czwartek, 28 stycznia 2010

Burej suki część artystyczna

Jako że z odpowiedzi wyszła jakowaś pierońska epistoła, na post brakło czasu.
Ja bym chciał nadmienić jedynie że patentu na mądrość Broń Boże sobie nie przypisuje a mój post to gorzkie żale są jedynie. Ale odzwierciedlają moje uczucia względem systemu zdrowotnego który doprowadził mnie do ogólnej upadłości. Za odpowiedzi dziękuję zarówno tym którzy wierzą że lekarska brać nie jest do końca stracona jak i tym którzy wysłali by całą bandę hurtem do kamieniołomów. Prosiłbym jednak rozgraniczyć dwie sprawy: jakość serwisu świadczonego lekarzowi przez państwo i co z tego wynika oraz jakość serwisu lekarskiego per se.


"Suka bura"
Komentarze ( 23 )

Blogger Catta pisze...

Ludzie myśleli, że zwariowałam gdy zrezygnowałam z medycyny po V roku i zdanej internie. Ja myślę, że uratowałam własne życie.
Abi, myślę, że najlepszy nawet i najsprawniejszy "system" opieki zdrowotnej nie sprawi, że ten zawód będzie łatwiejszy. Myślę, że warto sobie w trudnych chwilach przypominać, że się jest człowiekim nie Bogiem.

28 stycznia 2010 07:52
Anonimowy Anonimowy pisze...

Hmm, myślę, że to będzie nawiązanie zarówno do tej notki, jak i do poprzedniej, dotyczącej typów.
Otóż z racji rokrocznie odnawiających się kamieniołomów w moich nerkach, jestem stosunkowo częstym gościem, na tutejszym pogotowiu, do którego zwykle docieram przy pomocy kierowcy i samochodu, bo jakoś sumienia nie mam wzywać karetki, ponieważ a nóż się zdarzy ktoś bardziej potrzebujący. Ale do rzeczy, spotkałem na tym pogotowiu dwie osoby, które hmm:
1) Pierwsza Pani doktor, która usiłowała mi założyć wkłócie, w efekcie, cała zalana krwią podłoga, koszula i spodnie, co z kolei spowodowało jej histeryczne wołanie o pomoc, skutkujące nagłym pojawieniem się mojej dziewczyny, stróżującej pod drzwiami i gwałtownym poszukiwaniem czegoś, czym by to się dało zablokować i mniej nagłe wtargnięcie pielęgniarki z szatańskim uśmieszkiem na twarzy:)
2)Oraz postać druga, zdecydowanie bardziej przerażająca, gdyż na poważnie pytająca mnie co bym sobie przeciwbólowego życzył, a pielęgniarkę o zalecane dawki i czy aby "jak panu podam X, to się nie pogryzie z Y":)
Pozdrawiam
Adam

28 stycznia 2010 08:31
Anonimowy Anonimowy pisze...

Abi, dobrze piszesz. Toż kurwicy vulgaris można dostać od samego czytania, a co dopiero Ty, czy inny lekarz, który jest w środku takiego piekła z tym umierającym astmatykiem. Noż curva puella sua mater, żeby obsrało tego, co R-kę wezwał, gdzie się nic nikomu nie stało, grrrr :-/
I dlatego jestem zdania, że takie fajne dochtory jak Ty i moi ukochani lekarze powinni mieć wszystko naj: pensje, domy, samochody i żony :-)))
nika

28 stycznia 2010 08:31
Blogger akemi pisze...

Trochę stymulacji pobudza, duża dawka wprawia w ekstazę, nadmiar - niestety już zabija...
Kielich goryczy się u Ciebie, Abi dawno już chyba przelał, skoro piszesz to, co piszesz, no i fakt, że zdecydowałeś się wyjechać z kraju. Osobiście ubolewam, bo takich Abi'ch wyjechało setki, a może tysiące. Bóg jeden wie, ile wykształconych lekarzy (i pielęgniarek) taki wyjazd planuje...?
Niedługo obudzimy się z ręką w nocniku (szeroki ukłon w stronę rządu, który piękny los gotuje społeczeństwu), kiedy okaże się, że w szpitalu zoperują nas Ukraińcy, Filipińczycy znieczulą, pielęgniarki w słusznym już wieku nie dobiegną do pacjenta na czas (czy ktoś widział młodą polską pielęgniarkę podejmującą pracę w szpitalu w ostatnich latach?), a w pogotowiu będą jeździć sami kierowcy.
Osobiście jestem tym przerażona.

28 stycznia 2010 09:18
Anonimowy Anonimowy pisze...

Aaaa, zapomniałam o lekarkach! I mężów-wężów też najlepszych :-)))nika

Weryfikacja słowa: phean.
Znaczy pean na cześć medyków :-)))

28 stycznia 2010 10:23
Blogger Zadora pisze...

Tak jak narzekamy na lekarzy, tak pewnie po chwili zastanowienia, każdy z nas znajdzie w pamięci pozytywne przykłady. Ja mam dobre wspomnienie o pewnym szpitalnym lekarzu, który był świetny w kontakcie, nie bał się podać numeru prywatnego telefonu, żeby się z nim bezpośrednio kontaktować itd. Ale też nie byłem upierdliwym pacjentem. Chciałem szybko do domu, nie leżałem i jęczałem jaki to umierający jestem, współpracowałem zamiast oczekiwać i wymagać, chciałem ambulatoryjnie, przestrzegałem zaleceń i terminów i na dobre mi to wyszło. Dzwoniłem do niego rzadko i tylko z konkretami i on załatwiał sprawy sprawnie, szybko i profesjonalnie. Naprawdę, wszystko uzgadniałem telefonicznie, nawet wizyty na badania u innych lekarzy. No było to parę lat temu ale nie sądzę, żeby on się zmienił na gorsze. Nie ten typ, nie ta osobowość.

28 stycznia 2010 11:08
Blogger (KK) pisze...

Chciałam napisać to co Nika, więc tylko napiszę: brawo Nika!

28 stycznia 2010 11:49
Blogger Malutka... pisze...

Przerażająca jest ta sytuacja obecna. A bardziej przerażająca ignorancja TYCH, CO TO SIĘ TYM ZAJĄĆ POWINNI.
Pociesza mnie jednak fakt, że ostatnio miałam do czynienia z samymi świetnym lekarzami, tak w kwestiach medycznych, jak i osobowościowych ;) I tu szczególny uśmiech dla pewnych poznańskich nefrologów :)
Abi - a Ty się trzymaj mocno!!!
A,a, a i Nika ma rację - popieram.

28 stycznia 2010 11:59
Anonimowy Anonimowy pisze...

@ KK i Malutka: pokraśniałam z samozadowolenia ;-P

28 stycznia 2010 12:04
Anonimowy Anonimowy pisze...

łojezu, zapomniałam się podpisać, to ja, nika

28 stycznia 2010 12:04
Anonimowy thalie pisze...

a mi z pamięci wypełzła rozmowa pewna, prowadzona nieco ponad rok temu. późno bardzo, 1 czy 2 w nocy. już wigilia. rozmówca tylko rok starszy niż ja, czyli wciąż młody, niespodziewanie mówi do mnie: przeciętnie chirurg w Polsce żyje 58 lat, półmetek mam za sobą.

mam szczerą nadzieję, że to jednak nie był jego półmetek.

28 stycznia 2010 12:11
Blogger Anek pisze...

Popieram Nikę i z przerażeniem myślę że Ci PF(Prawdziwi Fachowcy)Lekarze (przez duuuże L)mogą mieć dość i wyjechać. Urzędasy se poradzą to pacjent zapłaci za ich głupotę. Ja podziwiam Lekarzy, wiem jak upierdliwa jest ich praca i jak przykry może być pacjent. Przed każdą wizytą u ulubionego medyka mam nadzieję że On jeszcze pracuje....

28 stycznia 2010 12:16
Anonimowy Anonimowy pisze...

I wszyscy sobie powtarzają na początku, że tacy nie będą? ;)

Michaś

28 stycznia 2010 12:24
Anonimowy Anonimowy pisze...

czytam i ambiwalencja uczuć mnie szarpie raz z lewa raz z prawa... Trauma nieudanej reanimacji, niezrozumienie środowiska... Tylko ten kto musiał patrzeć w gasnące oczy pacjenta będzie sobie w nieskończoność zadawał pytanie - co jeszcze mogłem zrobić? I tylko ten właśnie pojmie do końca co znaczy odpowiedzialność zawodowa w medycynie, ratownictwie, pielęgniarstwie ratunkowym.
A w temacie "suk burych"... Przykład 1: Niedawno miałem przyjemność prowadzić szkolenie dla studentów ostatniego roku kierunku lekarskiego. Wieczorem nastąpiło rytualne spotkanie w miłej knajpce, w celach integracyjnych oczywiście. Ci młodzi ludzie przez bite 3 godziny wałkowali tylko jeden temat - KASA. Czasem wypowiedź przeplatano wyborem specjalizacji ze wskazaniem na większą KASĘ. Siedziałem między nimi i niczym mecz ping-ponga obserwowałem licytację na kwoty, warunki, możliwości. Trzy godziny później, bo więcej nie dałem rady, wracając do hotelu zastanawiałem się jak będzie wyglądać dalsza kariera tych ludzi, gdzie w ich kolejce wartości uplasuje się pacjent?
Przykład 2: O powyższym szkoleniu i moich wątpliwościach rozmawiałem z moją koleżanką - świeżo upieczoną lek. med. Do tematu odniosła się niezwykle rzeczowo.
- To uczelnia i starzy lekarze robią z nas na dzień dobry takich sk...synów - powiedziała. Traktują nas - studentów jak szmaty. Nic dziwnego, że kończąc edukację człowiek czuje się jak wymięta ściera. A im bardziej próbuje udowodnić sobie, że taki nie jest tym częściej sfrustrowany czerpie z profesorskich, uczelnianych wzorców zachowań.
Najpierw bądź człowiekiem, potem lekarzem, ratownikiem, pielęgniarką, a dopiero potem specjalistą - tak mawiał mój nieodżałowany autorytet, doskonały lekarz i dobry człowiek. Dostał od życia niezłe baty, ale "suką burą" nie był nigdy.
Pozdrawiam i wszystkim życzę życiowego, zdrowego balansu.

Łukasz

28 stycznia 2010 12:38
Blogger abnegat.ltd pisze...

Witam wszystkich :)
Widze ze temat nosny.
Jako ze dzis wspomagam zaprzyjaznione TC nie bardzo moge odpisac teraz.
Jedna rzecz mi sie nasuwa na teraz: to nie jest tak ze dobrzy wyjechali a ci co zostali do niczego sie nie nadaa. W Polsxe nadal pracuje cala masa moich kolegow i wiekszosc z nich nie jest gorsza a wrecz przeciwnie. Doslonali fachowcy znajacy sie na robocie. A nasz system gdyby byl odpowiednio sfinansowany bylby lepszy niz brytyjski. Smiem twierdzic bo znam oba ;)

28 stycznia 2010 12:42
Blogger green_emili pisze...

"To nie jest w nas. Nikt nas chamstwa na studiach nie uczy. Nikt nie idzie do pracy z nastawieniem roszczeniowo-awanturniczym. To się rozwija na skutek braku pełnej kompensacji stresu. Który kumuluje się godzina po godzinie".

Abi, może wytłumaczysz mi-bo ja nie wiem-dlaczego Pani Dohtor w mojej miejscowości, mając bezstresową pracę (sama o tym mówi) wykazuje objawy chamstwa.
Sam wiesz, że w mojej wsi leczy się nadciśnienie, bo mikroklimat jest specyficzny.

I jest na tyle fachowa, że kiedy klinicysta pracujący w niezłym szpitalu po prostu usiadł.

Wypisała skierowanie na przegląd organu, którego nie ma.

A kończyła studia dokładnie tam gdzie Ty...i Pan Doktor Klinicysta.

Jeżeli nie uczono jej chamstwa na studiach, to gdzie? Bo na pewno nie w mojej przychodni.

I nie wiem jak ja mam nie myśleć, że ludzie dzielą się na dwie kategorie:
1. Medyków
2. ...i plebs...czyli na tych, co się na medycynę nie dostali.

(Szczegół, że ja nigdy nie chciałam mieć z medycyną nic wspólnego, bo mnie to nie kręci.)

ps. Z prywatnego terytorium powiem tyle...prywatnie też to wygląda z...biście. Gdybym przytoczyła tekst, który sprzedał mi pan dr ortop, kiedy dostał ode mnie kosza...to kaplica.

Nie mówię, że wszyscy lekarze są chamscy, bo większość znanych mi nie jest, ale...

Nie masz pojęcia...jak takie zachowanie zostaje i jak razi.

Ja nie poszłam do medyka, bo chciałam napić się kawki, tylko zestresowana na maxa nie wiedziałam co mi jest.

