sobota, 14 listopada 2009

Dziedzictwo

Uwaga, post ten zawiera słowa obsceniczne i ogólnie uznawane za obraźliwe. Ich usuniecie jest niestety niemożliwe gdyż całkowicie zmienia wydźwięk historii. Osoby wrażliwe zapraszam na jutro.

Brytyjczycy stanęli przed ciekawym wyzwaniem. Mianowicie potrzebują w NHS rąk do pracy, szczególnie w w tych dziedzinach medycyny które miejscowi omijają szerokim łukiem. Na ten przykład ginekologia, obstawiona przez specjalistów z Delhi. Albo anestezjologia, która to niszę delikatnie wykorzystała eksportowa siła robocza z Polski. Jednak tu napotykamy na ciekawy problem. Z jednej strony matołów do roboty nikt nie chce - więc trza brać specjalistów. Z drugiej strony żaden szanujący się specjalista nie przyjdzie robić jako stażysta, więc trzeba mu dać jakoweś sensowne stanowisko. O pieniądzach nie wspominając. Z trzeciej strony tak od razu innostrańcowi dać pozycję konsultanta? Trochę strach.

Wyszedł z tego Staff Grade. Taki - wash and go. Przyjdzie, zrobi co trzeba, papiery napisze, kase skasuje - i tyle. Nie trza go brać poważnie - bo nie konsultant, a w robocie zostawić można - bo nie trainee. Tak to sobie cwaniaki Brytole wymyśliły.

Praca w układzie Konsultant - Staff jest bardzo prosta. W dzień każdy sobie robi co mu z roty wynika - przy czym rota nie ma nic w spólnego z walką z Niemcem co dzieci nam germanił, nie wiedzieć czemu tak miejscowi nazywają doktorski plan zajęć - a w nocy konsultant dyżurny idzie w ch...olere, a Staff idzie spać do dyżurki - albo zapiernicza, w zależności co mu los przygotował.

Początkowo robiłem wszystko jak popadnie, toż wstyd by było chyba żebym wołał do jakowyś pierdół człowieka poważnego z domu, ale mi to szybko Szaman wraz z pozostałymi doświadczonymi kolegami wytłukł ze łba. Tu nawet nie chodziło o uczucie niedosytu jakie przespana we własnym łóżku noc mogłaby zbudzić w nieszczęsnym konsultancie, ale o pytania zadawane na sali sądowej. Mianowicie konsultanta zazwyczaj się pytają w jaki sposób coś zrobił, a staffa raczej po coś sie capie za to brał. Zdecydowanie zmienia to kwalifikację czynu.

Naumiany - a Polak uczy się szybko, nawet w lenguidżu - ustaliłem z wszystkim konsulentami o czym też chcą wiedzieć a na co mam zielone światło. Co się mam z koniem wadzić.

Siedzę ja sobie w naszym Domku Dyżurnego Anestezjologa (można by ukuć jakiś DomDyżAn - ale chyba wszyscy na to po cichu mówili Jebana Nora), a tu blip zrobił... blip. Patrze - A&E zwane żargonowo ejen'i. Zaraza. Zaś jakiś tłumok wyrżnął w drzewo albo insza sierotka Marysia co to jej życie zbrzydło i się nażarła Paracetamolu.

To jest kolejny temat - co do k. nędzy Irole mają z tym Paracetamolem??? Otruć się idzie łatwiej choćby i wodą ze sracza - nawet wygodniej bo po nocy na stację benzynowa latać nie trzeba i w dodatku za darmo.

Lezę na na to cholerne ejeni, a tu dzonk. Mój przyjaciel chirurg - polski, dodajmy - pokazuje mi sympatycznego pana starszego, co to mu się taka mała, maluśka gulka pokazała w kresie białej, zaraz nad pępkiem. I go boli. W czym problem? No, odprowadzić się nie da więc trza rżnąć. Rzuciłem się na papiery i im dalej w las tym mi żuchwa dynda niżej i niżej. Cztery zawały. Stenty. By-pass'y. Bóle wieńcowe całkiem częste. Wiadro leków. I jedna czynna nerka - uwaga uwaga - po przeszczepie. Już żem się zaczął przymierzać do roboty gdy pojawił się przede mną Awatar Szamana z Galicyji co rzekł był szczerze i od serca: „Nie jedź tam, cny rycerzu, bo cię do reszty pojebie”. No właśnie. Za jakie grzechy mam się paprać z takim pasztetem jak konsultanta mam? I tenże konsultant kasę bierze straszną właśnie za nadstawianie dupy w sądzie?? Zadzwoniłem, mój nadzorca, niejaki SJ, powiedział że owszem, już jedzie - i tu zaczął się cyrk. Ja mówię że w takim razie idę spać, bo dzień ciężki był a ten mi mówi że nieeeee, ja będę znieczulał a on mi rada będzie służył. Sczerwieniałem na takie dictum szczerze na ryju i zapytałem go czy ja dobrze słyszę - że pacjent jest mój? A i owszem - odparł radośnie SJ. Odwróciłem się do pielęgniarki izbowej i kazałem wezwać transport oraz połączyć mnie ze specjalistycznym szpitalem w Belfaście. Tu SJ zamachał łapami i powiedział że mowy nie ma, sami go znieczulimy i zoperujemy.

Com wtedy powiedział, nie napiszę. Po polsku było to i tak nikt niczego nie zrozumiał. Polazłem do anestezjologicznego zrobić sobie siemia lnianego - wiadomo, na wściekliznę najlepsze - niestety wyszło więc skończyłem na herbatce. Wpada pielęgniarka i się pyta co ja chcę do zabiegu. Tu mi strzeliło coś w mózgu - a wiadomo że jak chłopu krew cieknie po zwojach to każdą głupotę zrobi - i przy całej sali wydarłem się do SJ czy on aby na pewno chce oddać pacjenta z ASA IV staffowi? Tak, chce. Zapytałem grzecznie czy wszyscy słyszeli. Słyszeli.

