wtorek, 30 sierpnia 2011

Wieliczka


Dzien drugi zaczal sie nieco... pozniej. Jednak flachacha whisky wypita po 4 godzinnej nocy i szoku tlenowym to nie w kij dmuchal...

Kopalnia sliczna. Znowuz sie udalo Brytow zadziwic. Fakt, biedny Stefan co i rusz lapie cykor-raczke, widzac kolejnego super kierowce rodem z piekla, ale sam stwierdzil, ze warto bylo zaryzykowac zycie na Zakopiance by cuda zup solnych uwidziec. A jakie mial duze iczy w windzie... Ha.

Wawel jutro. Dzis szans nie bylo bladych.

Ale nogi mam - nie powiem gdzie.

6 komentarzy:

madziaro pisze...

jak pojadę do Polski to w końcu muszę jechać do Wieliczki te cuda zobaczyć :). To nic, że 24,5 roku mieszkałam +/- 70 km stamtąd :]

Anonimowy pisze...

No jak to gdzie? W uszach! ;-P Też muszę Wieliczkę kiedy obaczyć.
nika

Anonimowy pisze...

To się mówi ładnie "nogi mi wchodzą tam skąd wychodzą" :-D
Też jeszcze muszę Wieliczkę zaliczyć. Kiedyś
ruda_

Inessta pisze...

lizali ściany?

madziaro pisze...

to co? za rok, jak się uda i opatrzność pozwoli, jedziemy wszyscy do Wieliczki? ;)

(KK) pisze...

Hehe, ja rodowite dziecko Krakowa kopalnię obaczyłam na własne oczy dopiero jak zostałam przewodnikiem miejskim (to staaaaare dzieje) i pojechałam sobie z oprowadzaną własnoręcznie wycieczką ;) (Żeby nie było: po kopalni nie oprowadzałam, tam mają własnych przewodników, ja tylko pilotowałam autobus - a że nie znając drogi, to insza inszość :D)