Pozdr.

Rozgoryczona Green

28 stycznia 2010 12:45
Anonimowy Anonimowy pisze...

"I nie wiem jak ja mam nie myśleć, że ludzie dzielą się na dwie kategorie:
1. Medyków
2. ...i plebs...czyli na tych, co się na medycynę nie dostali."

Są jeszcze Ci, co dostali się spełniając ambicje swoich rodziców a w głębi ducha marzą o czymś zupełnie innym...
Ale ogólnie - Abi masz świętą rację... Amen.

28 stycznia 2010 13:07
Blogger green_emili pisze...

Uważam, że lekarze ze sfrustrowanym sercem lub głową zamiast robić innym "złą robotę" - postępując tak, a nie inaczej- mogą popatrzeć jak się spakować i wyjechać.

Dlaczego ja, jako pacjent-mam płacić za cudze problemy wynikające z napięcia nerwowego i braku kasy?!

Ja, płacę składki, jestem niestety miła, nie jestem roszczeniowa, u lekarza bywam rzadko, (akcja pt. 4 wizyty w 6 dni u różnych specjalistów...trafiła mi się pierwszy raz w życiu) więc przychodząc do kogoś z problemem...szukam pomocy. I nie mam ochoty płacić za to, że system jest be.

Bo chodzi o moje zdrowie i życie.

Coś mi się wydaje, że Przysięga Hipokratesa...nie wszystkich dotyczy.

Bo moim zdaniem nie wszyscy lekarze pamiętają, że przysięgali iż:
"Będę stosował zabiegi lecznicze wedle mych możności i rozeznania ku pożytkowi chorych, broniąc ich od uszczerbku i krzywdy".

A co do spełniania ambicji rodziców, powiem tak:
ja zdobyłam dwa zawody.
Jeden dla dla rodziców (niewykonywany) drugi dla siebie (z pasji), a robię coś zupełnie innego (dla kasy...kiepskiej, ale jednak).

I szafa gra.

28 stycznia 2010 13:21
Blogger goska pisze...

Zawód lekarza bez wątpienia jest zawodem wyjątkowym, pod różnymi względami, tez wyjątkowo trudnym i odpowiedzialnym. Nie ma co dyskutować o czymś takim jak godziwe wynagrodzenie czy elementy higieny psychicznej polegającej choćby na tym, ze możesz z kimś porozmawiać gdy wydarzy się cos co cię przerasta, tak zwyczajnie, jak człowieka.
Nie można tez wszystkich „wkładać” do jednego worka, są lekarze, którzy nimi być nie powinni. Z pewnością miał na to wpływ czynników, o których piszesz. Na szczęście to mniejszość.
Pamiętam słowa pewnego proktologa, z którym miałam wykład o zaburzeniach życia seksualnego po zabiegach operacyjnych „proszę państwa nam naprawdę nie jest wszystko jedno gdy operacja się nie powiedzie”.

28 stycznia 2010 13:31
Anonimowy Anonimowy pisze...

czytam twego bloga codziennie, odzywam sie jednak sporadycznie. Zgadzam sie z twoja opinia w 100% choc nie jestem lekarzem. Wystarczy ze jest nim moja matka i widzialam latami jak potrafila odtwarzac 'ta nieudana reanimacje'. To ciezka i stersujaca robota. Masz rowniez racje ze w Stanach lekarze objeci sa opieka psychologiczna bo inaczej nie da sie zyc., dzieki temu (jak rowniez ilosci godzin i standardowi pracy) sa mili i usmiechnieci (tez nie zawsze). Moja dobra kumpela jest polozna tutaj i obowiazkowo raz na kwartal ma spotkanie z psychologiem jak rowniez po porodach z komplikacjami.
Zawsze rozwalali mnie ludzie co to mieli pretensje do lekarzy o wszystko nawet o to ze zyja. Powinni sami isc na medycyne i przekonac sie jak to jest. Ja mialam doskonaly przyklad rodzicielki a potem starszego brata i dzieki niemu wybilam sobie z glowy ten kierunek. Teraz czasem zaluje ale coz moze tak mialo byc.
Pozdrowienia.

Asia

28 stycznia 2010 16:44
Anonimowy Anonimowy pisze...

I mnie to czeka, niestety... Nie zdawałam sobie sprawy z tego, do czego lekarze są zmuszani, dopóki się wśród nich nie znalazłam:) Ale jakoś nie wyobrażam sobie siebie w jakimkolwiek innym zawodzie. Więc żegnajcie, 11 lat mojego życia!

28 stycznia 2010 19:55
Anonimowy Anonimowy pisze...

Bo to trzeba mieć jakiś defekt w mózgu. Człowiek wie, że gładko nie jest i płatkami róż mu tej ścieżki nikt nie uściele, a jednak coś go w to "bagno" ciągnie :)
I w dodatku nie chce go na inne bagno zamienić ;p


Epi

28 stycznia 2010 20:42
Anonimowy Anonimowy pisze...

'Drodzy pacjenci, nie dziwcie się że jesteście traktowani gorzej niz śmieci'

Ciekawe, czy ten sam tekst rzeczony Pan Doktor powiedział SWOJEJ chorej matce, lub choremu dziecku?

T.
28 stycznia 2010 21:21

-------------------------------------------------

Catta, Eric Berne podzielił psyche na trzy typy. Rodzic, Dziecko i Partner (czy Dorosły, jak tam zwał). Wszystko zależy który typ Ci się trafi. Dziecko to wszystkie gburki obrażalskie, Barbie niedopieszczone czy inna rozkapryszona hołota. Rodzic to to nadęte buce co ex katedra będą mielić prawdy objawione i dręczyć kazaniami. Ci najczęściej dostępują Łaski Oświecającej i zostają Namaszczeni. Lub Wniebowstąpienia. A Dorosły jak to dorosły. Da się pogadać. Ale jak trafi na bachora to mu w dupę przyrżnie.

Adam - ten pytający wcale nie jest niebezpieczny. Pójdzie, sprawdzi i napisze. Lepiej tak niż na pałę coś dać bo wstyd sprawdzić - i komuś kuku zrobić. Odnośnie wkłucia... Robię jakiś tysiąc rocznie. W zasadzie wbić mogę z zamkniętymi oczami. A dalej się trafia od czasu do czasu kiks. Takie toto jest niestety...
Nie chce usprawiedliwiać nikogo - igły trzeba umieć wbijać a leki znać.
Ale.
Patrząc na tysiące specyfików i dziesiątki tysięcy możliwych kombinacji łatwo się zgubić. Sam sprawdzam jak mam wątpliwości - a robię to 15 lat. Kto pamięta że aminofilina gryzie się z makrolidami? Albo że uroczy syropek Tussipekt może ukatrupić depresanta na MAOI? A Tramadol że jest toksyczny z trójcyklicznymi? A takich rzeczy są tysiące. Sprawdzić nie grzech - grzech nie sprawdzić ;)

Nika, ja muszę popatrzeć czy gdzieś nie ma jakowejś nagrody za ogólnopozytywne podejście do tematu służby zdrowia :) A z zestawu skreślę żonę - bo mam. Resztę biorę bez mrugnięcia okiem.

Akemi, nie wiem czy się wypaliłem. Może. Ale gdybym został to chyba już bym nie żył. Bo to co pisałem kiedyś to prawda jest niestety - miałem piękny początek wszystkiego. 60 papierochów dziennie, 25 dyżurów miesięcznie, nadciśnienie, bóle wieńcowe.
Hoooduuuuuu...
A to co pisałem powyżej też prawdą jest - to wcale nie jest tak że wyjeżdżają ci dobrzy - a źli zostają. Odnośnie wyjazdów to znalazłem taki cytat:
W Polsce pracuje około 2800 anestezjologów. Potrzeba ich będzie dwa razy więcej. Tymczasem od chwili wejścia Polski do Unii Europejskiej z kraju wyjechało ok. 7 tys. lekarzy, z których 20 proc. to anestezjolodzy. Jest to największa grupa specjalistów spośród lekarzy, którzy zdecydowali się na opuszczenie kraju. ( źródło )
Mi się w to wierzyć nie chce. Znaczyło by to że wyjechała połowa anestezjologów. Bzdura jakaś. Słyszałem że w UK pracuje ok. 300.
Ale czy to prawda - nie mam pojęcia.

Nika, a męża to już wcale nie chcę...

Greg, to jest nasza polska przypadłość. Złe będziemy wałkować do siódmego pokolenia. A dobre - ot, było , mineło a w zasadzie to potwierdziło diagnozę.

KK i Malutka - jak już wynajdę tą nagrodę to od razu załatwię trzy nominacje :)

Thalie, ale coponiektórzy żyja jednak dłużej ;) Zawsze mam nadzieję że ktoś musi być po prawej stronie krzywej Gaussa.

Anek, tak naprawdę to prawdziwy fachowiec z kraju wyjeżdżać nie musi. Byle by umiał swoją pracę dobrze sprzedać. Bo jeżeli umiesz działać w prywatnym sektorze to można pogodzić pracę na niwie z godziwym zarabianiem pieniędzy. I myślę że ci najlepsi tak właśnie zrobili.

Michaś, rzuć okiem na post Łukasza. Troche sie zimno robi. Bo prawdą jest że pieniądz jest potrzebny. To jest odwzorowanie naszego wysiłku, wiedzy umiejętności i czego tam jeszcze. Ale z drugiej strony jeżeli kasa jest jedynym - czy najważniejszym - kryterium to czas sie bać. Bo pazerność prędzej czy później doprowadzi do wypaczeń.
O pieniądze trzeba się bić. Frajerstwo zdechło już dawno temu. Ale - nie z pacjentami. Od tego jest pracodawca, NFZ, ustawodawca. Jeżeli lekarz zaczyna uzależniać świadczenie udzielenia pomocy od otrzymania gratyfikacji to właśnie przekroczył granicę. I w tym momencie powinien się nim zająć prokurator.
Czy Ty jesteś adeptem młodym?
Bo jeżeli tak - i masz takie pytania - to nie zginiesz ;) Może za piętnaście lat przeczytamy kolejny blog...

Łukasz, w zasadzie co do kasy to odniosłem się już powyżej. Nic dodać. Natomiast co do warunków szkolenia lekarzy. To jest niestety przykre. Ośrodek krakowski pod tym względem jest wyjątkowo paskudny, choć spotkałem też ludzi przed którymi czapki z głów. I to na różnych klinikach i oddziałach. Szefa specjalizacji - gdyby tu kiedyś trafił to się mu nisko i w pas kłaniam - miałem takiego że nawet nie marzyłem że mieć będę. Najwyższej klasy fachowiec i nauczyciel. Dalej nie mogę ciągnąć wątku bo bym musiał wypisywać szczegóły które w środowisku są do rozszyfrowania łatwe - ale nawet w tym ponurym Krakowie pracuje masa kapitalnych ludzi. A że trafiają się kurwadziady. Co robić.

Emilka - trafiłaś na głupią babe i od razu rozpacz czarna. Kobiety jednak albo kochają - albo nienawidzą. Żadnych letnich uczuć.

Rozgraniczmy dwie sprawy. Pierwsza - że nie podoba Ci sie system. Tu Ci powiem tak: nikomu się nie podoba. Ani pacjentom, ani lekarzom. Żaden polityk się tego nie chwycił bo zakrawało to na polityczne samobójstwo. Prywatnie wierze w Tuska, ale moja naiwność polityczna jest m/w taka sama jak zyciowa. Natomiast zwróć uwagę na jeden szczegół - że nie myślałaś o tym jak byłaś zdrowa. Dopiero jak Cie złapało wtedy płacz i "system jest be". A trzeba - rzecz jasna to nie jest jednostkowo do Ciebie, jeno do ogólnego ogółu - cisnąć polityków żeby wywiązywali się z obietnic. Obiecywali że naprawią służbę zdrowia? No to do roboty... Inicjatywy oddolne, nękanie posłów, protesty, podpisy i takie tam. Ale to trzeba zrobić zanim się człowiek pochoruje...

Odnośnie Twoje lekarki: jeżeli jestes niezadowolona z usługi to zapytaj sie bezpośrednio Pani Doktor gdzie należy kierować skargi. Toz jest NFZ do którego możesz sie poskarżyć, izby lekarskie w na końcu zwykły sąd. Przecież ta kobieta nie wzięła się z Księżyca tylko gdzieś i pod kogoś podlega.

Że ortopeda okazał się chamem... Znam paru. Pamiętaj że facet całe dnie napierdala młotkiem i rżnie piła. Do tego wrażliwy intelektualista pasuje jak pięść do nosa.

Gośka, bo to jest zupełnie druga strona medalu. Jedna - to zapewnienie takich warunów żeby lekarz miał czas na dokształ i odpoczynek.
A druga to eliminowanie matołów z zawodu....