Jak się coś stanie i tak pójdę pod wodę, ale tego młota wyślę do Rowu Mariańskiego.

Popatrzmy jeszcze raz. Niewydolność wieńcowa. Nereczka odnerwiona, na szczątkowym działaniu. I cóś uwięzgnięte w kresie białej. Sądząc po wielkości może być sieć - może być jelito. Teraz popatrzmy na ryzyko. Spadnie ciśnienie - zawał tylko czeka. Piąty. Co się skończy zgonem na stole albo w ICU. Nereczka - spadnie ciśnienie, przestanie działać. Damy presory - szlag trafi diurezę. Wleje płyny - nie trzeba być wieszczem żeby zobaczyć obrzęk płuc. Szpilkę wbić? Toż jaja z ciśnieniem takie same, w dodatku Clopidogrel krwiakiem straszy...

Uśmiechnąłem się do Pana Starszego i wyjaśniłem mu że w zasadzie ma przesrane od początku do końca. I cokolwiek bym nie zrobił, to gwarancji nie ma żadnej że on z tego stołu zlezie żywy. I czy on na pewno chce być tu operowany? Uśmiechnął się promiennie, powiedział że latał w czasie wojny z Polakami i że to byli zawodowcy najwyższej klasy i że on w związku z tym ma do mnie pełne zaufanie.

Nożkurwawdupejebanamać.

Opisałem mu możliwe komplikacje po ogólnym, podpajęczym i zewnątrzoponowym. Uśmiechnął się jeszcze milej i powiedział że to ja jestem fachowiec i żebym wybrał. Skrzyżowałem palce i zaproponowałem ZOPa. W zasadzie ryzyko tylko jedno - jak trafię w naczynie to się mu krwiak zrobi...

Jest taki ciekawy moment kiedy nagle znika stres. Decyzja została podjęta, procedurę trzeba wykonać - i jakoś wtedy myśli się spokojniej, rusza sprawniej - ale człowiek nie ma już tej pieprzonej sraczki "czy - gdzie - jak - po co".

Mycie - znieczulenie skóry - igła w Th6 - po-ma-luś-ku-cew-ni-czek-tyci-tyci-coby-ino-wlazł - usunąć igłę, okleić - i czekamy.... Po minucie wpatrywania się w cewnik przyłożyłem strzykawkę i zassałem z lekka. Dalej nic. Czyli jakby najgorszy moment mam za sobą. Podałem kontrolę - dalej oki. Napięcie spadło, na palcach wzrosło. Co prawda wyciągnięcie cewnika niesie również ryzyko uszkodzenia naczynia, jednak nie jest to tak stresujący moment jak jego założenie.

Gdyby ktoś chciał poczuć presję pod która to się wszystko działo, to uprzejmie donoszę że córka miłego pana była konsultantem medycznym (czyli taki nasz ordynator chorób wewnętrznych) a jej mąż profesorem kardiochirurgii Zajewielkiej Kliniki w Londynie. I dali zoperować dziadka w Pierdziszewie Górnym dwóm polskim staffom. To się fizycznie nie mieści w pale w żaden dostępny w tym universum sposób.

Mój przyjaciel chirurg ciachnął dziadka, zresekował zmartwiałą sieć - a w zasadzie jej maluśki kawałek - zaglądnął do brzucha - tu pan starszy powiedział że ma przedziwne wrażenie że coś mu jeździ po żołądku, co było absolutnie prawdą - i zamknął wszystko na rachu ciachu. Bez bólów wieńcowych, zawałów, niewydolności nerek (gramatycznie to chyba „nerki” powinno być), zgonów i - Pan Bóg strzegł - krwawienia do przestrzeni zewnątrzoponowej. Inną rzeczą jest jak pan starszy przeżyłby ewentualną resekcję jelita...

Pod koniec zabiegu dostałem kolejnego blipa. Położnictwo. Grzecznie zadzwoniłem i dowiedziałem się że mają „very distress lady” - co się tłumaczy na koniec drugiej fazy porodu, ryki i rzucanie dupskiem - i że chcą jej założyć cewniczek. Zawołałem SJ i powiedziałem mu żeby polazł to zrobić - bo ja zostaje z moim pacjentem.

I polazł.

Choć tyle mojego.

piątek, 13 listopada 2009

Magnezu...

Poranek zaczął się ponuro. Ortopeda (zwany z niejasnych do końca przyczyn ortopedałem) przylazł na ósma. Wielkie mi mecyje - poczeka dziesięć minutek i pacjencik będzie gotowy. Dłubał w tej nodze i dłubał - ja cież nie przepraszam. Straszliwego buniona w końcu oberżnął, kosteczkę nanizał na drucik i wzięliśmy się za drugiego gościa. Wysportowany, szczupły piećdziesięciolatek który w stawie skokowym miał szrot. Zgroza - może jednak należy leżec sobie przed telewizorem i gnić?

Wiadomo, przez sport do kalectwa.

W końcu ortopedał sobie polazł przesyłając umyślnym informacje że za tydzień chce naciąć skórę o ósmej. Jebaniutki.

Zeżarłem bułeczkę i oddałem się ponurej matematyce. Doktor Kolanko wpadnie o pierwszej - jak się nie spóźni - i chce do 4.30 zrobić siedem artroskopii. Na wszelki wypadek wypiłem jedną kawę więcej niz zwykle, toż jakoś muszę popierdalać z przytupem. Inaczej z dżima nici.

