sobota, 6 lutego 2010

Godzina upiorów

Godzina duchów...
...noc upiorów...
...posłuchajcie...
...huuu huuu...


Dyżur był ciężki. Franek ze współczuciem popatrzył na Wydźwiernego który tuptał przed nim do karetki. Cholera jasna, żeby człowieka w tym wieku tak poniewierać... Z przyzwyczajenia siadając za kierownicą otrzepał buty ze śniegu. Szlag by trafił tą zimę wreszcie. Marzanna popłynęła do morza a tu dalej zimno, śnieg. Na jutro znowu opady zapowiadali. Dobrze że po nocy dwa dni wolnego.
- Ciężka noc, co doktorze? Który to pański wyjazd? Szósty, siódmy?
- Jedenasty - westchnął ciężko doktor. - Wam też nieźle w dupe dało. Żeby w taka pogodę trzy razy transport do Miasta trafić... - odwdzięczył się rozmówcy. -Palimy?
- A, na coś trzeba umrzeć - Franek wziął papierosa i przypalił. -Gdzie zeżarło Gucia? Śpi pieron jeden?
- Torbę uzupełniał. Zaraz będzie.
Kurzyli w milczeniu. Z uchylonych okien walił siwy dym, mieszając się z drobnymi płatkami śniegu. Dziwna sprawa, śnieg w pomarańczowym świetle sodówek wydawał się być ciepły, wręcz zapraszał do złapania w dłonie. Co do cholery mnie tu na filozofa bierze? - otrząsnął się z obrzydzeniem Franek.
- No to komu w drogę temu trampki - rzekł radośnie Gucio, trzaskając drzwiami.

- A witamy, witamy! - ucieszył się wyraźnie starszy człowiek, stojący w drzwiach. -Ależ macie tą waszą służbę ciężką, ech... Przepraszamy że o tej porze, ale z wieczora babka dobra była, nawet się uśmiechała przy myciu a w nocy takie straszne mordowisko ją nasżło, nie śpi, jęczy - nie przerywając przemowy prowadził po schodach na drugie piętro. Co oni mają z tym drugim piętrem? Pewnie by i na trzecim trzymali jakby wybudowali...

- Panie doktorze, herbatki? - zapytał gospodarz Wydżwiernego, który mozolnie pisał recepty, przekrzywiając głowę. Jak on autem jeździ? Franek z podziwu wyjść nie mógł. Toż ledwo widzi co pisze.
- A, chętnie - ucieszył sie Wydźwierny.
- A dla Panów? - zwrócił głowę w kierunku Franka i Gucia.
- Ja to może kawę?
- Ja też kawę, jeśli można z trzech łyżeczek - Gucio był znany ze swego uzależnienia od kofeiny. Potrafił paczkę wypić w dwa dyżury.

- No to - czym chata bogata, tym rada - szerokim gestem zaprosił gospodarz. Ha, jednak są na świecie porządni ludzie, pomyślał Franek patrząc na stół zastawiony sałatka, wędliną i świątecznym ciastem.
- O, a co to?
- A, maluśka wkładeczka łąckiej, dla zagrzania doktorze.
- Ale ja na służbie - zaczął się krygować Wydźwierny -Toż tak nie przystoi...
- Doktorze, piąta rano, trzeba bateryjki naładować - uśmiechnął się szeroko gospodarz i przysiadł na czwartym krześle. -Chyba że wolicie po maluszku?
- Ja kieruje - ze smutkiem nieudawanym westchnęło się Frankowi. Żesz w morde jeża, może da jaką flaszkę na drogę? Doktor tego specjalnie nie pija to może by się mu dostało?

- Husat listik on degaaas - husat listik listik listik - pomagał Korze Wydźwierny jak umiał, kiwając się na przednim siedzeniu. Gdzie on te ruchy podpatrzył? I na cholere pił te trzecią herbatę? Toż już po drugiej mu ze łba dymiło. A, jakoś to będzie - pocieszył się Franek w myśli. Toż do stacji pół godziny, zanim dojada to akurat koniec zmiany będzie, Wydźwierny się drzemnie i na popołudnie będzie jak nowy...
- Franek, gdzie jesteście? - zaskrzeczało radio.
- Dojeżdżamy do Przygórza...
- To się wróćcie na Gęsiarkę. Nic pilnego, rodząca czeka.
Franek zmielił przekleństwo.
- Sie chobicie zamarzyo roziś o tej poszszssze. - Wydźwierny najwyraźniej przechodził śliwkowe katharsis. Kurwakurwakurwa. Franek pomyślał kontrzaklęcie i starając się wyglądać poważnie, zwrócił się do próbującego wykonywać flamenco w pozycji siedzącej Wydźwiernego:
- Doktorze, tam pod chałupę nie dojedzie - skłamał gładko. -Zostawimy samochód na drodze i pójdziemy po kobite, a doktor se poczeka w ciepłym autku. Dość się doktor dzisiaj narobił...
- Łokej.
...Franek poczuł jak mu ciśnienie opada. Toż jak by się tak Wydżwierny wziął za badanie... Potrząsnął głową starając się pozbyć widoku prokuratora.