Asia, część tych pretensji jest uzasadniona. Bo ja odpowiadam za to jak i ile wkładam pracy w rozwój, szkolenia i co tam jeszcze. A z drugiej strony - co lekarz jest winien że służba zdrowia osiągnęła stan agonalny? Naszą sprawą jest leczenie - zarzadzaniem niech się zajmą ci co się na tym znają. Jak nie będę się musiał zastanawiać nad tym jak przeżyć to będe miałczas przejmować się pacjentem. Okrutne.

Anonimie, tak bez zastanowienia...?...

Epi - bo w tym jest magia. Na swój sposób.

T., a po co to miał mówić matce? Mówił to do tych którzy pośrednio są odpowiedzialni za kształt służby zdrowia. Wyborca jest pośrednio odpowiedzialny za wszystko. Nie tylko przez fakt że cos tam wybrał - ale też przez dalsze działania powyborcze. Jeżeli wszystkim wisi i powiewa jak działa służba zdrowia - to dlaczego lekarz miał kłamać? Miał powiedzieć że co - płace mamy gorsze niż śmieciarz dlatego właśnie wszyscy pacjenci są traktowani jak klienci spa? Powtórzę myśl przewodnią - służbę - nie tylko zdrowia, każdą - ma sie taką za jaką się zapłaci. Płacimy gównianie to i mamy obsługę godną Zakładu Oczyszczania Miasta.
A zupełnie prywatnie Ci powiem że znam służbę zdrowia również od strony pacjentowo-haraczowej. Masz ci los - pięćdziesiąt lat państwo przerzucało obowiązek opłacania lekarza na pacjenta no to mamy to co mamy.

Suka bura

W każdym zawodzie czlowiek przechodzi szkołę zycia. Pogotowiarz też. Ktos kiedyś mądrze powiedział że na pogotowiu medycyny się nie da nauczyć - ale zdobywa się pierwsze szlify. Bo nagle czuje się ciężar własnych decyzji. Można powiedzieć że każdy zawód ma swoje wyboje i dołki. Ale zawód lekarza jest pod tym względem wyjątkowy - bo gdy zaczynamy nasz pierwszy pogotowiany dyżur nagle sie okazuje że nie ma koło nas kumpli z grupy którzy pomogą wyjść z opresji, nauczycieli akademickich którzy przymkna oko na nasze gafy czy szefa z oddziału co strzeli chodakiem w łeb.

Tylko i wyłącznie od naszej decyzji zależy czy pacjent przeżyje czy nie. Patetyczne, nie? Niestety, jest duzo gorzej - prawdziwe.

Tu nie ma żadnej taryfy ulgowej. Trafić możemy na wszystko. R-ka z doświadczonym anestezjologiem pojedzie do policjantów zabezpieczajacych własną dupę przy wypadku gdzie literalnie nic się nikomu nie stało, wypadkowa zajmie się złamaną nogą pijaka w Pierdziszewie Górnym a my trzecim składem pojedziemy do umierajacego 14 letniego astmatyka. Że co, że dramatyzuję? Będę żył przez niego krócej o dziesięć lat. Do tej pory pamietam presję czasu, tracące przytomność dziecko, szukanie żyły, intubację. W pierwszym roku po studiach. A do tego zmartwiała rodzina stojąca za plecami, patrząca z przerażeniem i bezradnością.

Wiem że tego się nie da przekazać. W zasadzie ktoś kto tego nie doświadczył będzie twierdził że każdy dźwiga swój krzyż. Że ten zawód jest jak każdy inny. Że trzeba go odmitologizować. Wiem to bo nawet moja własna rodzina tego nie rozumie. Ot, stary poszedł do roboty, dwa dni go nie było, ale przecież wrócił. Toż spał w dyżurce, telewizję oglądał i ciort wie co jeszcze wyprawiał. Też mi praca.

Oczywiście nikt sie do tego nie przyznaje. Po pierwsze jestesmy nauczeni by słabości nie pokazywać. Wiemy wszystko, działamy jak dobrze naoliwiony robot, farmakopea polska to nasza pierwsza czytanka a wszelkie choróbstwa i stany zagrożenia życia potrafimy rozpoznawać i leczyć z zamkniętymi oczami. Druga rzecz to brak jakiegokolwiek systemu wspierającego lekarza. W USA po nieudanej reanimacji doktor idzie do psychoanalityka. A u nas na następny dyzur. Muszę się tu prywatnie przyznać że nie wiem jak długo przeżywa się urzędnicze kłótnie z klientem czy ciężkie sparringi alkoholowe na wyjazdach służbowych - ale nieudaną reanimację można odtworzyć sekunda po sekundzie nawet po latach. Przynajmniej ja mogę.

Toż śpio w tych dyżurkach i ino sie ryćkajo z pielęgniarkami.
Koniec cytatu.


Nikogo nie dziwi fakt że koń jak nie dostanie żreć to zdechnie. Ale doktor ma zapierdalać - ile to ostatnio postulował ten chory rząd? 64 godziny w tygodzniu? - i być miły dla pacjenta.

To nie jest w nas. Nikt nas chamstwa na studiach nie uczy. Nikt nie idzie do pracy z nastawieniem roszczeniowo-awanturniczym. To się rozwija na skutek braku pełnej kompensacji stresu. Który kumuluje się godzina po godzinie. Że co, że stres jest wszędzie? Statystyka jest prosta. Średnia życia w tym kraju wynosi 74,7 lat. Dla kobiet 78.9, dla mężczyzn 70.5. Lekarze żyją średnio 67.8, w tym mężczyźni 68.1 a kobiety 67.3

Napiszmy to dużymi literami - kobieta, która w wieku 19 lat decyduje się iść na medycynę, rezygnuje dobrowolnie z
j e d e n a s t u lat życia. Mogła by zobaczyć jak jej wnuki przynoszą do domu prawnuki. Ale nie zobaczy.

Że co, statystyka kłamie? W sumie wszyscy kłamia to czemu nie ona.

My świadczymy usługi. Które to usługi są zależne nie tylko od naszej wiedzy i usposobienia ale również od równowagi psychofizycznej. Dlatego powiedzmy sobie szczerze - możemy mieć lekarza wypoczętego, dobrze zarabiającego który jest miły i wykształcony, za rączkę potrzyma, wątpliwości rozwieje i jeszcze buzi da na dowidzenia albo zagonioną burą sukę która tylko czeka żeby użreć łaskawą rękę co ją karmi.

W tej chwili polski lekarz jest właśnie taką burą suką.

Dawno temu w Telewizji Lublin wystąpił Pan Doktor i rzekł tak:

”Obecnie lekarz w naszym województwie zarabia mniej niż pracownik Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania Miasta.
Drodzy pacjenci, nie dziwcie się że jesteście traktowani gorzej niz śmieci.”

środa, 27 stycznia 2010

Klasyfikacja typów

Jak wiadomo w życiu pogotowiarza można wyróżnić kilka okresow. Pierwszy to ten w którym człowiek siedzi sobie w dyżurce ogryzając paznokcie, umilając sobie w ten sposób czekanie na wezwanie. Niektórzy próbuja zastapić paznokcie pestkami z dyni ale to sie zazwyczaj kończy zeżartymi łupkami i pestkami wyrzuconymi do kosza. Inni wpatruja się w telefon jak zając w kobrę - tuz przed zeżarciem, trzeba dodać - i międlą mantry przeróżne mające odczynić wyrok. Ten okres łatwo poznać. Pogotowiarz przyjeżdżający jest miły, jest najcichszym członkiem zespołu - choć zdażają sie krzykliwi, co to stres kompensuja decybelami - i osiąga rekordowo krótki współczynnik PZ, czyli przyjazd-załadunek. Co poniektórzy potrafili wpakować pacjenta do karetki zanim sanitariusz wygramolił się z walizką. Etap ten mozna by przyrównać do wchodzenia na górę. Droga jest wyboista ale im wyżej, tym przyjemniej. Ptaszki świergola, borówkę się czasem jaka znajdzie. Albo grzybka-ksylocypka.

Nieuchronnie nadchodzi faza druga. Ten etap, jak pamiętamy, mozna poznać po zajęciach dodatkowych jakimi umila sobie pobyt w zakładzie zdrowia powszechnego dyżurant. Targa taki z samochodu laptopa coby film jaki obejrzeć, cztery różne książki, bo to i beletrystyka na dobranoc i skarbnice wiedzy do nauki a do tego kilka gazet i piłeczka-zgniatanka żeby nad kondycją popracować. Co go wyróżnia poza paśnikiem? Jest władczy i zorganizowany, wkłucia zakłada do byle sraczki a zespół jest tłem jedynie dla jego popisów wokalno-tanecznych. Broń Panie rąk swych nie zbrudzi pomocą jakowąś - pielegniarka może se łapy urwać tachając defi i torbe z butlą za niosącymi nosze kierowcą i ratownikiem. On dumny, błądząc wzrokiem terapie obmyśla i strategie knuje. Nie daj Boże powiedziec coś takiemu. Ten etap porównac można ze szczytowaniem - czyli z odpoczywaniem na szczycie. Piekna polana, widać daleko, słonko swieci, baranki robia meee. Takie tam.

Przejście w fazę trzecia jest nieuchronne, jednak przebiega ona u każdego inaczej. Bo o ile szczyt na górze jest jeden to istnieje kilka dróg zejścia. Rozpoznac mozna kilka głównych typów psychofizycznych choc mozliwe są również stany przejściowo-zmieszane. Mędrek wchodzi, zadaje pytania, bada, stawia diagnozę, leczy i wychodzi. Nieśmiałek wchodzi, nie pyta, bada, stawia diagnozę i wychodzi. Gapcio wchodzi, zadaje pytania, zadaje pytania, zadaje pytania i wychodzi. Gburek wchodzi, opierdala i wychodzi. Ultragburek wchodzi, opierdala, wychodzi, wraca jeszcze raz opierdala jeszcze raz, wypisuje rachunek lub wzywa policję i wychodzi. Leniwiec nie wchodzi, pyta i stawia diagnozę. Nie wychodzi bo głupio wyjść z własnej karetki. Szybki wchodząc, pyta a wychodząc stawia diagnozę. Ultraszybki wchodzi, wychodzi, po drodze pyta a w karetce zastanawia sie po co wiezie pacjenta na izbę. Śpioszek nie wychodzi, nie pyta, nie stawia diagnozy i w dupie ma wrzaski doktora izbowego. A Apsik opowiada co też go dzisiaj boli - i robi to tak długo aż pacjentowi przechodzi wszystko, z chęcia do życia włącznie. Zupełnie oddzielnym typem jest Królewna Śnieżka - ale tego opisywać nie trzeba. Kto widział, do końca zycia zapamięta a kto nie widział, lepiej żeby nigdy nie zobaczył. Poza tym - jako kobieta - wymyka się ona jednoznaczej kwalifikacji.

W końcu faza czwarta i ostatnia. Wrak ludzki, trup co swym oddechem ziemie w koło zatruwa, radość odbiera i wzbudza taki impuls szczery żeby w dupe kopnać. W celach humanitarnych rzecz jasna. Faza ta jest trudna do zaobserwowania w środowisku naturalnym pogotowiarza gdyż jednym z jej objawów są nudności na widok karetki i ataki agresji w stosunku do przełożonych Pogotowia Ratunkowego.

Wiedza ta jest niezbędna w przypadku wzywania pogotowia do zaopatrywania chorób nie będących bezpośrednim zagrożeniem życia. Jeżeli jesteśmy pogodnymi extrawertykami, poprośmy o Leniwca lub któregoś z Szybkich. Ostatecznie mogą bycć Gburowaci - nasz optymizm powinien rozpuścić lody. W przypadku Ponurego Extrawertyka doradzał bym Śpiocha lub Nieśmiałka. Bo gdy wezwiemy Apsika, skończymy jako oskarżeni w sprawie o pobicie. Nie mówiąc o Gburowatych - tu sami możemy dostac po pysku. Intrawertycy powinni raczej wybrać typy dynamiczne niezaleznie od nastroju, choć ponurym sugerował bym typy szybkie, a pogodnym Śpioszka - bo nie będzie w niczym przeszkadzał - bądź Apsika - bo dokonale się zrozumieją.

Jeżeli jednak wywiad wskaże że dyżur obstawia Śnieżka... Radziłbym wzywać jedynie do stwierdzenia zgonu.

wtorek, 26 stycznia 2010

Adrenalina

- Abnegat, wypadek!!
Warcząc słowa grubiańskie a powszechnie uznawane za obraźliwe wskoczyłem w buty przelatując wcześniej przez resztę ubrania. Lato, ciepełko, drzemka popołudniowa, świerszcze tłuka się za oknem a ty maszeruj, głośno krzycz. Zaraza. Rykneły sygnały i poszły konie po betonie.