Prawie się udało. Tym razem "prawie" nie czyniło wiosny - skończyliśmy o piątej. I tu - żeby mnie wkurwić doszczętnie - dowiedziałem się że mamy wieczorną listę. Sześciu pacjentów do cystoskopii w miejscowym. Mój ulubiony - każdy jest ulubiony - kanalarz przylezie o piątej i będzie dłubał przez dwie godziny.

Adios, pomidory...
...adios, u-tracone...
 
Przylazł o szóstej. Na wszelki wypadek zaszyłem się w komputerowni. Toż wziąć trepa i w czerepa...

Jutro Lorenzo wrzucił pięć zabiegów na cztery godziny. Dostane kurwicy jasnej. Najpierw się pierdoli jak Andzia w kwiatkach a potem opowiada że TIVA wolno działa, bo jemu to w NHSie szybciej znieczulają.

Techniką gumowego młotka chyba.

Idę żreć magnez.

wtorek, 10 listopada 2009

Z Katalogu Straszliwych Przeklęć

Hej ho - hej ho
Do pracy by się szło
Lecz sam nie wiem za co
W krzyz cósik mnie dziabło
*

Wylazłem spod prysznica i chyba mi woda zaszkodziła - jak mi się wbił gwoździk w popodżebrze tak mi głos odebrało. W sumie chyba dobrze - z tym głosem - bo dziecka i tak maja za dużo tatusinych wulgaryzmów. Ubrałem się na leżąco, wziąłem głęboki wdech, porwałem w przelocie z rąk małejżonki kanapeczkę dietetyczną drugośniadaniową i na reszcie tlenu dopadłem samochodu. Sprawdziłem - dycham. Gut. Znaczy że do roboty dojadę a potem tylko kurcgalopek do windy i będę na miejscu.

Nie trzeba było. Okazało się że jak rżnę dostojnika - czyli bródka w sufit i rączki na plecach - to gwoździk sobie idzie gdzie indziej.

Rano przyszedł Rodżer. Od początku miałem wrażenie że uczestniczę w Ukrytej Kamerze modo Monthy Python.

Tym razem obrazka Ślicznego Paluszka Wyciągniętego Prosto z Ładniusiej Szpileczki nie będzie - raz już popsułem śniadanie wszystkim i bedzie tego.

Najpierw przyszła pani wtranżalająca lekarstwo na depresję, co w sposób tajemniczy uodparnia pacjentów na działanie koziego mleka. Skrzyżowałem palce u nóg i - otrułem ją skutecznie. Uff. Można operować. No i się okazało że za wcześnie to ufanie było. Z mojego punktu widzenia kobiecina jest gdzieś tak - żebym nie przesadził - ciutek za Plutonem, a chirurg co ją dziabnie to ta nogą rusza. I „Epnidżat, zróbże coś”.

Zróbże, zróbże - co to ja jestem, rękodzielnik??

W desperacji przestawiłem mleko na opary, zarządziłem coby sobie miejscowe dołożyli, odczekaliśmy stosowne 3 minutki i poprosiłem o dziab kontrolny. Kobiecina nogą szurnęła prosto w rodżerowe cenności. Oż, niebędzie mi tu pacjent Rodżera germanił. Zastosowałem wariant ostateczny i dołożyłem zwiotczenia. No i proszę, pacjent po zwiotczeniu jest taki jakby - wyluzowany bardziej. I wcale mu nie przeszkadza że ktoś go dziubie.

Następna przyszła pani co to wpiernicza Morfinę na bóle w stawach. He he - niech mi no Lorenzo zapoda raz jeszcze tekst o niskim progu bólowym Polaków to go śmiechem zabiję. Jak przyszło do wbijania wenflonu - co ja mówię, wenflonika, wenfloniczka nawet - kobiecina osiągnęła mistrzostwo świata: syczała, pazurami drapała, jęczała i porykiwała - a nie chwaląc się wharatałem jej to cholerstwo w sekund ZERO i trzy czwarte. Na wszelki wypadek z zamknięciem szlaucha poczekałem do skończenia zabiegu i założenia opatrunku - pomysł był dobry bo minutę poźniej kobiełka otwarła oczy. Co znaczy trening wątroby.

Kolejna przyszła z alergią na nikiel oraz, cytuję: „stainless steel”, cokolwiek by to miało znaczyc. Rodżer się zasępił. Toż wszystkie jego druty są stalowe - a jak kobiełka na druta umrze? Kto dziecka Rodżerowe karmić będzie? Wyłgałem się z odpowiedzialności jakiejkolwiek twierdząc że jam jest w XXI wieku i wszystko na czym pracuję to plastikowe jednorazówki. Więc tak jakby problem stali wolframowej grzeje mnie w śródstopie. Zmierzaliśmy dzielnie do zwalenia zabiegu do czasu wynalezienia prętów fulerenowych, gdy niespodzianie moja dzielna OPD wypatrzyła taką zajeblizne na pół przedramienia.
- A co to łaskawa Pani tu miała?
- A nie nie, nie miała tylko ma.
- No to co ma?
- No, blachę, bo ja miałam wypadek i oni mi po wypadku wstawili blachę coby się wszystko kupy trzymało bo ja powinnam być bez ręki wie Pan jak on nam wjechał...
- A dawno te blache wstawili?
- Dziewięć lat temu.

Dzonnnnnnnnn.........k.

Po bliższym rozpatrzeniu alergia na nierdzewkę objawiała się zaczerwienieniem skóry pod zegarkiem. Niech i ta bedzie. Jak się zegarek ściągnie to trza rękę umyć i wtedy nic pod nim nie rośnie.

