czwartek, 10 grudnia 2009

Filozofia żywienia

Jedną z ciekawszych niespodzianek jakie zgotowała mi emigracja było uświadomienie sobie naszego kulinarnego polskocentryzmu. Wchodzimy do sklepu w Jukeju - i wpadamy w panikę. Matko jedyna, same jogurty, mleka, płatki, sześć ton słodyczy oraz coś co w ogóle nie wiadmo czym jest, do tego tona puszek nieznanej zawartości... A gdzież kiełbaska swojska? Boczuś wędzony? Parówczka z Konspolu o zawartości mięsa min. 7%?

O zwykłym chlebie nie wspominając.

Początkowo człowiek próbuje utrzymać dietę importem domowym. Ot, znajomi jada to kiełbaskę przywiozą, rodzina zapowiedziała wizytację to uzupełni lodówkę. Potem dochodzą do tego sklepu z polską żywnością. W których różnie jest - ale przynajmniej kiszona kapuste mozna dostać.

W końcu nadchodzi nieukniona faza asymilacji organoleptycznej. Fiszendczipsy jawią sie jako sympatyczne danie w sam raz na lanczyk, bezsmakowe kiełbaski angielskie zaczynaja jednak ujawniać swoje walory a w końcu człowiek ze zrozumieniem patrzeć na jegomościa w barze który do swojego śniadania nie dostał smażonego pomidora.

W międzyczasie tak zwanym wyjść z podziwu nie może że tubylcy żrą takie badziewie - żeby nie nazwać po imieniu - i nie wiedzą co tracą... Toz mogli by bigosik szamnąć albo jakie inne pierożki. I tu następuje dzonk - chętnie próbują naszej kuchni, ale jakos zachwyceni nie są. Ot, kolejna po indyjskiej, chińskiej, meksykańskiej czy kebabowo-bigmacowej kuchnia napływowa.

W końcu dochodzimy do fazy czwartej i ostatecznej - rozumiemy że polska kuchnia jest... taka jak i każda inna. Żadne cuda. Toż bytyjski cuisine też ma swoje zagadki i niespodzianki wszelakie które można konsumować ze smakiem światowca organoleptycznego.

I kiedy już staliśmy sie internacjonałami, gdy bez bólu - a nawet z pobłażliwym usmiechem rozmawiamy o naszych polskich wędlinkach - wtedy z walizki nasi bliscy wyciagają boczek wędzony... polędwicę... szynkę... pasztet domowy... kiełbasę dębicką... a na sam koniec cwaniaczek...

Rozlega sie huk i unosi pył.

Własnie runął nam światopogląd.

32 komentarze:

Catta pisze...

Moja najbliższa krewna od ponad roku w Chinach. Miłośniczka chińszczyzny, lubiąca nowinki i eksperymenty kulinarne. Z przykrością musiałam jej powiedzieć, że jednak nie da rady, nie prześlę jej na Wigilię paczką bigosu i śledzi po kaszubsku. :(
Ma pyszne i tanie chińskie dania na każdym rogu. Jeździ jednak od czasu do czasu na drugi koniec miasta po zaopatrzenie z europejskiego sklepu. Delektuje się ziemniakiem kupionym od jedynego w okolicy handlarza tym warzywem.

Anonimowy pisze...

Echhhhehe, skąd ja to znam? Niemiecki sklep spożywczy też ma swoje przysmaki, za którymi tęsknię i ilekroć jestem w Niemczech, to sobie robię jedzenie wspominkowe. Jem to, co jadłam za młodu, czyli w liceum :-) nika

Magda pisze...

Taaa, idę właśnie parówki na śniadanie podgrzać w służbowej mikrofali ;). Święta za pasem, auto świeżo ubezpieczone na kolejny okres - to parówki się żre. Z pomidorkiem :). Ja z lubością pochłaniałam angielskie i szkockie specjały - no ale w charakterze turysty będąc, to inaczej jest.