- Stacja, zgłoś się.
- Sie zgłasza.
- Wiadomo coś?
- Policja wzywa. Jeden samochód w rowie, co najmniej trzy osoby poszkodowane.
- To może nie wysyłaj nigdzie drugiego składu? - zapytałem prosząco jako że przy ostatnim wypadku obsługiwałem dwóch gości z których każdy wymagał działań bojowych.
- Dajcie znać jak dojedziecie.

Zakopciłem smrodziucha i zacząłem się bawić sygnałami. E-o e-o jakieś takie nudne sie wydaje. Długi wczuł sie zdrowo i z naszego Poloneza zaczął wyrywać ostatnie strępy. Tuturutu, kawaleria nadciąga!

Wyjeżdżamy zza zakrętu, widać piękne ślady hamowania na asfalcie, dobre - piećdziesiąt metrów? To ile toto musiało jechać? W rowie leży sobie wywrócony na dach Żuk a na srodku drogi... na srodku drogi...

- Oż kurwa - wyrwało mi się.
- Co?
- Matki auto...
- Twojej?

Wydarłem z karetki w biegu w stronę leżącego na dachu turkusowego samochodziku i przyspieszyłem. Samochód identyczny, choc rejestracja inna. Przeleciałem koło strażaków by się przekonać że siedzi tam kobieta, cała i zdrowa po czym nie zwalniając pognałem w kierunku drugiego samochodu. Dobiegając, usłyszałem wołanie policjantów. Nawróciłem szorując obcasami po asfalcie i rzuciłem się diagnostycznie na zdziwionych chłopów siedzących w nysce.

Z żuka wyszło dwóch nieco poobijanych ale ogólnie zdrowych dżentelmenów. Z Opla Corsy wyszła niewiasta w wieku średnim z guzem na czole.

- Abi...
- Czego?
- Ale po co im wkłucie i kroplówki?
- A kto kazał?
- No.., tyś se kazał...
- A to nie dajemy.
- A babke chcesz dalej na nosze?
- Nnie.
- Może iść?
- Może.

Zdarzenie pamiętam jako godzinny pobyt w czasie którego zbadałem i zaopatrzyłem poszkodowanych, pogadałem z policjantami, strażakami, zapaliłem trzy papierochy i pojechalismy do domu. Według karty wszytko trwało dziesięć minut - tyle czasu zajęło transportówce przyjechanie po trzeciego pacjenta.

Adrenalina.

Niesamowity hormon.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Talenciarz

Poleźliśmy dzisiaj na lekcję tenisa. Z trenerem. Któren to jest niesamowity i każdą piłeczkę potrafi nagrać człowiekowi dokładnie na głowę. Dziwna sprawa. Jak się na to patrzy z perspektywy człowieka który się cieszy że mu piłka przelatuje nad siatką, można podejrzewać działanie sił nieczystych.

Trener tani nie jest, wiec żeby zredukować koszty poleźliśmy we trójkę. Dzidź młodszy chciał być tenisistą? No to nie ma uproś - x-boxa trzeba wyłączyć i brać się do roboty. Co prawda dzidź twierdzi że on się tam języka uczy, grając z kumplami w sieci, ale po mojemu kląć jego tatuś tez potrafi. Obujęzycznie. Poza tym ktoś musi latać dookoła kortu i piłki zbierać.

Trenowaliśmy dzisiaj forehanda, któren to zaczyna mi wychodzić. Bynajmniej nie bokiem. Pomału zaczynam czuć ten piękny ruch do tyłu i miłe dup - jak siądzie, to nawet ładnie to wygląda. Po jednym z takich strzałów rzekł mi trener że w porównaniu z moim poziomem sprzed trzech tygodni jestem 20 razy lepszy. Niby powinienem się ucieszyć nieziemsko - ale mój mózg przeprowadził szybko analizę: 20x0=... Cholera.

Co jest ciekawe, po godzinie zajęć byłem tak dociorany że z bieżni spadłem, oficjalnie zwalając to na nieodpowiednie buty - bo do tenisa są inne a do biegania inne... Tak więc polazłem sobie na basen i - podpuszczony nieznacznie przez Nomada - palnąłem tym razem 20 nawrotek.

Ledwie się ruszam.

Zdrowie najważniejsze.

niedziela, 24 stycznia 2010

Za co kochamy krowy

Wiadomo. Serek ze szczypiorkiem z rana rzecz konieczna. Szklaneczka kefirku na kaca - palce lizać. Ale żeby mięso miało być dobre... Odkąd pamiętam wołowina kojarzyła mi się z czymś co wymagało topora wojennego do porąbania i nieziemskiej siły woli by przełknąć suchy i do niczego niepodobny kawałek zżutej podeszwy.

I pewnie trwał bym w błogiej nieświadomości gdyby nie nasze doktorskie spotkania czwartkowe. W tym dniu przyjaciel nasz innowierca miał dyżur więc Polaki podstępne szły sobie wypić Guiness'a i coś do niego zakąsić. Za namową Szamana zamówiłem sobie stek wołowy - i mi żuchwa opadła. Jak oni to robią?

Kolejny stopień wtajemniczenia osiągnąłem z okazji bodajże pierwszego spotkania przedświątecznego. Poszliśmy wtedy nie do Weatherspoon'a a do jakowejś posh knajpy, w której odkryłem że to co do tej pory uważałem za ósmy świata cud to w rzeczywistości jest paloną wołowiną. Bo podano mi soczysty, pachnący, delikatny... achchc... mniam... kawałek który oczarował mnie zupełnie.

Osiągnięcie kolejnego szczebla zajęło mi ponad rok, zmianę pracy i przeprowadzkę. W czasie jednego z pierwszych dni pobytu na Dużej Wyspie z braku możliwości kuchcenia oraz narastającej niechęci do serków topionych trafiłem na t-bone steak'a. Oż w morde... Pomijam fakt wielkości porcji z którą mój Bernardyn miałby kłopot żeby ją zeżreć. Dwa rodzaje mięsa, niebiański smak wołowiny pieczonej na węglu drzewnym... Łomatko.

Z klasa mistrzowską zaznajomili mnie, o dziwo, Włosi. Prowadzą miła knajpkę w centrum Middlesbrough gdzie udaliśmy się na jakoweś korporacyjne party. Było to pierwsze w moim życiu danie które było całkowicie pełne i niewymagające niczego. Nawet szczypty soli - a używam jej jak jelenie lizawki w zimie. Malutki plasterek wędzonego bekonu, szczypiorek, sos lekko słodkawy i do tego soczysta, rozpływająca się wołowina... Tego się nie da opisać. Ani w jakikolwiek sposób pobić.

I wreszcie pojechaliśmy wczoraj z Peter'em na steki z kamienia. Do stolika podchodzi maestro, który zabawiając towarzystwo rozmową obraca z wprawą kawałki fileta, nacinając go od czasu do czasu by pokazać jak jest usmażony. I tu niespodzianka. Mięso jest tak dobre, że sos zeżarłem z frytkami. Bo żal było zepsuć smak.

Nie wiem czy jest to problem z paszą, przechowywaniem mięsa czy z tym że do polskich sklepów trafia wołowina krów mlecznych które ktoś litościwie zastrzelił trzy dni przed zgonem ze starości. Ale to co tu sprzedają jako wołowinę ma się kompletnie nijak do podeszwy traperek które pamiętam z domu.

Dziwna sprawa.




Popaprany, dzięki za link.

sobota, 23 stycznia 2010

Siłaczka

Matko Boska, co za tydzień...
Pomijam prezent poniedziałkowy który zafundowała mi Urszula przyjeżdżając zupełnie jak czołgi - czyli znienacka - ale reszta tygodnia godna jest naszych przodków - stachanowców co to 600% normy wyrabiali.

Ostatnio zbrzydło mi zwalanie pacjentów. Co kogo skreślę z listy - idzie do dżipa i wraca z powrotem. Przypomina to problem australijskiego buszmena-aborygena który to chciał nabyć droga kupna nowy bumerang ale za cholerę nie mógł wyrzucić starego. Żadne tam katarki czy ciśnionka dziwne. Ma wysokie - to sobie posiedzi, gazetkę poczyta i mu przejdzie. Katar ma? Niech się cieszy. Mógł mieć gorączkę krwotoczną. Kaszle? No i co z tego? Teraz niech się skupi na operacji a kaszleć bedzie sobie w domu.

Dzisiaj też. Najpierw Lorenzo grzebał strach powiedzieć w czym i hemoroidy wyrzynał a potem przylazł Ani i robił to samo. Najwyraźniej nadciśnienie wrotne w tutejszej populacji jest wzmożone to i się im żylaki w dupie robią. Co robić. Było tyle nie pić za młodu.

Z TIVA to dziwna sprawa jest. Albo istnieje jakiś czynnik nieznany - wibracje powietrza, ujemne jony czy insze glony - albo to co dostaje w fiolce to faktycznie czasem kobyle mleko jest. No bo jak inaczej wyjaśnić fakt że w jeden dzień wszyscy padają jak muchy, ledwie pompy włączę - a w inny trzeba stosować wiadroterapię? To co dzisiaj się działo to ludzkie pojęcie przechodzi. Jedna pańcia otrzymała dawkę stosowna dla dwugarbnej wielbłądzicy a dalej skakała po stole w czasie zabiegu. Nie pojmuję. Gdyby jeszcze czas budzenia był przedłużony - ale nie. Wedle wskazań pompy pacjent właśnie lewituje wokoło Księżyca - a tu cyk, oczka otwarte, samoobsługowo sobie sprzęta z paszczy wyciąga... Noż do jasnej cholery...

Rekord pobił - Turek chyba. Baciar miał na imię, to mi jakoś tak z turecka brzmi. Przyznał się do 40 papierochów dziennie co niejako tłumaczy jego oporność na propofol - ale żeby ktoś był w stanie machać łapami po indukcji 300 mg Propofolu przy równoczesnym wlewie Remi 8 ng/ml? Co on miał - wątrobę przeszczepioną od walenia?? Zresztą, jak zobaczę następnym razem Turka co ma Baciar na imie to dostanę sraczki i się zamknę w toalecie. Najpierw miał przeciek - tom mu eLeMeJa wyjął i wsadził rurę. Tu się okazało że Turek wielki - a dziurka maluśka. Ledwie 7.0 wlazło. Następnie dostał pięknego skurczu oskrzeli. Kurwdziad, będzie mnie w piątek stresował. Myślałem nawet że się zachłysnął, ale w rurze nic, a nad płucami świst jeno, żadnych rzężeń... W końcu wnerwił mnie dostatecznie, dostał gazy do wąchania i mu przeszła ochota na żarty. A obudził się - jak gościu po dwóch piwach klepnięty w ramię. Cyk - dzień doberek, jak się mamy. Aż strach pomyśleć czego on uzywa w zastępstwie powszechnie dostępnego trankwilizatora w płynie. Trzeba będzie wpisać do prywatnych przeciwwskazań do stosowanie propofolu papieroski w ilości powyżej 20 dziennie. PONV - czyli rzyganie panoramiczne poznieczuleniowe - częstsze jest u niepalaczy, więc sensu upierać się przy TIVA nie ma.

Jak to szło w bajce o paltociku?
Pal to ci ku.. płuca wylecą.
Czy cóś koło tego.


Teraz czeka mnie jeszcze policy dla diabetyków. Bo nie wystarczy powiedzieć że jak pacjent jest na insulinie to won, a na tabletkach jak kto ma HbA1C do ośmiu to idzie na zabieg i mam go widzieć, a jak powyżej to również won - bo cała policy się do tego sprowadza. Nie. Trzeba napisać Straszliwą Instrukcję Obsługi Diabetyka Zrozumiałą Dla Barbursa. Jak by kto nie czaił, odsyłam do niedawnego postu Szamana nt. milusińskich w pracy.

Zaraza jasna.
Chcę sobie iść na dżima.
Jak człowiek w czasie biegu zaczyna rzęzić to wszelkie insze problemy nagle staja się zupełnie nieistotne.

piątek, 22 stycznia 2010

Władcy - łapania - much

To się mogło przydarzyć każdemu. Pod każdą szerokością geograficzną - na każdej wysokości. Grupka szaleńców poruszająca się jak w transie próbuje łapać muchy, dokładając wszelkich starań by ich w trakcie łapania nie zestresować.



Jak to robi Chińczyk - czy Japończyk - to wszystko jest zrozumiałe. Kodeks samurajów, próby jądrowe na wyspach Pacyfiku, dziedzictwo Mechagodzilli - obciążenia środowiskowe to nie w kij dmuchał. Ale stukilowy miś puszysty?

Koniec świata...