Po południu przyszedł mój ulubiony chirurg wojskowy który głownie trudni sie struganiem marchewek i wsadzaniem Straszliwej Rury do rurki. Zwany gwarowo kanalarzem. To że jest wojskowym nie jest bez znaczenia - mianowicie zerżnie wszystko i wszędzie, choćby były to zwłoki bez dalszej chęci do życia.

Pierwszy pacjent - cukrzyca rozpoznana tydzień temu, tableteczki napisane, pacjent rzecz jasna pości od rana, tabletki wziął... Z niepokojem zmierzyliśmy glikemie - ale fajnie. 20. No coś podobnego - to ile on by miał jak by zjadł?? Powiedziałem że mowy nie ma - wszystko co moge zrobic to list do dżipa napisać. Chirurg po łbie się poskrobał i zastrugał marchewkę w miejscowym. Poprosiłem moja pielęgniarkę żeby zawołała mnie dopiero jak gościu straci przytomnośći i polazłem na bułeczkę. Z kawusią.

Uśpiłem ci ja kolejnego pacjenta, wjeżdżam na salę - a tu pusto. Kiz ta ch. że ja się zapytam?? Gdzie zespół? Zespół robi sobie w miejscowym fiberoskopię. Skoczył mi gul. Toz do k.nędzy, może by mi ktoś powiedział jak zapuszczam babcie co jej nikt nie wypatrzył cukrzycy, a do tego ma niedoczynośc, tarczycy, nadciśnienie, chorobę niedokrwienną serca i k.m.do j.ch toż mnie t.ch.j.s.p w _(*%^*(&^$^.**

(*&^ ***

Przyleźli dziesięć minut później. Odczekam do jutra - bo dziś znowu zrobię z siebie jakieś pospolite polonico furioso totalae wkurvimentae. A tak sie prześpię i na spokojnie łby poodgryzam z rana.

Jak żeś wlazł między wrony.

Ale czasem czlowiek tęskni za pospolitą polską pyskówą.
______________

* ”Oda do czterdziestoletniości”, Abnegat.ltd, KSP No 47 (Katalog Straszliwych Przeklęć).
** KSP No 12 i 13.
***KSP No 1.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Poniedziałek

Co za cholerstwo...


Jak człowiek pomyśli że to tylko pięć dni pracy a potem znowu trzeba bedzie wódke pić - to się niedobrze robi.

Z racji nie bycia miętkim polazłem sobie na dżima. Żadnego biegania nie miałem nawet w najlżejszych planach, toż od łażenia po schodach mam zadyszke. Ale coś robić trzeba. Rowerek, steperek - takie tam. Niby niewiele, a 17 litrów wody niedoboru po 45 minutach swoje robi.

Tak żem sie dobrze poczuł że na spacerek polazłem. Poszliśmy pooglądać jak pięknie jesień wygląda - słoneczko, lekki wiaterek, liście z drzew spadają. Takie tam - romantyzmy. Co prawda w drodze powrotnej okazało się że pod wiatr łeb chce urwać, słońce zaszło a temperatura jednak bliżej zera niż 10 stopni - ale jak się człowiek zaweźmie to przeżyje.

Potem można z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku porastać mchem i paprocią na kanapce.

Czego wszystkim w poniedziałek życzę.

PS. Miały być takie pikne kieby cud zdjecia jesieni, ale...
Przy ostatnim format c: się mi zapomniaało wgrać obsługę mojego pstrykaczu, a teraz za cholere jasna nie mogę znależć oprogramowania.

Zaraza jedna.

Zdjęcia będą - ale później jakby. Nieco.

PPS.
Z zupełnie innej mańki. Jakby ktoś chciał poczuć dotyk blue hole.

niedziela, 8 listopada 2009

Dziewiąte wrota

Polański ostatnio jest jakby passe, ale film oglądnąć obejrzeć można. Primo, Jaśko z Dołów jest piękny, młody, czarujący i w ogóle. W szczególe też. I ma taką zajebistą bródkę. Partneruje mu Emanuelle Seigner, diabelsko piękna żona reżysera.

W zasadzie Johny Depp mógłby zagrać zsiadnięte mleko i też by z tego wyszedł przebój kasowy. Coś chłopina ma takiego że człowiek chce go oglądać. Tutaj jest genialny - nieco skurwysynowaty pośrednik handlu białymi krukami który dostaje zlecenie porównania trzech egzemplarzy dzieła skopiowanego (w 1666 roku) z oryginału stworzonego przez Szatana.

Zgrozza.

Polański próbował stworzyć nastrój pokazując normalne życie w okowach Straszliwych i Niewyjasnionych Zdarzeń Które Mrożą Krew W Zyłach, ale po mojemu troszeczkę z tą normalnościa przesadził i film jest nieco za mało strachliwy. Nie mówię tu żeby wsadzać w niego faceta z teksańską piłą czy innego Frediego, ale nastrój troszkę jest niedosolony. Do tego sam Polański bawi się tematem, szydząc z własnych bohaterów, co osłabia Nastrój Grozy.

Depp posuwać się będzie od jednej do drugiej tajemnicy, a każda następna mroczniejsza od poprzedniej i odkryje wreszcie Straszną Tajemnicę - ale Za Późno. Gdyż przerażający i ponury szwarc-charakter, noszący okularki modo Sir Elton, posiądzie Narzędzia Otwierające Moc Ostateczną przed nim.

I tu dzonk. Gdyż Szatan - a w zasadzie piękna Szatanica - na swojego kochanka wybrała Deppa.

Gdybym był kobietą, też bym to zrobił.

I Ten Co Odkrył Tajemnicę poszedł - do piachu.


Co niestety daje wątpliwe nieco przesłanie filmu - niezależnie od tego jacy jesteśmy dobrzy, możemy przegrać, bo nasz konkurent dał dupy sędziemu.

Moralnie obrzydliwe.

sobota, 7 listopada 2009

...lenistwo...