Edyta pisze...

uwielbiam mule, nauczyłam się je jeść i przyrządzać w Ajri. mogłabym je jeść tonami. W tym roku byliśmy we Włoszech. Jakież zdziwienie wywołałam w restauracji gdy zamówiłam podwójną porcję tychże (sam kucharz się pofatygował z pytaniem czy aby jestem pewna, porcja nie należała do tych małych) oczywiście wyczyściłam do dna:) nadal je uwielbiam, niestety w polskich warunkach raczej dość duży wydatek. Ale... święta niedługo, więc (nie, nie mule :D) i jak tradycja u nas nakazuje tato rozpala wędzarnię i... mięsko! prawdziwe mięsko! prosto z wędzarni, jeszcze ciepłe! schabik, karkóweczka, polędwiczki...!. ooo, umrę, nie doczekam!

(KK) pisze...

Taak. Hiszpania jest piękna kulinarnie, zwłaszcza, że tubylcy leniwi i w supermarketach można np. kupić pokrojoną w kosteczkę mrożoną cebulkę. Ale goście, którzy zjeżdżali na wakacje i tak musieli przywieźć dwa słoiki zgniłych ogórków ;) No i aż mi ślinka cieknie na myśl, że na Święta będzie normalna gotowana szynka z wodą, a nie te suszone dziwactwa.

thalie pisze...

jeśli mam być szczera to jakoś te typowe polskie gotowania - bigosiki, schabowe, nawet ziemniaczki - nie budzą mego entuzjazmu. brakowałoby mi chleba. ale chleba i tak brakuje, bo jak ktoś jadł raz taki pieczony w piecu piekarskim tak po domowemu to w sklepowym już go nie zobaczy.

abnegat.ltd pisze...

Catta, to bylby najdrozszy sledz kaszubski na swiecie. Z drugiej strony - sledzie lisnera ( kryptoreklama) mozna zakupic chyba wszedxie, cebulke tez- pokroic w kosteczke, zalac smietana i da sie zjesc.

Nika, taki boczek co to tlusty jest i wedzony...
A odnosnie kuchni niemieckiej - chyba nam blizej do niech niz do Anglikow.

Magda, paroweczki po abnegacku: konspolowskie obrac z folii, pokroic w plasterki, podgrzac do wrzenia i wrzucic do wczesniej podgrzanej miski z wymieszanym keczupem z lyzka musztardy dijon. Palce lizac.

Edyta, mule jak najbardziej. Szczegolnie po marunarsku - w bialym winie i czosneczku. Zaslinilem sie.

KK, te suszonki nie sa zle. Szczegolnie black forest (czy jak sie ten ciemny, suszony, slony boczek zwie) jest mniam. I na chlebek i pod jajka.

abnegat.ltd pisze...

Thalie, przez pierwszy rok w Polnocnej Irlandii zarlem tylko waciaki tostowe - dopiero pozniej zaczeli w Asdzie sprzedawac pieczone bagietki. To byl hardcore - nie rzucic sie w Balicach na babcue niosaca chlebek... W tym swietle witanie chlebem i sola nabiera bardzo ciekawej konotacyjki.

Anonimowy pisze...

A wg mnie nie chodzi o same specjały, tylko o składniki i o produkcję. W NL normalnych chleb na zakwasie to tzw. niemiecki. Kupuje, jak mi się chce na rynek jechać. Reszta to gąbkowce, wg Koszernych z Amstelveen pieczona na łoju (bo tańszy), a nie na deklarowanym tłuszczu roślinnym - wyśledziłam jeden jedyny w jednej sieci supermarketów bez zadeklarowanego tłuszczu w ogóle, fajnie twardawy, prawie jak staropolski, i nawet czerstwieje troszke przed zapleśnieniem.
I piałam z radości, jak mi za winklem 'Russki Magazin' otworzyli (z twarożkiem z Mławy, cukierkami z 'Solidarności' i różnymi innymi cudami). Przy myciu warzyw potrafię przyleźć do swojego TŻa (oryginalnie nie-tubylca) z pomidorkiem z targu i powiedzieć - 'zobacz, on pachnie', albo z jakimś kapustnym, z zachwytem zauważając - 'zobacz, błoto na liściach! gruntowe kupiłam!'. Już nie mówiąc o tym, co było, jak wyhaczyłam 'Murków', którzy miewają malinówki po 75 centów za kilo. W russkim magazinie była śmietana 40%... oj, dobre to!
(Facet jest bezmleczny, więc sama wyczyściłam...)