PS. Jeżeli ktokolwiek myśli że to jest bezwysiłkowe spędzanie wolnego czasu to się bardzo grubo myli...

czwartek, 21 stycznia 2010

Biała gorączka

Zima to jest czas ciężki dla wszystkich. Ciężko się choruje, ciężko się ratuje chorych. Szczególnie gdy jechać trzeba w śnieg i zawieję gdzie drogi nie widać... W światłach stroboskopów materializują się na czas błysku płatki śniegu - które jak zaczarowane wiszą zamrożone w powietrzu mimo wiatru. Mimo ciepła w kabinie człowiek odruchowo zawija się szczelniej w kurtkę.

Dziunia wysłała nas do białej gorączki. Czasem się z niej śmieję że zamiast zebrać wywiad to pisze co jej ludzie plotą a potem wysyła po uważaniu. Ale akurat przy tej rozmowie byłem. Siedzieliśmy sobie w dyżurce pijąc jakoweś wynalazki rozgrzewające z Afryki o smaku miodowo-herbatkowym gdy dzwonek podniósł alarm.
- Pogotowie Ratunkowe słucham.
- Przyjeżdzojcie szybko bo on tu nos wszystkich pozabijooo!!! - rozdarł się w słuchawce rzeczowy głos damski.
- A co mu jest?
- Biała gorącka!!!
- Czyli co się dzieje?
- No kurwaaaa!!! głucho jesteś czy co??? Biało goroncke mooo kurwaaa maaać!!!
Dziunia zasłoniła słuchawkę ręką i zapytała czy mam ochotę zbierać wywiad. Ale zemsta choć leniwa - zagnała cie w nasze sieci... Podziękowałem grzecznie że jednak nie. Tym razem "biała goroncka" w zupełności mnie satysfakcjonuje jako powód wyjazdu.
- Gdzie jechać? - Dziunia ze stoickim spokojem zebrała namiary i wpisała ładnie w kartę. -Słyszałeś Doktor. Jedziecie.
- Matko jedyna... - westchnęło mi się na widok adresu. Toż w lecie schodzi pół godziny żeby dojechać. Polazłem do telewizorowego i oznajmiłem wyjazd.

W zimie pada śnieg. Płatki duże, takie włochato-puchate, czasem małe jak gwiazdeczki a czasem drobniutkie jak kaszka manna. Wszystko po to by upiększyć okolicę z okazji Świąt i zaskoczyć drogowców. Szczególnie w obszarach głęboko wiejskich - gdzie zamiast Miejskiego Przedsiębiorstwa Oczyszczania Miasta jeździ sobie traktorkiem-pyrpyrkiem Wiejski Oczyszczacz Dróg Pan Mietek. Z samego jeżdżenia pożytku jednak nie ma - do traktora musi być przyczepiony lemiesz. Któren to jest drogi i wymaga specjalnego mechanizmu co to rzeczony lemiesz podnosi i opuszcza. Bezwysiłkowo. W związku z tym WODPM zazwyczaj nie pcha przed sobą lemiesza a raczej ciągnie za sobą trójkąt zbity z desek. I tenże wynalazek pługopodobny pięknie za traktorem śnieg wyrównuje - do tego stopnia że nawet śladów opon traktora nie widać. Urządzenie to ma jeszcze jedną niesamowita zaletę: jak jest wystarczająco duże, to odśnieży oba pasy drogi. Chyba że traktor jedzie nie środkiem a prawym pasem.

Wtedy odśnieża pas prawy i nagarnia, wygładzając ślicznie, śnieg nad prawym rowem co może kierowcy sugerować że droga jest niekoniecznie tam gdzie jest...

Płatki duże, puchate padające w wielkiej ilości zostały zamienione przez płatki bardzo duże, bardzo puchate, padające w ilościach nieprawdopodobnych. Człowiek ma wrażenie że piękno i cisza wchodzą do karetki...
... którą nagle pociągnęło w prawo i stanęliśmy w pozycji „lewa nóżka w górze”.
- Oż w morde a co to było? - zapytałem zupełnie bez sensu. Szybki nawet nie skomentował. Wyskoczył z karetki i zaczął oglądać wóz. Wytarasiłem się na drogę przez jego drzwi.
- Urwałeś co?
- Na szczęście nic. To białe gówno nas zamortyzowało - docenił piękno przyrody. -Popchajcie, spróbuję na wstecznym.

Śnieg, gdy spadnie na ziemie zamienia krainę czarną i brzydką w śliczną i białą. Kołderka puchowa co świat otula. I spod kół na twarz bryzga.
- Czy ty mógłbyś do kurwy ciężkiej jakoś inaczej tymi kółkami kręcić? - wyrzut na mej twarzy został skutecznie zamaskowany gruba warstwą błota wymieszanego ze śniegiem. -Jak ja teraz do ludzi pójdę, hę?
Kurtka mechanika czołgowego po wymianie silnika wygląda lepiej niż to co mam na sobie....
- Kkurwa, sami nie damy rady... - Szajbus wyciągnął kurzelniki i rozdał wkoło po całym. Zapaliliśmy.
- Chyba trzeba na stację dać znać?
- Doktor, zwariowałeś? Stąd zasłaniają nas dwie góry. Radio nie przejdzie. A co masz na komórce?
Popatrzyłem na wyświetlacz - nawet awaryjne nie działają. Ale fajne zadupie.
- A najbliższa wieś gdzie?
- Tu w górę jakiś kilometr będą pierwsze chałupy. Może nawet nie tyle.... - rozważania Szybkiego przerwał tupot nóg. Od strony wsi nadbiegł dziarsko dziadek w średnim wieku z siekierą w ręku.
- Dobry wieczór, wy do białej gorączki?
- My. Daleko to?
- Nie nie daleko. Ale widzę że pomoc wam potrzebna. Poczekajcie chwilę, zaraz coś zorganizuję.
Nawrócił na pięcie i znikł w zadymce jak duch.
- No to - jak rzekł Ulrich von Jungingen - po Malborku? - zapytałem wyciągając paczkę Marlboro.
Zakurzylismy spokojnie. Jakieś dwadzieścia minut później od strony wsi nadciągnęła brygada. Chłopy potężne, dziadek z siekierką pokazywał co i jak... Nie dało rady. Przepychaliśmy tylko w rowie samochód do przodu i do tyłu - ale na drogę nie szło wypchać.
- Kurwa mać, ni hujaczka z tego nie bedzie - drapiąc się po szczecinie rzekł filozoficznie dziadek. -Poczekajcie chwilę.
I oddalił się kłusem. Że on sobie nic nie zrobił biegając po okolicy z siekierą w ręku... Widać trenuje. Inna rzecz że jak tak dalej pójdzie to nam fajek zabraknie.

Po kolejnym kwadransie usłyszeliśmy charakterystyczne łup-łup-łup jednocylindrowego dwusuwa - matko jedyna, on nas tym będzie wyciągał? Z niedowierzaniem popatrzyłem na Szybkiego który wzruszył ramionami i zapiął linę. Myśmy pchali w bok, dziadek ciągną traktorkiem w dół, wyglądał że nic z tego nie będzie gdy nagle koło karetki złapało jakiś twardszy grunt i to wystarczyło. Wylądowaliśmy na drodze. Dzięki ci Panie, nie będę musiał spać w tej pięknej okolicy.

Dziadek zsiadł z traktorka, rozdał po Schabowym*, zakurzyliśmy jak stare chłopy... Musze przyznać że smak Popularnego po wysiłku, w śnieżycy, ma w sobie coś intrygującego..
- Kazik, weźmiesz traktor i odstawisz do stodoły! - zarządził dziadek. -A, i siekiere mi postaw za drzwiami, wisz gdzie?
Kazik siekierkę wziął i głową kiwnął że wie, po czym wsiadła na traktorek i odjechał.
- A wy co - wolicie się przespacerować po nocy? - zwróciłem się do dziadka.
- Ja? - popatrzył na mnie z zaskoczeniem. -Toż moja stara dzwoniła że mom białą gorączkę. Ja z wami do szpitala jade.
---------------
*Zwyczajowa nazwa Popularnego. Ponoć wzięło się to stąd że w trakcie kurzenia można było przypadkowo coś przekąsić, w dodatku ciężko było na pierwszy gryz zorientować się co. Jak dla mnie - zupełnie bez sensu i związku ale lepszego wytłumaczenia nie znam.

środa, 20 stycznia 2010

A kiedy przyjdzie na ciebie czas

- Co mamy?
- Umiera.
- Każdy umiera - nawet my, w tej chwili... A w zasadzie to na co?
- Doktor, tyle Dziunia przekazała. I jeszcze że się strasznie darli.
No, to sprawa jest poważna.

Wbrew pozorom „umiera” nie jest wezwaniem jednoznacznym. Prócz dość zrozumiałych przypadków jak utrata przytomności, ofiary wypadków czy terminalnie chorzy zdarzały się również padaczki, bóle miesiączkowe czy ciężki kac. Co potrafię zrozumieć jako że od czasu do czasu prowadzę nocnych Polaków rozmowy przy Monastyrce, która swą pięćdziesięciokonną mocą oraz śliwkowym aromatem onduluje włosy i rysuje szkliwo.

Zawyły sygnały, ryknął silnik i statecznie wytoczyliśmy się na główną drogę. Szybciej się nie da bo w polskim wynalazku karetkopodobnym jest tyle mocy ile jest. Czyli mało na tyle że w zasadzie można pominąć. Jak to mówił jeden z myślicieli: „W próżnie to i Salomon nie naleje”. Na szczęście droga dojazdu prosta jest, żadnych gór dookoła, więc już po paru minutach osiągnęliśmy oszałamiające 90 na godzinę. Milcząco zapytałem czy kurzymy. Długi wziął, przypalił i podziękował skinieniem głowy. Rozmowa w kabinie gdzie trzęsące się blachy produkują 100 dB mija się z celem.

Po dobrych dwudziestu minutach znęcania się nad materią dojechaliśmy na miejsce. Zwyczajowo potraktowałem drzwi z bodiczka - ostatecznie podgląda sie mistrzów hokeja - i wyskoczyłem na podwórko do nerwowo nastrojonego jegomościa w wieku średnim.
- Co się dziej?
- Tamtamtamszybkoszybkobosiękończy! - zamachał ekspresyjnie nad podziw i przejmując rolę pilota-pchacza skierował mnie na pierwsze piętro. W pokoju leży sobie babcia staruszka. Dychać dycha, choć byle jak.Ciśnienie byle jakie. W płucach trzęsienie ziemi. Skóra sucha. Kontakt raczej żaden. Kroplówka jakowaś podpięta wisi. Podrapałem się po łbie.
- Ośrodkowy był?
- Byłbyłalenicniezrobił!
- A babcia od kiedy taka?
- A bedzie już trzeci miesiąc! - mój interlokutor zaczął używać spacji w czasie mówienia. Dobre i choć co. -Odkąd my jo wzieni po udarze to tak leży.
- Czyli - że ona w łóżku od trzech miesięcy?
- No tak!
- Pokażcie karty.
Chłop przyniósł karty szpitalne. Babcia lat 93 wypisana faktycznie po udarze niedokrwiennym do domu... Sprawdziłem kartę informacyjną ośrodkowego - zadziwił mnie chłop. Wziął się ostro za stawianie babki na nogi.
- A czego oczekujecie ode mnie?
- Bierzeciejom doszpitala! - zaś mu spacje zaczęło zjadać.
- Ale na co? Zasadniczo umiera - i nikt jej wiele nie pomoże. W tym stanie i wieku na intensywne leczenie się nie kwalifikuje a na internie umrze sobie w tym samym tempie co w domu.
- Łojezusiemaryyyyjo!!! - zaniósł się wrzaskiem -Tocojomom roooobić!!!
Zastosowałem wariant odwrócenia uwagi.
- Ksiądz był?
- No nie. - Najwyraźniej manewr się udał. Nie dość że mu spacje wróciły to jeszcze wykrzykniki znikły.
- To na co czekacie?

Wytłumaczyłem raz jeszcze że cudów na tej planecie dokonywał tylko jeden człowiek, którego zresztą 1/3 ludzkości uznaje za Boga - ale niestety nie przyjedzie z przyczyn wiadomych. Zostawiłem kartę informacyjną z diagnozą status kitatus i pognałem do karetki jako że dyspozytor uznał sraczkę za zagrożenie życia.

Gdzieś pod wieczór odwiedziliśmy to miejsce raz jeszcze, żeby wypisać kartę zgonu. Kupa ludzi, ubrani na czarno, powaga na twarzach. I pamiętam wzrok mojego rozmówcy - który patrzył na mnie z niemym wyrzutem.

Najwyraźniej nie uwierzył że nie potrafimy dokonywać cudów.

wtorek, 19 stycznia 2010

...grr...

dzizzazzz....
32'30''
Chyba muszę wrócić do tych interwałów pierońskich - bo coś sie ze mną dzieje dziwnego po 22-24 minutach.

