głos w głowie nałożył się na niezrozumiałe słowa, wypowiedziane dumnym, nie znoszącym sprzeciwu głosem. Przed Kovalikiem zmaterializował się wysoki, szpetny szlachetnie, brodziaty facet. Kovalik wskazał ręką kierunek w którym pokłusował grubas. Brodziaty kiwnął mu po królewsku głową i z co najmniej dwumetrowym żelastwem w dłoni biegiem podążył śladem, którego nie powstydził by się nosorożec. Przy tym wszystkim darł się przeraźliwie w nieznanym języku, co mentalna projekcja w głowie Kovalika usłużnie zastąpiła "Bogurodzicą". Po chwili sine światło zamieniło las przerażający w upiorny. Rozległ się huk i nagle Kovalik poczuł się jak młody bóg.
- Gdzieś zabłądził, mój miły? - głos Trevora koił zmysły.
Kovalik za głowę się złapał - to jego przyjaciel tam czeka, a on tu sobie pod drzewem poleguje? Zerwał się i ruszył z kopyta. Gdzieś na granicy świadomości czuł, że robi mu się ciemno przed oczami, ale w jego głowie trasa była prosta jak w pysk strzelił, w dodatku oświetlona jak Krupówki w Nowy Rok. Po kilkunastu minutach wbiegł na małą polanę i upadł. Przed jego nosem pojawiła się kilkucentymetrowa jaszczurka.
- To ja się tu na walkę nastawiam, a ty zdychasz po krótkiej przebieżce? - Trevor wlazł na jego bezwładną dłoń i zapierając się łbem zaczął zsuwać tylnymi łapkami pierścień z jego palca. - Musze przyznać, żem dawno nie miał tak durnego interlokutora. Toż to można wpaść w załamanie nerwowe. Trevor zsunął w końcu pierścień i wsunął przez niego głowę. Kovalik miał dziwne wrażenie, że ktoś go nadmuchał od środka. Nawet łapki miał grubsze.
- No to - adios, dwunożny tłumoku. Bogu swojemu podziękuj, że twój świat jest spolaryzowany o prawie 180 stopni w stosunku do naszego... Inaczej miał bym Cię czym zeżreć. - Trevor zataczając się z lekka pod ciężarem na dwóch łapach pobiegł w kierunku brzegu polany. Ucisk w głowie Kovalika zelżał, próbował wstać, ale póki co energii wystarczało jedynie na nabieranie powietrza. A i to nie za bardzo.
- Zabrał pierścień? - beznamiętny głos Arleny mógł walczyć o lepsze z szarym lodem jej oczu. Kovalik kiwnął głową. -A te dwa pajace gdzie?
- Gruby pobiegł pierwszy, a potem taki szpetny pognał za nim - znalazł ponadplanowe kilka procent powietrza w płucach Kovalik. Arlena odwróciała się do stojącego za nim szpakowatego mężczyzny.
- Uciekł.
- No to musimy wygenerować trochę energii... - uśmiechnął się stary obleśnie i wymownie popatrzył na swoją towarzyszkę.
- Spadaj, dziadu parchaty... Wolała bym seks z tym obślizgłym gadem - z kieszeni wyjęła komórkę, po chwili lekka poświata oświetliła jej profil.
- Potrzebuję 4 F22A ze zbiornikami N1. Koordynaty... - tu popłynęła litania cyfr. Arlena wysłuchała potwierdzenie i wyłączyła komórkę. - Spadamy. Otwieraj portal.
- A ten? - obleśny wskazał na Kovalika. -Może go odniosę do domu?
Kovalik niejasno poczuł ból w miejscu, gdzie plecy tracą swoją szlachetna nazwę.
- Powiedziałam, portal! - ryknęła dziewczyna, powietrze zmieniło nieco odcień, Arlena nie certoląc sie zbytnio pchnęła szpakowatego w tamtym kierunku. W ostatniej chwili wyhamował na granicy cienia.
- Oż, ty k... - celny kopniak dokończył akt teleportacji.
Arlena odwróciła się w stronę Kovalika.
- Przepraszam, że zostałeś w to wszystko wplątany. Nie miałam innego wyjścia. Radziła bym stąd zniknąć.
- A niby jak - Kovalik powoli wracał do świata żywych. -Toż zaraz tu mają być ognie sztuczne...
- Żadnych widowisk. Trochę popada i przez najbliższe lata będzie trudno spotkać jaszczurkę w lesie - Arlena popatrzyła na czarne niebo, owinęła się szczelnie płaszczem, spojrzała raz jeszcze na Kovalika i uśmiechnęła się lekko. -W sumie chyba jestem ci to winna - poruszyła dłonią, powietrze zawirowało i Kovalik, z paskudnym uczuciem znanym z najgorszych snów, zaczął spadać.
Leżał rano w promieniach słońca i sączył zimnego Żywca. Zbudził się w łóżku, jak Pan Bóg przykazał, nawet ząbki miał umyte. Wydarzenia z dnia blakły, stając się wytworem wyobraźni.
- Może faktycznie tu jakie grzyby rosną... Głosy w głowie, sodomici, zawodnicy sumo... Dzizzazzz... - w głębi duszy powziął głębokie postanowienie o odbyciu tygodniowej kuracji detoksykującej. W sumie miał jeszcze dwa tygodnie urlopu a kasy na koncie powinno wystarczyć na kilka kratek oczyszczacza. -I jeszcze ten pokurcz jaszczurczy...
- Sam jesteś pokurcz. Mówiłem, nie wkładaj na palec? Capie jeden... w jego głowie rozległo się nikłe echo potężnego, królewskiego głosu Trevora. Kovalik zakrztusił się piwem. Przecież czarodziejkowata zamówiła pestycydy? W jego głowie rozległ się mentalny odpowiednik parsknięcia Trevora. Radio na półce włączyło się samo.
"W dniu dzisiejszym Korea Północna otwarła ogień artyleryjski do oddziałów stacjonujących na wyspie Yeonpyeong. Cały świat potępił niczym nie sprowokowany atak. Jednakże w specjalnym oświadczeniu Korea Północna obarczyła winą za kolejna eskalację napięcia na półwyspie samoloty Stanów Zjednoczonych, które rozpyliły trujące substancje, mające na celu zniszczenie głównych zakładów przetwórstwa mięsnego w stolicy."
Radio zgasło.
- Ja bym sobie zniknął, ty byś miał święty spokój... Echch... A teraz - utknąłem tu na amen. Jak pomyślę, że jesteś jedynym słyszącym w moim zasięgu, to mi się dupa marszczy...
1 tydzień temu