Polski sklep też jest, ale daleko, i drogi, więc sobie darowuję. Piwo jest w nocnym na przeciwko (i to aż dwa - Leszek i Tyskie!), śledź i kiszona kapucha to narodowe potrawy. Mięsa nie jemy (nawiasem mówiąc, przy obróbce termicznej ono w ogóle nie pachnie - możliwe to, jak białko ma w łańcuchach atomy azotu?). Jak już był taki foch na mięso, to albo od 'bliskowschodniego' , albo od lokalnego, cholernie drogiego rzeźnika. W naszym przypadku 'flaczki' działają lepiej bez tego pompowanego hormonami i podejrzanymi roztworami ustrojstwa mięsopodobnego.

Groet,
Sarah

Anonimowy pisze...

Wyjeżdzając urlopowo tu i ówdzie (ze wskazaniem na ówdzie, czyli rejony cieplejszego niż Bełtyk Morza Ś.) zachłystuję się przez pierwsze kilka dni ichnim żarciem. Głównie są to żarełka hotelowe (czasami przyrządzone bardzo zacnie).
Jednak w połowie pobytu zaczynam tęsknić za naszym polskim jedzonkiem. Powrót do domu i zwierzęca oskoma na zwykłą bułkę z piekarni, chlebek z plastrem polskiej szynki, ziemniaczki z kotlecikiem i pomidorkiem, skłaniają mnie wtedy do bardzo patriotycznych refleksji :)
teta

Szaman Galicyjski pisze...

Kuchnia ukejska niezjadliwa jest. Mówię tu o oryginalnej, nie faszerowanej hindusko-tajsko-chińską. Próbowałem w oryginalnych, brytyjskich domach - oni potrafią sp.. nawet groszek zielony. Mam prywatną teorie powstania imperium brytyjskiego. Dziedziczył tylko najstarszy syn, reszta - jak mówi gospodarz - w pole. Więc nie mogąc znieść tego żarcia, wyruszali w świat go podbijać i nie musieć wracać. Zwłaszcza, że tam jedzonko o niebo lepsze. Potem przywieźli je do siebie i faktycznie teraz łatwiej tu o chiński take-away niż o tutejsze żarcie.

Zadora pisze...

Abi prawdziwy "szpek" ze "szwardzwaldu" zmienił u Ciebie położenie geograficzne. To niemiecki specjał z okolic pogranicza ze Szwajcarią. Bardzo zacny Ci on jest. Czasem zamawiam u znajomych z firmy z którą mam kontakty i przysyłają mi paczkę lub dwie. Znajdz na mapie Blumberg, wytwórnia Lutz Fleichwaren AG. Na stronie www tego nie pokazują ale lokalesi wiedzą co u nich kupować.

Anonimowy pisze...

chorwackie śniadanie: ichniejszy jogurt ( jak kefir ) z muesli i figami :)

M

Anonimowy pisze...

Co prawda, Abi, to prawda, byłam ci raz na Cyprze w takim kołchozie, co hałastrę z Wielkiej Brytanii hołubi, i kurczę, jedzenie (samo śniadanie) to makabra. Jadą na Cypr, coby się swojego paskudnego żarcia nawpieprzać.
Jedyna zjadliwa rzecz, to ten smażony pomidor :-D nika

abnegat.ltd pisze...

Sarah, witaj :)
Ciekawe że oni sie jakos na to nasze żarcie nie rzucaja. Dziwne ;)

Jakoś bardzo zatwrdziały nie jestem, zkem wszystko - ale jak mi w ręce trafi dobra wędzonka... orrrany :]

6000 kCal na kolację.