Pozdrowienia z dżimowego kawiarenka.

Tenisitis acuta*

Wstałem sobie rano z niechęcią straszliwą. Łomatko. Ciemno, ponuro - gdzie do cholery ten dzień się wydłuża? Zgodnie z kalendarzem 28 do 30 grudnia to okres gdy słonko wstawało najpóźniej. O 8.28 rano. A zachodziło najwcześniej pomiędzy 10 a 17 grudniem - o 15.39. Co najciekawsze, najkrótszy dzień w roku przypada poza tymi okresami, czyli standardowo na 21 grudzień. Całe 7 godzin, 15 minut i 18 sekund. Jak się ta nasza geoida obraca - brakuje mi wyobraźni.

Zgodnie z tym samym kalendarzem, dzisiaj dzień ma ciut ponad 8 godzin. To gdzie to się ukrywa, cholera jasna? Rano ciemno i wrednie - za to po południu wrednie i ciemno. No ale - trzeba wstać i łóżeczko ciepłe porzucić. Co robić. Ktoś musi wstać żeby lenić mógł się ktoś. Zajeżdżam ja sobie do roboty a tu niespodzianka - moja koleżanka co to pracuje w every other monday przyjechała dwa razy pod rząd. Jak mnie zobaczyła - tak nieco zbladła. Że niby ja teraz ją odeśle 50 mil do domu? Mowy nie ma.... Taki okrutny nie będę. Tym bardziej że Rodżer paluchy rżnie jak opętany, po południu kanalarz ma chyba z pięć ogólnych a na koniec - jako ten kwiatek do kożucha - przyłazi zębodół coby rwać w miejscowym. Ale za to do wpół do ósmej. Zaufaliśmy sobie uff-uff, wyjaśnili nieścisłości i już 17 sekund później gnałem jak opętany w stronę chałupy. Jeszcze się nie daj Boże się rozmyśli... albo jaka robota wykluje...

Korzystając z dnia wolnego pojechaliśmy - jakże by inaczej - na dżima. I okazało sie że - zupełnie przypadkiem - kort jest wolny za 35 minut. Ha. 25 minut ostrej rozgrzeweczki na stepperze, godzina tenisa, dziesięć nawrotek na basenie. Powiedziałem do tego swojego muffin-top'a: albo ty - albo ja. Póki co daje radę, a gościu zabrał się za znikanie.

Żeby nie poprestać na małym, wieczorem poleźliśmy na półtorej godziny fast track'a. Tym razem uczyli nas backhandów - czyli jak uderzyć piłeczkę co leci na przeciwpołożną. Jaja kompletne. Najlepiej wychodzi mi takowy z woleja - jak walnę, lepiej wiać. Nie wiadomo kto, gdzie i jak w łeb dostanie.

Ciekawe czy to się leczy.
-------------
Tak sie tworzy nazwy chorób:

Appendix - appendicitis (wyrostek-zapalenie wyrostka)

Pharynx- pharyngitis (gardło)

Tenis - tenisitis
Brain - pypcium dyrdum.
Itd.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Licence to kill

- Abnegat, mamy dziecko do transportu - zagadał ulegle głos znajomej doktorki z neonatologii.
- No to macie problem - westchnęło mi się filozoficznie. Odkąd dyrektor zarządził że pogotowie nie może transportować chorych bo jest do ratowania życia na miejscu - a przekonało go nie nasze dwuletnie ględzenie tylko jednorazowa kara finansowa nałożona przez NFZ - oddział wysyłający chorego musi zabezpieczyć doktora i pielęgniarkę.
- No i ten tego bo jednakowoż... - wyłuszczyła do końca swoja prośbę.
- Taak? - udałem zupełnie głupiego.
- Sama jestem, a mamy przyjęcie w Klinice uzgodnione. Pojechał byś? - wykrztusiła wreszcie zwerbalizowaną prośbę. Hm. W zasadzie siedzieć mi się nie chce, na oddziale pustki, znieczuleń nie mamy... Szybka wymiana informacji z szefem zakończyła się westchnieniem "to jedź".
- Macie woźnicę. Ale pielęgniarkę musisz załatwić od siebie.
- Już mam - ucieszyła się neo. - Za ile podjedziecie?
Kkurcze. Wiem że jak człowiek na pogotowiu spędza każdą wolną chwilę to sie go postrzega jako instytucję transportową, ale bez przesady mi tu.
- Zgłoś transport na pogotowiu. Zapytaj za ile dadzą karetkę. I daj znać kiedy mam przyleźć.
- Łomatko - złapała się za głowę neo - to że ja od czego mam zacząć?
- Czekaj chwile... Oddzwonię za pięć minut.

Po krótkiej rozmowie ze stacją ustaliliśmy że wyjazd będzie za pół godziny. Przekazałem informację do neo i polazłem dzidzia oglądnąć. Ostatecznie dobrze jest wiedzieć co do transportu zabrać. Okazało się że dzidź jest z przetoką tchawiczo-przełykową, zarurowany, zasondowany, dycha se sam i jedzie na zabieg coby mu to zamknąć. Kul. Zebraliśmy wszystko do kupy, sprzęt, leki, papiery, nawet żarcie - po czym zapaliliśmy sygnały i niespiesznie pojechali do Świątyni Wiedzy.

Siedzę sobie z tyłu, dzidzia śpi, pielęgniarka barz fachowo na monitory luka - co mnie podkusiło żeby z tyłu jechać? Już mi paluszki drętwieją, a zanim dojadę do miasta zamienię się w wazowagalne zombi. Co objawia sie u mnie defokalizacją, bradykardią 30/min i ogólną niechęcią to wysiłku jakiegokolwiek, z umysłowym włącznie.

- Ożkurwaaaaa!!! - okrzyk Dzikiego wytrącił mnie z ponurych rozważań. Autem miotnęło konkretnie, usłyszałem odległy huk i stanęliśmy.
- Co jest? - udarłem się w stronę kabiny.
- Ożkurwakurwakurwa..... - cichnący w oddali dźwięk wpierniczonego Dzikiego jednoznacznie wskazywał na głębokie zaangażowanie emocjonalne. A to ci dopiero...
- Kazik, idź no tam zobacz co rozjechał i daj znać co jest potrzebne. Tak na marginesie, masz walizkę?
- Niee - odpowiedział, wyskakując z samochodu. -Toż transport mamy...

- Doktor, chodź no tam.
- Proszę z nim zostać - powiedziało mi się bez sensu do pielęgniarki - wrócę za moment.
W rowie leży sobie śliczny samochodzik - znaczy śliczny to on już był - a koło niego miejscowy proboszcz i jeden z jego ministrantów.
- Co się stało?
- Nnaa szczęęśście niccc - dzielnie rzekł proboszcz.
- A chłopiec?
- Mi się też nic nie stało, proszę pana - odrzekł zupełnie niezestresowany młodzieniec.
Odwróciłem się do Kazia.
- To w zasadzie na co ja tu?
- No bo - karty trza założyć, pacjentów zbadać...
Podrapałem się po głowie.
- Kaziu, wołaj stację, niech przyślą wypadkową. Dziki, zapytaj tego w Żuku czy ich nie potrzyma w kabinie przez parę minut. A Panów - zwróciłem się do uczestników saltomortadele - proszę do karetki.
Ksiądz odmówił, twierdząc że zdrów jest i cały, chłopiec okazał się być zdrowy i nienaruszony... Całe szczęście że niektóre wypadki kończą się tak właśnie.
- Jedziemy.
- Ale bo ja - to tu policja chyba muszę czekać? - niezbyt gramatycznie określił się Dziki.
- Transport mamy. Nie będę czekał ciort wie ile na nich z kilkudniową dzidzią w samochodzie. Nie bój nic - jak wrócimy to cię znajdą.

Z rekonstrukcji wynikło że jadący przed nami kierowca TIRa słysząc sygnały stanął na ślepym zakręcie. A Dziki, zamiast wysiąść z wozu i dać mu po łbie - wziął się za wyprzedzanie. I nadział się wprost na nadjeżdżającego księdza proboszcza. Któren to musiał mieć wsparcie odgórne w trakcie zdarzenia bo z wózka została obita puszka po konserwach - a ani jemu, ani pasażerowi literalnie nic się nie stało.

Transport minaął bez dalszych niespodzianek. Po powrocie zastaliśmy policjantów na pogotowiu z gotowym mandatem opiewającym na dośc konkretne wtedy 200 pln. Dziki się zjeżył - on płacił nie będzie. Transport był na sygnałach, winny kierowca TIRa bo stanął jak dupa. I przyszedł do mnie.
- Doktor, trza mi świadka do zeznań a potem w sądzie. Poświadczysz?
- Dziki, poświadczę. Tyle że się nad tym zastanów - bo wina w końcu jest twoja. I w sądzie prawdopodobnie przegrasz. A tam nie dostaniesz dwóch stówek tylko ci dowalą dwa klocki na ZBOWID.
Dzikiemu jeszcze trochę zeszło zanim mu piana spadła - ale jak doszedł do siebie to dwie stówki wyciągnął i zapłacił.

Sygnały dają pierwszeństwo pojazdowi uprzywilejowanemu, to na pewno. Ale to nie znaczy że pozwalają na robienie głupich rzeczy.

niedziela, 17 stycznia 2010

Nindża ma być twarda

To jest fakt znany i ogólnie do wiadomości przyjmowany. Ponieważ chce być nindżą - postanowiłem twardym być. Co prawda pozycja Białego Nindża jest już zajęta, ale na ten przykład nikt nie mówił o grubym. No to ja będę pierwszym białym grubym nindżem.

Ponieważ cunning plan obejmuje przebiegnięcie 10 km poniżej 1 godziny jeszcze przed wakacjami, postanowiłem zbliżyć się do celu małymi kroczkami. Pierwszy, przetruchtanie byle jak 1 godziny powiódł się w zeszłym tygodniu. Podochocony nieco mocą własną rzuciłem się na drugi cel pośredni - zrobienie 5 km poniżej 30 minut. I tu zaczyna się dzonk. Pierwszą próbę przerwała mi małażonka zaniepokojona odgłosami zarzynanej szkapy którem wydawał na bieżni obok. Co prawda było to po 20 minutach więc szans bladych nie było żeby jeszcze dziesięć  pociągnąć, ale chwała Panu - mam na kogo zwalić. Drugie podejście wykonałem samotnie. Tum zastosował tak zwany myk psychologiczny - że ja wcale to a wcale nie zamierzam tych pięciu kilo zrobić. Potruchtam sobie ile dam rade i pójdę popływać. Oszustwo udało się połowicznie. Po przebiegnięciu 4 km w 23'55'' dotarło do mnie że niezależnie jak na to patrzeć - czy że to tylko kilo - czy też że to tylko 6 minut - za cholere nie przeżyję.Ale dobre i choć co. Ostatecznie jak by mi kto jeszcze pół roku temu powiedział że ja wytrzymam tempo 10 km/h na dystansie 4 km to bym mu w czółko popukał z emfazą.

Dzisiaj podjąłem próbę trzecią - z założeniem że zwolnię po dziesięciu minutach na chwilę coby dech odzyskać i do finiszu przystąpić - ale wszystko szlag trafił bom se wczoraj drineczka wypił. Nie wiem o co chodzi, ale wystarczy lampka wina w dzień poprzedni żeby zamienić mnie w niewydolny oddechowo i krążeniowo wrak ludzki w trakcie wchodzenia po schodach. No nic, trzeba będzie systematycznie do tego podejść. Ale mam ochotę jeszcze w styczniu popełnić posta o zwycięstiw masy nad przestrzenią - czyli, nieco mniej górnolotnie o zwycięstwie stu kilo nad 5 kilometrami.

Jakieś trzy miesiące temu nasz dzidź młodszy zapodał konieczność gry w tenisa. Z tegoż powodu zmieniliśmy klub z małego i przytulnego - na wielki, choć wcale nie nieprzytulny. Głównym plusem jest 7 krytych kortów tenisowych z różnymi nawierzchniami na których adepci mogą sobie trenować backhandy i zwichać kostki. Ponieważ dzidź nie może być członkiem racket jeżeli rodzice takowego nie posiadają, niechcąco zostaliśmy tenisistami.

I tu dochodzimy do clue programu: w ramach członkostwa należy się nam pięciotygodniowy program fast track w czasie to którego nauczą nas który koniec rakiety służy do czego i jak machać żeby się nie uszkodzić. Pierwsze wrażenia couch potatoe w średnim wieku jest bardzo miłe. Ot, trzeba machnąć rakietką trzymając za koniec wąski, a szerokim - nigdy odwrotnie - przebić piłeczkę na drugą stronę. Po piętnastu minutach poprosiłem trenera coby mi dał rakietkę bez czarnej dziury. Jak to - bez? No normalnie - żeby w rakietce nie było czarnej dziury, co to jak widzi piłkę to sie otwiera i pozwala piłce przelecieć na wylot. Okazało sie że takich nie ma. Dziwna sprawa.