Zawsze zdumiewa mnie system motywacyjny jednostki ludzkiej. Nie dociśniemy śruby - i otrzymujemy tłuste couch potato. Przyciśniemy za bardzo i też niedobrze. Albo się z tego wykluje tumizwis albo jaki inny wrak co to nerwy ma stargane.

Wszystko dąży do maksymalnej entropii. To niby czemu nie my.


Wpadł dzisiaj Lorenzo i w dzikim szale, w cztery godziny zaorał trzy przepukliny i dwie zżylakowane nogi. Jak on to zrobił? Musiał się nieźle nawypoczywać. To jest właśnie tajemnica prawidłowej motywacji.

Na Australię mnie nie stać. Idę pognić sobie przed telewizorem.

Z okazji łyk-endu życzę państwu miłego przybierania na wadze.

Boże, jak dobrze mieć wymówkę żeby sobie spokojnie z rana pospać...

Na poprawę nastroju proponuję Jethro Tull
To co wyprawia Ian Anderson regularnie marszczy czerep :D

piątek, 6 listopada 2009

Prycha-czu

Niby nic - człowiek zdrowiuśki, odkażony Bacardi i inszą Łyski, nafotonkowany i nakrewetkowany - a jednak. Dragonbale atakują. W dniu wczorajszym znalazłem się na skrzyżowanej linii ataku dwóch Prychaczu które od Pikaczu odróżnia czerwony nos i straszliwa ilość wirusów dookoła. Które co prawda są niewidoczne, ale za to okrutnie upierdliwe. Strach pomyśleć co by z człowiekiem taki wirus zrobił gdyby urósł.

Co prawda Dreptak* opatentował zabijanie bakterii młotkiem po wcześniejszym utuczeniu zarazka do widocznego gołym okiem zaraza, ale technologia wydaje się być wydumana. Toż trzeba by wstawać kilka razy w nocy, kaszką karmić, poić, przewijać - a chorować kiedy? A jak ich jest więcej? Bo czuję się jakbym miał co najmniej dwa, i to różne. Jeden siedzi ze szczotka drucianą i drapie po podgardlu a drugi nap.dala młotkiem w czaszkę.

Na dodatek Lorenzo wrócił z antypodów - co niesie pewne drobne niekorzystne konotacje - po pierwsze, na liście ma 8 pacjentów, a po drugie do roboty przyjdzie o piątej rano. Jedno co mnie trzyma przy życiu to fakt że teraz mogę bez lęku iść w świat - nikt mnie nie zarazi.

To my jesteśmy kaprale.

Kończę - najwyraźniej jedno z moich nowo nabytych żyjątek próbuje się wydostać na wolność. Dla przyzwoitości nie powiem którędy.
_____________
*

BAKCYL

Raz w jednym instytucie uczeni na wszelkie sposoby
Robili doświadczenia, jak by tu osłabić mikroby,
Na przykład jeden uczony budził bakterię śpiączki,
Szczypiąc tę śpiączkę pęsetką w pośladki, nóżki i rączki.

Drugi uczony czerwonkę podłączał po pompek i dętek,
Aż się robiła blada jak jaki biały krętek,
Krętka natomiast skręcano i rozkręcano biedaczka,
Od czego był bardziej żółty niż najżółciejsza żółtaczka,

Odnośnie zaś do żółtaczki, wprowadzono ją w taką rozpacz,
Że poczerniała zupełnie i była jak czarna ospa,
Podczas gdy ospę - tę czarną - macerowano w wódkach,
Więc była ciągle na kacu, jak białaczka bialutka...

A działał wśród tych uczonych Piotr Dreptak, asystent młody,
Który stosował swe własne, zupełnie odmienne metody,
I zamiast zarazki dręczyć - on karmił swoje zarazki
I ciągle się ich pytał: - Nie zjecie, zarazki, kaszki?

No więc zarazki wciąż rosły, wpierw były jak turkucie,
Potem ogromne jak myszy latały po instytucie,
Na próżno woźny je z miotłą jak oszalały ganiał -
Nie dość, że się z niego śmiały, to mu jeszcze wyżerały śniadania.

Aż kiedy profesorowi przegryzły w aucie resor,
To wtedy Piotra Dreptaka wezwał do siebie profesor
I obaj włożyli płaszcze, i poszli się przejść na deptak,
A pan profesor rzecze: - Drogi kolego Dreptak,

Rozumiem że doświadczenia, badania, cacy - cacy,
Ale jak dalej tak pójdzie, to ja was wyleję z pracy!
Rzecz jasna, że ma pan dość duże, ba, szokujące wyniki,
Lecz rób pan to sobie gdzie indziej, ot, idź pan hoduj tuczniki...

- Chwileczkę! - Piotr Dreptak na to, prędziutko teczkę odmyka
I z wnętrza wyjmuje bakcyla wielkiego jak królika:
- Zobacz pan, profesorze, gdy mamy taką gadzinę,
Możemy streptomycynę wyrzucić i penicylinę!

Lekarz przy mikroskopie oczu już niszczyć nie musi,
Bo bierze to bydlę za szyję i je po prostu dusi...
I rzeczywiście udusił Piotr Dreptak tego zarazka,
Więc pan profesor Dreptaka chwalił, całował i głaskał,

Załatwił mu order, mieszkanie, fiata, Nagrodę Nobla,
I wszyscy koledzy się zeszli, żeby ten Dreptak to oblał,
A Dreptak siedzi ponury nad uduszoną zwierzyną
I szloch mu wyrywa się z piersi, a z oczu łzy wielkie mu płyną...