Teta, za trzxecim wyjazdem zbrzydło mi wszystko w pierwszy dzień :D Teraz mam taktykę żeby keść tylko jedno danie dziennie - i na tydzięń zazwyczaj wystarca.

Szaman, nie bede ich bronił bo faktycznie głównie jedzą tekturę - ale takiego steka jak tutaj, nie zjesz nigdzie w Europie. To co daja w knajpie na rogu po prostu zabija smakiem :D I nawet te ich kiełbaski polubiłem.

Greg, to mówisz że to Schwarzwald? A może... Muszę na pudełko popatrzeć. Smak ma mniam. Zjadliwy.

M, a co ty - chorwacka feta i te takie oliwki jak sliwki w czosneczku i ziołach marynowane a do tego wino... Dobrz że kolacje zjadłem bo bym sie znowu upaprał ;)

Nika - ten pomidor to kompletny wynalazek :D Kłada go surowego na patelni i robią nieco ciapciatego - po czy, wtranżalaja z resztą super-britissh-breakfest. Polubiłem - ale nad pomidorkiem nadal pracuję.

green_emili pisze...

...moja Mama właśnie wysłała paczkę próżniowo zapakowanej żywności do jukeju.

Sznycle, kiełbaski, pierożki...zapomniała dodać tylko akwarium z karpiem.

...nie rozumiem tych emigrantów i tyle, za bardzo lubię nowości.
I bezproblemowo przestawiam się na egzotyczne jedzenie.

Ale mój brat jakoś nie.

I to od 5 lat.

paniena pisze...

przeciez karp na zamowienie, w sklepie panow pakistanow za rogiem, do 15 Dec, 9.99 funtow za kg - po co akwarium :-) ?

rozpaprany bob (mushy peas) byl dla mnie duzym przezyciem estetycznym, gdy wylozyli go na rybe w panierce. popatrzyli dziwnie, gdy odmowilam zlania wszystkiego octem. no a na deser w opcji mars smazony obok fish&chips albo 'scraps' - kawalki panierki - nie ma to tamto - gratis :-)
kuchnia angielska pelna jest niespodzianek ...
no i pierniki dla nich to niemiecki wynalazek - piernikowy kaganen oswiaty niose przez biuro co roku, jedza , owszem; nieufnie patrza troche na makowiec, bo poppy seeds to przyprawa tylko przeciez...
serdecznosci z west yorkshire

green_emili pisze...

"przeciez karp na zamowienie, w sklepie panow pakistanow za rogiem, do 15 Dec, 9.99 funtow za kg - po co akwarium :-) ?"

Paniena, ale jemu widocznie brakuje w tym karpiu polskiego mułu. I zamulenia made in Poland w okolicach świąt :D

Pozdr.
- e.

madziaro pisze...

oj... karpik, smażony taki, w bułeczce... buuuu

też zazwyczaj zakupy robimy w polskim sklepie (chwała niech będzie temu, co polskie jedzonko do Kanady zaczął sprowadzać :D ), i nawet sporo kanadyjczyków polskie papu kupuje :)
No i kanadyjczycy zachwycają się np. polskim bigosem, jak na imprezie zapodałam, to po 3 razy podchodzili do gara ;)

(KK) pisze...

[Z emigrantami o polskim jedzeniu można bez końca ;))]
...chlebek! Polski chlebek, a nie te dmuchane bagietki, a nie wierzyłam babci jak mówiła, że się tęskni za polskim chlebem...

Anonimowy pisze...

Hallo, Abi, jesteś tam?
Już ponad 90 kliknięć na liczniku Today, a tu nie ma nowej notki.
Czekamy... :)
teta

Anonimowy pisze...

haaalooo! Abiii!!!!jest tam kto???
wsysło Cię? przysnołeś, bo butle z gazem rozszczelnione??? do herbaty ktoś dodał furosemidu albo laxigenu???

M

thalie pisze...

ha! teta, czyli nie tylko ja w szoku jestem? klikam w abilinka a tu... starzyzna :DDD

green_emili pisze...