- Pani poczeka chwileczkę - rzekł szarmancko Gucio - ja się najpierw usadzę na nosze a Pani jak królowa na krzesełku pojedzie. Teraz nóżki do środka, torebka na kolanka... o, bardzo dobrze.. Franek, zamkniesz za nami?

- Szanofna pani sie hopsz szuje? - przystapił do obowiązków Wydżwierny.
- Przecież Pan jest pijany! - z oburzeniem wykrzyknęła niedoszła matka. -Wstyd!
- Wstyd, szanofna, to jest chraś - odpowiedział tajemniczo i zapadł w sen.
- Toż on jest w trzy dupy pijany! - niewiasta zwróciła się do Gucia. Ten uśmiechnął się spokojnie, szeroko i spokojnym głosem odparł:
- To pacjent. Straszny ruch dzisiaj, załatwiamy po kilku na raz. Odstawimy Panią na porodóweczkę a potem wio z nim do Kobierzyna.

Tysiąc osiemset czterdziesty był rok
Gdy pomyślałem czas zrobić ten krok
Na kolejowym szlaaaaaku...

Fula mi nalej, fula lej

7 komentarzy:

inessta pisze...

Za wszystkie kłamstwa w dobrej wierze pracownicy służby zdrowia będą mieli policzone na plus na sądzie ostatecznym. Wszak przez te kłamstwa uratowali niektórym zdrowie a i zycie niekiedy też.

Anonimowy pisze...

Nic dodać, nic ująć - podpisuję się pod Inesstą.
nika

cre(w)master pisze...

inessta - ... nie mówiąc o d..ach :)

Anonimowy pisze...

Czy szanowny Abnegat znów kusi dyskusję? :) Moim zdaniem lepiej było zniechęcić do picia niż kryć, ale tak to bywa, że w Polakach niesamowita inwencja objawia się dopiero w podbramkowej sytuacji a nie na pierwszej linii obrony. No i co ludzie mają z tym alkoholem - śliwowica do śniadania?! Pozdrawiam. s.

green_emili pisze...

Autentic-> Pewna Pani Dohtorowa (zadufana w sobie starsza pani, żona świetnego "swojego chłopa") została zaatakowana przez zwierza gospodarskiego (na spacerku) i miała rozciętą skórę.

Wylądowała na pogotowiu w mojej wsi tyleż pokrwawiona, ileż w pretensjach.

Dyżur miał lekarz tyleż wyluzowany ileż naprocentowany.

Na sam widok kobiety zaczął się śmiać (a boi się wielkiej damy w pretensjach każdy) i wyrzekł:

"-Łeeee, taka rana to nie rana, a jak ma się zwierzątko?

- No dobrze...proszę mi pomóc, bo zadzwonię do męża!

- To dobrze, że dobrze, bo po kontakcie z taką wściekłą krową można mieć wściekliznę, albo BSE, ja się człowiekowi dziwię, że żyje, a co dopiero mówić o zwierzęciu"

Szanowna pani uciekła do domu. Bez szycia.

W domu mąż ją zszywa nicią okulistyczną i mówi:
- Ehh, ten X. to fajny chłop,zobacz kochanie...aż się musiał napić żeby ci prawdę rzec.

Od tamtej pory pani sąsiadka jest jakaś taka skromniejsza.

A na dyżurach pić nie wolno i koniec!!!

Pozdrawiam

- e.

abnegat.ltd pisze...

Dupe ratowali jak mogli :D Na pocieszeni dodam że to miało być na długo przed moim początkiem - czyli opowieśc mogła by byc gdzieś z lat siedemdziesiątych - może osiemdziesiątych. Teraz to takich nie ma wcale. Nic a nic.

S., witaj :)
Z dyskusji nic nie wyszło
Dziecko się spłoszyło
Drugie swą kokardkę czerwona zgubiło
I nim znaleziono coś zamiast kokardi
Gościa porwał daje nurt wydarzeń wartki

;)
Chyba późno juz jest.
Idę spać.

basia pisze...

Inna epoka jakby... Ale coś-tam jeszcze człeku świta, jak to bywało w różnych robotach (albo - opowiadali, że bywało)... ;)))))