- Dlaczego - pytają koledzy - nie chcesz zabawić się z nami?
- A bo jak dusiłem Kubusia, to on tak łypał oczkami...
Tu biedny Dreptak o ścianę uderzył głową trzy razy...
Oj, można się, można przywiązać i do najgorszej zarazy!

Andrzej Waligórski
źródło: http://www.waligorski.art.pl

czwartek, 5 listopada 2009

Wszytko przez te atomy

Bajka o osie? Skończyłosie. Z rana chirurg co to z nim lubię pracować - chodząca kultura, uśmiech i tempo overlocka - wyrzynał żyły i wszywał siatki. Lanczyk i popołudniowa sesja. Przyszedł taki jeden co to ma owsiki. Znaczy - nie widziałem, ale strasznie niecierpliwy, choć tez uśmiechnięty i wcale nie popędza. Przynajmniej oficjalnie. Od razu wpadł na pomysł mieszania listą coby było szybciej. Królu złoty - a jakim że to cudem bedziem robić cokolwiek jak pacjent nie przyjęty? Się ja pytam? No i wróciliśmy do pierwotnego planu.

Wnioskując z popołudniowego horroru to albo w powietrzu latają jakiesik atomy - albo w fiolkach z Ultivą dostałem cukier-puder. Bo początkowo podejrzewałem że zamiast Propofolu daje ludziom kobyle mleko, ale jednak - mam wdzięk osobisty jak jasna cholera ale znowu nie aż taki żeby pacjenta uśpić mrucząc mu do ucha - wniosek z tego że w fiolkach jednak był Oryginal Michael Jackson Coctail.

Pierwsza dzieweczka zapadła w sen głęboki, po czym po wsadzeniu eLeMejA otwarła oczy, popatrzyła na mnie z wyrzutem i wyjęła sobie to cholerstwo z ust. Nie - to nie. Co sie bede z koniem wadził. Nacisnąłem magiczny guziczek Turbo Booster’a, dzieweczka oczka zamknęła, eLeMejik się jej wsadziło powtórnie i po krzyku. Zajechaliśmy na sale operacyjną - a leki cały czas z pompy szły - po czym dwie minutki później dzieweczka usiadła i chciała sobie raz jeszcze przeszorować maską po migdałkach. Coż się tu do ciężkiej cholery wyrabia... Sprawdziłem pompy - program oki, wenflon w żyle, wszystko sobie idzie jak ma iść... Dodałem z ręki ultrasuperhiper uspokajacz w ilości jednej fiolki - co się bede rozdrabniał - po czym zwiększyłem przepływy. W tym momencie chirurg skończył. Ojacieżk.wmordejeża... Toż ona właśnie teraz mija Alfa Centauri i ciągle przyspiesza... Zapowiedziałem grzecznie że choćby tu mechagodzilla przyszła śpiewać wojskowe piosenki, mowy nie ma. Dziewcze spać będzie 20-30 minut i nic się zrobić nie da. Znaczy - niby da, ale po co się napinać? Dzieweczka zadziwiła mnie po raz kolejny jakieś 10 minut później. Weszła w atmosfere lotem koszącym, wykonała saltomortadele i na wstecznym z wdziękiem wylądowała na Ziemi. A mówiła że nie pali i nie pije. To kto jej układy mikrosomalne tak wytrenował, że ja się zapytam?

Następna jak mi drgnęła po wsadzeniu maski tom sam wyjął. Bez jaj - nie będą mi tu pacjenci samoobsługi uprawiać. Zwiększyłem przepływy, poczekałem spokojnie do osiągnięcia poziomu „stary niedźwiedź mocno śpi” i zapakowałem wszystko na miejsce. No. I spokój. Na wszelki wypadek zapytałem chirurga czy to też taki ultra ekspress - ponieważ potwierdził, więc wyłączyłem wszystko zanim zaczął. Może choć ta się jakoś o czasie obudzi? Obudziła. Siadła, rurkę wyjęła - zacznę te rurki staplerami mocować do czoła - i powiedziała że jeszcze nie śpi więc żeby nie zaczynać. Zdziwiła się niepomiernie że to już koniec i uderzyła w kimono.

Na koniec przyszedł gracz co to gra w futbol amerykański. Tak. Jak wiadomo - gra jest twarda i brutalna. Co prawda Irlandczycy twierdzą że brutalny to jest gaelic futbol a amerykańska odmiana została wymyślona przez pielęgniarki szpitala wojskowego którym się nudziło na Pianosie, ale jednak. Kopa w czułe miejsce można zarobić. No i tu mnie młodzian zadziwił. Mianowicie mecz ma w sobotę i powiedział że musi grać - i czy po zastruganiu marchewki będzie mógł to zrobić? Powiedziałem mu że może. Co prawda bedzie se musiał nasmarować końcówke kozim smalcem ale może. Toż klient nasz pan.

Poza tym to jego końcówka.



Klasyka na zapyziały listopadowy świt.
Dżizaz, kiedy to było.

środa, 4 listopada 2009

Przymus dobrowolny

Jako że free mondays policy zostało zaimplementowane z pozytywnym skutkiem, w poniedziałek mogłem się oddać rehydratyzacji, rewitaminizacji i ogólnej electrolyte replacement therapy. Dzięki czemu wjechałem do roboty świeży i ogólnie rozpromieniony. Tu niespodzianka - lista tylko z rana i w dodatku bez żadnych ogólnych. To się nazywa prawidłowe wprowadzenie człowieka w świat gazów, świszczących pejczy i zdekompensowanego stresu. Byłem tak oszołomiony że chwyciłem się za zaległości. Management doszedł do wniosku że wszelkie szkolenia obligatoryjne zrzuci nam na łeb - wykupił jakieś popierniczone moduły w necie i teraz człowiek musi siedzieć i czytać że 42% pedałów ukrywa swoja prawdziwą naturę a w ogóle to się teraz nie mówi pedał bo to jest brzydko.