Jak widać dohtor to nie gazeta codzienna - raz na jakiś czas musi poczekać na przypływ weny.

Pozdr.

Anonimowy pisze...

Ano, niech dochtor odpocznie :-) nika

Anonimowy pisze...

Odpocznie, odpocznie. Pewnie znowu jakiś zębodół ustawił 32 zabiegi na jedno posiedzenie i teraz Abi zapracowany do północy. A może zabrał się za porządkowanie fotek z Egiptu, bo obiecał i...
A może schowali się do lasu...

pozdrawiam Piotr

Anonimowy pisze...

Odpocznie, odpocznie. Pewnie znowu jakiś zębodół ustawił 32 zabiegi na jedno posiedzenie i teraz Abi zapracowany do północy. A może zabrał się za porządkowanie fotek z Egiptu, bo obiecał i...
A może schowali się do lasu...

pozdrawiam Piotr

abnegat.ltd pisze...

Czasem się zdarzy że nawet Najmanowi nie wyjdzie ;)))

Przygotowałem coś miłego na jutro.

Miłej nocy

abenagat

Iwona pisze...

Kuchnia angielska jest wspaniala, kazdy region ma swoje specjaly, trzeba tylko polazic po roznych targach, przetwory domowej roboty, sery kozie (glownie Walia), wedliny i ryby wedzone (Szkocja)miod w gebie, mam nadzieje,ze kiedys bede miala okazje sprobowac starej potrawy wigilijnej, , zaczynajac od najwiekszego ptaka nadziewa sie go coraz mniejszymi (indyk, bazant, przepiorka, kurczak itd)i roznymi przyprawami, po upieczeniu powstaje rolada. Rybe frytkami jem polana octem, posypana sola i z pure z groszku. Moj syn bedac na wakacjach w Polsce jakies 25 lat temu, po dwoch dniach, powiedzial: wiesz mamo co ja really, really chcialbym na sniadanie? beans on toast...

abnegat.ltd pisze...

Iwona, ja się konwertuję pomaluśku - ale jak mi wyciągnęli wędzoniki nasze ostatnio z walizki - to mi patriotyzm kulinarny wybuchł z podójna siłą ;)

Iwona pisze...

Rozumiem z ta wedzonka. Nie namawiam na przechrzczenie sie, miejsce urodzenia i wychowanie ma chyba najwiekszy wplyw na to co uwazamy za norme, moze za duzo czytam polskich blogow emigrantow i jestem troche uczulona na narzekania Polakow na wszystko co angielskie (wpisy niektorych osob, nie Twoje)a moze po prostu dlatego, ze uwielbiam gotowac i znam kuchnie angielska ( nie mylic z gotowymi daniami) lepiej od polskiej. Mialam szczescie mieszkac w 4 roznych krajach, mam pare swoich ulubioncyh dan: schabowy najlepiej smakuje w Polsce, i ogorki malosolne, cebula w occie z papryka i salami najlepsze sa na Wegrzech, chleb razowy najlepszy jadlam tutaj z piekarni pewnego pana w Londynie, bialy chleb z chrupiaca skorka (jedlismy tylko skorke, srodek robil za karme dla kur)najlepszy jest w Naleczowie, moglabym tak dlugo...ale polykam sline i do domciu czas, pozdrawiam serdecznie autora najdowcipniejszego blogu.

Nomad_FH pisze...

Jeśli chodzi o jedzonko urlopowe - ja staram się jeść wyłącznie miejscowe specjały. Choć niektóre próbuje tylko raz :D
A do tego - staram się wszędzie spróbować "jak tutaj robią kebaba) - wot takie zboczenie...

No i raczej poza hotelem (no chyba,że siakaś opcja HB). W Turcji jedzonko dobre, nawet całkiem całkiem. W Grecji - ujdzie, ale nie rzuciło mnie na podłogę. W Bułgarii - baaaardzo dobre, to chyba z rejonów zagranicznych - chyba moja ulubiona kuchnia (oczywiście wymieniam tylko kraje w których byłem). Ale - tylko na miejscu.