Ponieważ trenowaliśmy forehand ostatnio, więc w szale dzikiego marnotrawienia pieniędzy zakupiliśmy dzisiaj piłeczki tenisowe sztuk 3 coby jutro prywatnie sobie po korcie pobiegać i potrenować chwyty pokazane nam w sekrecie. Jako że rezerwację robiliśmy dzisiaj - jedyną wolną godzina była ósma rano. Co oznacza że będę musiał wstać o siódmej...

...słabo mi...

sobota, 16 stycznia 2010

Siedmiu Samurai



Tak mi się ostatnio przeglądało półki w HMV - co ponoć się tłumaczy na Her Majesty Voice, ale nie wiem czy se ze mnie pociech młodszy jaj nie robi - i na mojej ulubionej, co to można upolować dziwne rzeczy z kina europejskiego, wypatrzyłem Kurosawę. Znaczy, ja wiem że Japonia nie Europa, ale w dalszym ciągu jest to gdzieś na wschód od Królestwa. Żeby nie zełgać, film jest starszy niż ja i to zdrowo - premiera w 1954 roku... Niesamowite.



Chłop samurajem. Co dowodzi że jak się chce - to się da. Nawet upadającą filię firmy wziąć w ajencję...

Ja też chce być samurajem! Proszę!! Proszę!!

Ni hu hu - najpierw będziesz trenował kijem. Hai.

No nie róbcie z nas pederastów...

Patrz ojciec, jest nadzieja. Są jeszcze korkociągi na tym świecie.

Pójdę - byle bym mógł zabić tak wielu ile zdołam. Hai.

Niee, nie będziemy zabijać. Dostaniemy ryż.

Samuraje we wiosce??!? A ja taka rozczochrana!!!

Piknik na skale.


Wioska w górach, wieśniacy co to ryż sadzą i ogólnie źle im nie jest - a po drugiej stronie barykady zbójcy niedobrzy co to ryż zabiorą, ale nie za darmo oczywiście. W ramach zapłaty zwyczajowej pozostawią w wiosce kilka ciąż. Jak mąż a głównie nie mąż. Wieśniacy dochodzą do wniosku że im zbrzydło i wyruszają do miasteczka w poszukiwaniu siedmiu nawiedzonych którzy za miskę ryżu - ale trzy razy dziennie - podejmą się walki ze złem i występkiem.


No, teraz mogę wyjść do ludzi.

...a ja sobie poćwiczę "wybijanie oka na wylot"...

Siedzimy tu już tydzień - i nic...

O, to różowe bardzo dobre. Pięć - a nawet sześć.

AAAVANTIII!!!

Najważniejsze żeby te plusy nie przysłoniły wam minusów.

Co tak patrzycie siostry? Przytyłam dwa kilo...

Na szczęście jest z nami Koko, cały i zdrowy.

W zawodzie Wikinga najbardzie sobie cenię gwałcenie. (copyright Mleczko).

Zeżarli nasze święte jabłka!

I co najdziwniejsze znajdują.

Albowiem akcja dzieje się w Japonii czterysta lat temu - znaczy w 54' było czterysta to teraz już jest 455. A nie zawsze rządziła mamona. Okazuje się że etos rycerski samurajów jest jak samurajski rycerzy. Czyli biednych jednak należy bronić, dziewic nie gwałcić - chyba że się o to namolnie proszą - i cudzego nie kraść.

Grupka siedmiu nawiedzonych pod wodzą dzielnego Kambei Shimada rozpoczyna swój cunning plan...



Chłopcze mój mlody - zanuci cicho dziewica

Już wyłażę ze Świtezi - chodź błądzę przy świetle księżyca

Byłeś w tej wiosce 2 lata temu, cny rycerzu.

No to - nieźleście nas urządziły - siostry!

Kobieta mnie bije!

Nnie. Tam jednak też same baby.

No żeby chłop nie mógł z gołą babą w windzie...

Pani tu jest zdajesie jakąś szychą?

To ja się przedstawię.


Co ciekawe Holywoodoo przeniosło historię na dziki zachód po całości, z dialogami i puentą włącznie. Jako rzecz jasna, Siedmiu Wspaniałych. Tak nieśmiało mi chodzi po głowie czy zapłacili Kurosawie za plagiat licencję...

Zupełnie nieistotne czy to się komuś podoba czy nie - wstyd nie znać.

piątek, 15 stycznia 2010

Poranek



I kto powiedzial ze North East jest brzydkie?
W dodatku prace zaczynam za dnia ;)

czwartek, 14 stycznia 2010

Szwoleżer

Więc pijmy zdrowie
Szwoleżerowie
Niech smutek pryśnie w rozbitym szkle...


- Abnegat, transport mamy!
- A co się wykluło?
- Ośrodkowy zgłosił ostry brzuch.
Zwlokłem się z wyrka. Dzięki Panu że się ten wyjazd trafił bo już mi się zaczęły odleżyny robić. Z tym jest sprawa dziwna. Na początku człowiek siedzi w dyżurce zdenerwowany i czeka na wyjazd jak na wyrok. Następnie stres mu spada wraz z doświadczeniem i zaczyna czas wolny zagospodarowywać wedle uznania - zje co, telewizje poogląda, gazetę przeczyta albo się i pouczy czego z książki grubej. Wreszcie nadchodzi faza trzecia. Po wejściu do dyżurki wypakowuje się śpiworek i idzie spać, wstając tylko do wyjazdów. Organizm w ten sposób broni się przed przemęczeniem. Potem nieważne czy czwarta po południu czy czwarta rano - wstaje się i się jedzie.

Odebrałem papiery, Pan Starszy podkłuty ładnie, płyn jakowyś kapie, sprawdziliśmy ciśnienie, podpięli pikaczu i mrugając od niechcenia pognaliśmy do macierzystego szpitala. Jakieś - trzydzieści kilometrów całego wyjazdu. Jako że Pan Straszy stabilny był, usiadłem z przodu i zapaliliśmy po całym.
- Abi?
- Hm?
- Bo tak akuratnie na zmianę trafiamy, może zrobimy to na stacji? Nie będą chłopaki musiały się tłuc na podstację a my na nich czekać.
- Mi bez różnicy... - w sumie dla nich to pół godziny do przodu. A ja sobie mogę z dyspozytorem herbatkę rozgrzewająco wypić zanim sobie sprzęt przekażą.

- Albercik, wyjeżdżamy?
- Czekaj doktor, kierowca zaraz przyjdzie tylko życzenia złoży.
- A kto obchodzi?
- Sprawny.
- To czego nie gadasz - polazłem w kierunku pokoju kierowców. W środku impreza jak się patrzy, szczęśliwcy co po dyżurze właśnie wychylają symbolicznie „na prawą nóżkę”. Złożyłem ładnie życzenia.
- Jednego?
- Zwariowałeś. Toż ja do rana tu siedzę - popatrzyłem z wyrzutem. Najbliższa flaszeczka przewidziana na sobotę. Bo w końcu z pracy jednak wyjdę...

- Podstacja zgłoś się! - dyspozytor złapał nas zaraz po wyjeździe spod stacji.
- Co mamy?
- Nadciśnienie, źle się czuje. Włączcie sygnały i jedźcie.
Masz ci los. Niedługo do biegunki będę na światłach śmigał. Kierowca - z którym siedziałem w karetce po raz pierwszy - włączył sygnały i zaczął przyspieszać.
- Proszę zwolnić - poprosiłem grzecznie w momencie gdy trzymanie się jedną ręką cykor-łapki nie wystarczało do utrzymania się na siedzeniu. -Toż tam nic się wielkiego nie dzieje, a jak wylądujemy w rowie...
- Spokooojnie doktoorze! - nie dal mi dokończyć kierowca. -Wszystko pod kontroolą - rzekł z pewnością wielką po czym na ślepym zakręcie w trakcie wyprzedzania zsunął się z asfaltu na pobocze. Lewe. Zzieleniałem nieco. Zamiast popaść w klasyczną sztywność odmóżdżeniowo-transportową zacząłem się przyglądać jego manewrom. Wytrzymałem jeszcze jedno wyprzedzanie na ślepo i zawadzenie - tym razem o prawy - krawężnik - po czym zadysponowałem postój.
- Pilne mamy!
- Lać mi się chce. Wyłącz koguty i stań mi na przystanku. Teraz.
Mój atonalny, na lekkim przydech wygłoszony rozkaz został bezwiednie wykonany przez nogi kierowcy. Wysiadłem, zaglądnałem czy mnie nie ma za przystankiem, po czym wracając oblazłem karetkę dookoła, otwarłem drzwi z lewej strony, wsunąłem rękę pod kierownicę i wyjąłem kluczyki ze stacyjki.
- Wypierdalaj.
- A niby czemu?
- Boś pijany. Bierz dupe w troki i idź na pakę.
- Ja tu za wóz odpowiadam - uniósł się honornie co mi jednoznacznie potwierdziło poziom powyżej 2 promili.
- Niezależnie co chcesz zrobić, kluczyków nie dostaniesz. Możesz wypierdalać na pakę - albo czekać za kółkiem na Policję.
- Ta! - prychnał mój kierowca - I co, też będziesz dmuchał?
- Na twoje nieszczęście ja w robocie nie pije. Wysiadasz? - wyciągnąłem komórkę z kieszeni.

Wysiadł. Coś tam się odgrażał jeszcze, alem powiedział sanitariuszowi że ma go położyć na noszach a sam niech się pakuje do przodu.
- Doktor, i co teraz?
- Jak to co - jedziemy do pacjentki a ja dzwonie po innego, niech mi stacja przyśle.
- Doktor, on całą rodzię ma na utrzymaniu. Żona w ciąży. Trójka dzieci.
- Ty mi tu na litości ludzkiej w huja nie graj - wkurwiłem się na dobre. -Toż kutas nas mało nie zabił po drodze.
- Doktor, wrzucimy go do dyżurki, odeśpi, a jak się nic nie trafi...
- A jak się trafi?
- To pojedziemy sami.

...ojacieżkurwaszmać...

Odpaliłem karetkę. W zasadzie prócz tego że kierownica bardziej płasko leży i początkowo łapałem powietrze w miejscu gdzie moje autko zazwyczaj ja miało to jeździ się tym jak osobówka. Na szczęście po drodze mijaliśmy podstację - kiper prosto do łóżka i spokój.

- Doktor?
- mm?
- Bo on zupełnie odleciał...
Wsadziłem łeb na pakę. Oż, skurwysyn jeden... Ile on wypił że go zmiotło w pół godziny? Wzięliśmy gościa pod ręce i zawlekli do dyżurki, a następnie pognali do pacjentki. Zalekowaliśmy babcię na miejscu, na szczęście nic wielkiego się nie działo i wrócili do siebie. Przywitał nas piękny dźwięk zarzynanego bawołu. Dziatki dziatkami - ale kurwadziad zabije kogoś następnym razem... Z drugiej strony toż nic się tu nie dzieje. Teren spokojny, żadnych dużych dróg, wypadek średnio jeden na pół roku - najczęściej jakiś pijak ląduje na drzewie, więc na miejscu wypadku nie ma co robić. Sprawca albo zbiega - albo jest nieżywy. Ludzie też karetki nie wzywają do byle czego bo do tej pory dojazd zabierał godzinę...

Będzie spokój. A jak nie, to obsłużymy we dwóch i tyż bedzie.

Pierwszy wyjazd był do gorączki. Drugi do sraczki. Coraz bardziej podobała mi się jazda karetką - duże toto, widać wszystko, a jeszcze można sygnałami zrobić uuu. Gdzieś koło północy w końcu zesrała się bida - wyjazd do zawału. Co robić. Włączyliśmy światła i pojechali w ostępy dzikie. Gdzie się okazało że muszę przejść szybki kurs cofania dużym autem na lusterka... kto da rade jak nie my...

Babcia z bólami, bez wstrząsu - dzięki Ci Panie - zawinęliśmy się gracko, załatwili bez szemrania co trza było i wtargaliśmy nosze do karetki.
- Masz - podałem kluczyki Albercikowi. -Ja se z nią posiedze.
- Doktor, pogięło cie? - wytrzeszczył się mój współspiskowiec - toż ja prawa jazdy nie mam...

Zajechaliśmy na izbę, maskując brak kierowcy ustawieniem samochodu, wpadliśmy do środka, przekazałem pacjentkę bez zgrzytów dalszych, otarłem pot z czoła i zadzwoniłem po znajomego woźnicę pogotowianego.
- Trzeźwyś?
- A co?
- Potrzebuje kierowcy.
Wyjaśniłem w czym rzecz. Na szczęście mógł pomóc - i pomógł.