Tak samo z Cyganami. Kiedyś Cygan to był Cygan - teraz to jest offence. I trza mówić Rom. Tak będzie do czasu aż słowo Rom nabierze tych samych znaczeń co Cygan (o ile już nie nabrało) i stanie się be. Ciekawe jakim słowem nasi współbracia w rozumie każą się nazywać następnym razem. Oreoranie proponuję. Tak samo nie wolno mówić że ktoś jest upośledzony, tylko że jest normalny inaczej. Nie mówi się że ktoś jest głuchoniemy - bo to zbrodnia jest niesłychana - tylko że to użytkownik języka migowego jest.

Z niepokojem czekam kiedy ze słownika znikną słowa "inaczej" oraz "użytkownik".

Facet który mi tłumaczył wirtualnie o zawiłościach rasizmu i diversity był tak upierdliwie męcliwy żem mu po góralsku chciał powiedzieć coby się odwalił, ale takiej opcji nie było w menu. Klikałem z coraz większym zaangażowaniem guzik next aż nagle znalazłem bardzo wartościową informacje. Że mianowicie rasistowska przerwa zarobkowa pomiędzy rasami znikła całkowicie bo Czarni zarabiaja teraz o 8,7% więcej od Białych. Tak mnie ten nierówny znak równości jebnął w ciemie aż żem zaniemówił.

No to kwamać - jest ta przerwa czy jej nie ma?

Według producenta tekstu o równości teraz jest wszystko sprawiedliwie bo Czarny zarabia od Białego więcej - więc nie można już mówić o rasistowskiej różnicy wynagrodzeń. W dalszej części programu dowiedziałem się że Czarny to też jest be - ale na Białego można mówić Biały. Podrapałem się po potylicy i sprawdziłem autora. Murzyn. Afroamerykanin. Afrojunajtedkingdomianin. To by w jakiś sposób tłumaczyło zasadę równości.

Jako że w powyższe rozważania włożyłem koło dwóch godzin - a trzeba dodać że w trakcie czytania mądrości owych łatwo nie było bo po ekranie latały mi w te i wewte liście różnokolorowe coby mi uzmysłowić jak ta cała diversity jest ważna - więc żem się zaparł że skończę. Za kurwisyna ciężkiego nikt mnie nie zmusi żebym to raz jeszcze przeszedł.

I tu dzonk.

Okazało się że zamiast iść do domu, muszę zostać na naszym codwumiesięcznym posiedzeniu komitetu od spraw różnych i wszelakich. Pomyślałem że tym razem się nie dam. Wypoczęty jestem, podwójną czarną wodę o smaku kawowatym marki Wytrzeszczoko palnąłem jak bym był jaki caffeine suicidal drinker i dzielnie zasiadłem w fotelu. Na wszelki wypadek blisko szafki - zanim z niego zlecę to się oprę. Przelecieliśmy miło i sympatycznie przez kolejne punkta, pokiwałem smutno głową nad sobą żem zapomniał o papierach com je miał przygotować i dotarliśmy do operowania cukrzyków ludzi mających przemianę dekstrozy inaczej.

Ten temat wałkuje się od jakiegoś czasu - management chce, ja nie bardzo. Ostatecznie wszyscy dupe w troki biorą o piątej - a ja z rozjechanymi cukrami bede potem załatwiał transfer w środku nocy. Niedoczekanie.

Powiedziałem że nie ma sprawy - możemy operować każdego. Przygotuję guidline w którym dokładnie rozpisze co i o której ma być podane oraz sprawdzone takiemu pacjentowi aż do osiągnięcia pierwszego check-pointu o 17:30. Frozen time evenement na chwileczkę wyostrzył zmysły po czym management powiedział że jednak to nie jest dobry pomysł - tak trzymać pacjenta przez cały dzień -  i projekt upadł zanim jeszcze się narodził.

Jak się kotu wysmaruje dupe musztardą to on ją zeżre w zasadzie dobrowolnie. 

Jutro koniec taryfy ulgowej. Caluśki dzień w robocie, ogólne, miejscowe i co tam jeszcze czeka na biednego anastazjologa. Welcome to the pleasure dome.

poniedziałek, 2 listopada 2009

Bilans

Przeloty: 5
Mile (zdrętwiała dupa w samolocie): 5408
Kilometry (zdrętwiała dupa w samochodzie): 1080
Dni nurkowych: 5
Nurkowań: 11
Łączny czas pod wodą: 496 min.
Ostre zatrucia alkoholowe: 2
Podostre zatrucia alkoholowe: 4
Skoków do basenu: 5
z czego udanych: 5
Zeżarte krewetki: counter failed
Kasa wydana: counter failed
Okres trzeźwienia: pending




Zdjęcie z Dahab: bezcenne.
 

piątek, 30 października 2009

SS Thistlegorm



Thistlegorm. W odwiecznej walce zrzucaczy z unikaczami tym razem wygral bombowiec. Pierdut i caly statek usiadl na 30 metrach. Ze wzgledu na amunicje i inne rozrywkowe urzadzenia, wrak jest oblozony calkowitym zakazem nurkowania.

Pod woda scisk przy ktorym Krupowki to pustynia. Ludzie sa z gory i z dolu, z prawa i z lewa, z przodu i z tylu. Masakra. Wrak duzy i ladny, ale trzeba sie spieszyc - wg. zgodnej relacji swiadkow, wrak sie degraduje w konkretnym tempie. A szczegolnie zawartosc. Zrobilismy dwa 40 minutowe nury i poplyneli na Rhas Mohammed. Faktycznie, w porownaniu z dahabowa ruina to jest prawdziwa rafa. Korale, rybki i masa sedesow - pozostalosc po wraku ktory wiozl armature.