Na drugi dzień Albercik zapukał z rana, wstawił łeb w dyżurkę i wyszczerzył się z lekka.
- Dochtor, bo on chciałby podziękować tylko się wstydzi...
- Albercik, niech spier.ala. Zapowiedz mu - i każdemu na pogotowiu - że Abnegat to jest kutas pierwszej wody i że jak wyczuję alkohol to dzwonię po Policję. Bez uprzedzenia. Zrozumiano? A jemu powiedz że ma mi się na oczy nie pokazywać. Jak zobaczy że mamy razem dyżur ma dostać sraczki i iść na L4 - jasne?

Te czasy już odeszły. Jeszcze czasem gdzieś się jakiś pajac trafi, ale jest skutecznie eliminowany przez otoczenie. Bo tolerancja dla alkoholików skurczyła się praktycznie do zera. Ale stare - stareńkie doktory opowiadają jeszcze mrożące krew w żyłach opowieści o dyżurach świątecznych w trakcie których ciężko było trzeźwy skład do wyjazdu zmontować...

środa, 13 stycznia 2010

Walka z materią

Wolne poniedziałki to jest dobra rzecz. Taki przedłużony weekend, szczególnie gdy w piatek skończy się robotę o cywilizowanej godzinie, jest bardzo mniam. Problem dopiero jest we wtorek. Bo nazwać odczucia poranne dziką chęcia powrotu do kieratu było by Obrazą Boską.

Człowiekowi nie dogodzi. Wiadomo. Jak roboty mało - to się pląta taki z kąta w kąt że nie ma co robić i że się mu czas dłuży. Jak robota jest - to mu onaż ością w gardle - czy raczej peperoni w odbycie.

Ale to co zastałem na liście wywołało mój ryk poranny szczery. Dziewięć pacjentów do ogólnego, w tym dwa pełne deszroty, dwa komplety ósemek, trzeci rozszerzony o dwie siódemki, jedna półdeszrotyzacja - większość trzonowców... A wszystko to dla mojego ulubionego zębodoła, któren to potrafi się z zębem pieścić przez godzinę.

Skąd wział się pomysł dodawania do czasu operacji 15 minut tzw. anaesthetist time - nie mam pojęcia. W zasadzie pacjent bez obciążeń, uczuleń, młody i zdrowy jest w stanie spełnić wyśrubowaną time policy czy jak zwać ten durnowaty pomysł. Ale zmieścić się w kwadransie z wywiadem, opowieścią o powikłaniach, indukcja, rurowaniem przez nos a następnie pobudką - zakrawa na kpinę.

Do tego chirurg sobie przylazł 10 minut po czasie. Ja rozumiem - chirurg nie jest w stanie pojąć koncepcji czasu za skurwysyna jasnego. To akurat fakt jest znany, a walka z nim przypomina udowadnianie góralicy że barany sie strzyże. Ale opóźnienie to nie jest spóźnienie chirurga - tylko nawarstwiający się ciąg niesamowitych zdażeń. Do tego wszystkiego nikt nie zostawia rezerwy na zgubione zdjęcia rentgenowskie, zawieszony sytem pracowni RTG, spóźnionych pacjentów, sraczki, pierdziaczki i chłopa panikarza. Ten pobił rekord.

Wlazł i zapodał od progu że on się boi. A czego? No jak to czego - wszystkiego. A juz na myśl o igle to go popuszcza zarówno w miejscach typowych jak nietypowych. I czy on by mógł wziąć swoja narzeczoną do anestezjologicznego, bo się boi że bez niej umrze. Znaczy - on się nie boi że umrze ogólnie, co to to nie - tyle że jak mu sie trafi to nie będzie mógł jako ten Clark Gable z uczuciem w oczy spojrzeć i szczeznąć. Jako że się z koniem nie bedze wadził choćby ten chciał - powiedziałem że dla mnie może sobie wziać kogo chce. Na szczęście moja Zuzia powiedziała że chyba zwariował całkiem - i za rączkę przyprowadziła samotrzeć mdlejącego ze strachu 130 kilogramowego misia do przygotowawczego.

Mam taki perfidny plan żeby zrobić kompilację z tych wszystkich srających po nogach dziewic męskich i wysłać Lorenzowi do pooglądania. Bedzie mi tu mówił o niskim progu bólowym Polaków. Szlag mnie trafi zaraz.

Zuzia gościa zagadała, wyklepałem zyłe oszałamiając totalnie wszystkie nocyceptory po czym dziabłem gościa. Nie zorientował się nawet że ma venflonik w żyłce. I po co to było apriorycznie histerie urządzać, ja się pytam?

Pytał się mnie zębodół czy my mamy takich pacjentów w Polsce. Mówię mu że nie, my ich skutecznie leczymy. Taak? - zdumiał się niemożebnie. A jak? A no normalnie. Do leczenia służy ta część - pokazałem mu palcem piętę mojego operacyjnego trepa - a tu sie trzyma. Grał w tenisa? Grał. No to chwyt kontynentalny 3/8, jak do forehand’u, tylko wykończenie na poziomie głowy. Zostawiłem go z otwartymi ustami i polazłem dymić dalej.

Ogólnie, zapierdzielając jak Speedy Gonzales obudziłem ostatnią pacjentke o szóstej. Muszę sie zapytać czy my mamy jakieś limity czasowe, czy też te nasze policy to są do obciążania szaf.

wtorek, 12 stycznia 2010

Akcja poślizg

- Abnegat, jedziemy. Poród.
- ERką? - jęknęło mi się spod poduszki. -A któż to przejął dyżur na dyspozytorni?
- Gucia. Nie ma uproś.
Sam wiem że nie ma. Potem trzydzieści sześć razy nas popędzi bo nie będzie kogo do wypadku wysłać pod samym szpitalem.
- A daleko?
- Jedziemy na sam szczyt Wielkiej Góry.
A to ci dopiero. Byłem tam ostatnio, droga nieodśnieżona, dojazdu zero...
- No to jedźmy. Zobaczymy.

A sygnały w karetce śpiewają
Choć ciut wyją - to nie przerywaaająąąą...
..na prawo most
na lewo most...

- Może jednak zapalimy, co? - przerwał mi wenę twórczą Janek.
- Guzik z pętelka. Trzeci dzień nie palę to ma mi prawo odbić.
- No, ja właśnie o tym - zapalisz to ci przejdzie.
I poszło się paść trzy dni wyrzeczeń. Skręciliśmy z głównej drogi. Janek przeładował 4x4, włączył redukcję, blokadę mechanizmu różnicowego, zawył silnikiem i ruszyliśmy pod górę.

Biało. Zima. Góra jak jasna cholera. A autko sobie jedzie. Ale fajny wynalazek. Jeździłem już naszą lodziarnią w ostępy dzikie, ale nie po śniegu. A toto idzie jak czołg. Co prawda coraz wolniej - ale idzie - ale wolniej - o, stoi. A nie - nie stoi - jedzie, ale do tyłu.
- Janek, co jest?
- Ciągnie nas... - chyba pierwszy raz w życiu usłyszałem Janka głos stresem przyduszony.
- To wjeżdżaj w rów!
- W jaki rów - toż tu żadnego rowu nie ma!
Otworzyłem drzwi - jasna cholera, pod kołem zebrała się ładna kupka śniegu na której nasza karetka jak sanki na płozach osuwa się coraz szybciej. Przywaliłem w budę z tyłu.
- Co jest - z bocznych drzwi wyglądnęła głowa ratownika.
- Przygotujcie się do katastrofy - trza skakać... czekaj, daj koc.
Wychyliłem się i wepchałem koc pod koło. Cholera, zablokowane, to pod spód nie wejdzie...
- Janek, na chwilkę byś puścił hamulec, to wtedy wlezie pod oponę.
Nie wlazło. Opona się kręciła a kocyk jechał razem z kupką przepychanego śniegu. Wychyliłem się trochę bardziej żeby dopchać kocyk nogą...
...pociągnęło mnie za bardzo...
...rączka wyślizgnęła z ręki...
...i wypadłem z karetki.
Leżę sobie na plecach, jadę równo z karetką, drzwi mnie pchają, miejsca mam coraz mniej bo karetkę zaczęło obracać na kocyku...
...zaraz mi tu łeb zgniecie...
...odepchnąłem się nogą...
... i poczułem nacisk opony na udo - bo mi noga pod karetkę wpadła...
... z góry drzwi, z tyłu zaspa...
...wykonałem jakieś dziwne saltomortadele i wylądowałem półobrotem przez łeb w zaspie...
...ciekawe gdzie się zatrzymają...

Karetka stanęła jakieś pięćdziesiąt metrów niżej. Janek cudów dokonując ani jej nie wywrócił - ani nie obił. Znalazł w końcu większą zaspę i na niej powiesił samochód.
- Abnegat!!! - udarł się ratownik.
- Czczeggo!!! - oddarłem się na tyle dziarsko na ile mogłem.
- Co si się stało??!?
- Nnicc!!
- To chodź!
Łatwo powiedzieć - trudniej zrobić. Jak mnie adrenalina puściła, tak mi regularnie odjęło władzę w członkach. Dobrze że nie w zwieraczach bo by się kurwadziady do końca życia napieprzali jak to się doktor w trakcie akcji ratunkowej bohatersko zesrał.

poniedziałek, 11 stycznia 2010

Jak zostać tenantem

Po przyjeździe do Królestwa należy wykonać kilka czynności by stać się pełnoprawną i wartościową jednostką społeczeństwa. NIN na ten przykład załatwić.Albo Work Permit. Walcząc z buchalterią w lenguidżu łatwo nie jest,na szczęście tubylcy są do przyjezdnych zaadoptowani. Jedna pani była na tyle miła że chciała za mnie druki pisać. Choć żem nie jest illiterate...

W końcu nadszedł czas znalezienia mieszkania. Co prawda nie specjalnie miałem parcie, bo w motelu było wszystko, telewizor, lodówka,telefon -a wiadomo to co oni tu w wynajmowanych mieszkaniach mają? Jednak Trust zaczynał dostawać świerzbiączki że musi na dochtora wydawać - o zgrozo - 40 stirlingów dziennie, więc ponaglony przez naszego dobrego ducha w osobie Małgorzaty zacząłem jeździć po okolicznych chałupach. Głównie z nią, bom swojego samochodu wtedy nie miał.

Mam ciche podejrzenie że ona to specjalnie ustawiła. Najpierw pokazała mi kilka ruder za psie pieniądze a potem - dokładnie gdy za oknem słońce czerwonym śladem znaczyło swój zachód na tafli jeziora - zawiozła mnie do uroczego apartamentu. Miałem żuchwy opad tak wielki żem się zgodził totalnie na wszystko. Nawet opust 25 stirlingów miesięcznie wytargowała sama Margaret - co w jakiś sposób koliduje z moim spiskowodziejowym postrzeganiem sprawy.

Gdy się na to spojrzy obiektywnie...



Po kilku dniach zakończyliśmy papierowe formalności, przepisałem gaz i prąd na siebie, odebrałem klucze i zasiadłem w fotelu. Cisza. Znaczy, taka bez radio, telewizora, telefonu i netu. Co prawda zamówienie poszło, ale telefon będzie za tydzień a net za miesiąc. Kto ich szkolił, molochowaty monopolista znad Wisły?

Żeby nie popaść w jakowyś zastój emocjonalny wybrałem się do sklepu. W szafkach pustki, wartało by choć co kupić. Zupełnym przypadkiem najbliżej było do Lidl'a. Wziałem sklepowy wózek i mając na uwadze że mam tylko jeden nieduży plecak, zrobiłem zakupy najpotrzebniejszych rzeczy. Wyszły z tego dwie lidlowskie turbosiatki po ca. 30 kilo(gramów) każda plus to co miałem na garbie. Słaby straśnie nie jestem, za młodu dwa worki z cementem potrafiłem wziąć pod pachy i leźć dookoła chałupy to co, że siateczki mi dadzą radę?*

Że oberwanie chmury nadeszło dokładnie jak byłem w połowie drogi, nie muszę pisać. Ostatecznie "Zielona Wyspa" nie dlatego jest zielona że na niej nie pada.

Mrowienie w rękach miałem przez następny miesiąc. Chybam se coś w splocie naciągnął - albo mnie przykurcz skalenów złapał. O zawiązywaniu butów bez zginania kolan nie wspominam bo to się rozumie samo przez się. Kilka dni później poprosiłem moja koleżankę o pomoc. Przyjechała autkiem małym do którego tym razem napakowałem po dach artykuły drugiej i następnych potrzeb.

Jak mówią dobrzy ludzie że przeprowadzka to trzęsienie Ziemi, trzeba im wierzyć. Widać już to przeszli.

-------------------
*W jakiś sposób tłumaczy to ilość wózków w rzekach...