Cala wycieczka zaczela sie o 5 rano a skonczyla o 8 wieczor.
Do tego tematu jeszcze sie wroci...

środa, 28 października 2009

Blue hole



Dzisiaj blue hole. Czyli mekka samobojcow podwodnych wszelkiej masci. Masa roznych elitarnych klubow. Na przyklad klub 80 - trzeba zejsc na 80 metrow z 12 litrowa butla z powietrzem i przezyc. Albo elitarny klub setka. Ten akurat ma bardzo malo aktywnych czlonkow, wiekszosc legitymacji wydawana jest posmiertnie.

Klub 120 ze zrozumialych przyczyn jest klubem hipotetycznym.

Nureczki byly cacek. Co prawda moje wysluzone skrzydelko postanowilo sie czesciowo rozpasc pod woda, co obrocilo worek uniemozliwiajac wypuszczenie powietrza. Skonczylo sie na sforsowaniu wyporu pletwami, zejsciem na 30 metrow i pelnym wkurwienia niepokoju oczekiwaniem - jako ze za szarpaczke wziely sie dwie kobiety. W koncu doszedlem do wniosku ze wyrzucam dziada, ale nasza dajwmasterka cos tam odpuscila i zwiesiwszy sie na mnie dolozyla na tyle masy ze nawet stopik na 5 metrach odstalismy jak cywilizowani ludzie. W calym zamieszaniu stracilem ciutek wiecej powietrza niz zwykle wiec nurkowanie konczylem na octo Jane, wkurwiony jak stopiecdziesiat. Mialem ochote wypierdzielic sprzet do kosza, ale w sumie sam se jestem winien- bylo sprawdzic te jeb. sruby.

Drugi nureczek bez historii - zamiast wslipiac sie w komputer i manometr, ogladalem rybki. Nuda.

Jutro o 5 rano jadziem na to cholerne wraczysko. Na wszelki wypadek biore dwie 15 z nitroksem - jak by co to mam zwizualizowane malownicze wypierdzielenie sprzetu w wodzie i powrot na butli trzymanej czule w objeciach.

Bark mnie nap.dala. Musialem se cos naciagnac.

wtorek, 27 października 2009

Abnegat ponurowy w Kanionie


Najpierw rosla sobie rafa koralowa, potem zatrzeslo dnem i powstal Kanion. Czyli podluzna dziura w dnie, w ktora wplywaja rozni fanatycy mocnych wrazen. Najciekawsze jest podejscie. Z piasku ku powierzchni leca tysiace malych babelkow. Wyglada to jak magiczna kurtyna. Przeplywamy przez nia i jeden po drugim, wygodnym pasazem plyniemy w dol coby zobaczyc glowna atrakcje. Niestety, nurkujemy na nitroksie 32%, stad maksymalna glebokosc to 33 metry - troche szkoda bo Kanion schodzi do 52 metrow. Na powietrzu mozna by zrobic touch-down. Wylazimy z dziury i ogladamy kurtyne raz jeszcze, tym razem z naszego powietrza.

W przerwie zzeram pizze. Durny pomysl. Wiem czym to sie skonczy, ale glod jest silniejszy.

Drugi nur to spokojny dryfcik nad koralowym ogrodem, duzo nadymek, skrzydlic i pomniejszego paciopia. Lacznie 52 minuty. Wychodze z 40 barami. Wyglada na to ze ja to pieronskie powietrze zjadam.

Jutro Thilstergorn. Jeden z bardziej znanych wrakow. Zatonal w czasie wojny, lezy na 30 metrach. Ma na pokladzie wszystko co wiozl, obok na piasku ponoc stoi lokomotywa.

poniedziałek, 26 października 2009

Mile zlego poczatki

Warszawa byla bardziej ponura niz Doncaster. Zgroza. Popijajac kawe czrkalismy z Kiciaf na reszte grupy. Komunikaty byly calkiem optymistyczne. Jestesmy na parkingu. O, to nie ten parking. Ale teraz juz parkujemy. O, to tez nie tu. W koncu wypelnilismy obowiaxki turysty w bezclowym i nie czekajac na personalne zaproszenia wsiedlismy do samolotu. Uzycie magicznego przyspieszacza podrozy pozwolilo osiagnac Tabe "in no time", grzecznie wypelnilismy podstepne pytania formularza medycznego (w stylu: czy ostatnio mial pan/pani bliski kontakt ze zwierzevie ktore ma raciczki i chrzaka") - pieczatka, busik i pojechalusmy do hotelu. 160 km z gosciem ktory przysypial za kierownica. Co w jakis sposob tlumaczy polmetrowej wysokosci krawezniki- to sa zakamuflowane bandy dajace czas na korekcje kursu.

Patrzac obiektywnie, rafa w Dahabie jest ruina porownywalna z Hurghada. Pojedyncze zywe koralowce i kilka rybek. Jeszcze dziesiec lat i beda musieli zarybic toto od nowa.

Stella, upal i totalny luzik.

O to chodzilo.

sobota, 24 października 2009

And the second word is "off".

Wodecki chyba śpiewał kiedyś że "na wszystko czas jest jeden ale człowiek nie wie czasem". Filozofia niewydumana, prosta i do spamiętania łatwa. Szczególnie co do części pierwszej - bo z tym że człowiek nie wie czasem to chyba pojadł szpinaku i go wzdęło.

Graty spakowane.

Limity sprawdzone.

Kasa.

Plastik.

Jechał se baca na pole. Wsiadając na furę, klepnął się po kieszeniach - Papieroski są, zapałeczki są, książeczka woźnicy jest - można jechać. W pół drogi coś go tknęło, papieroski... zapałeczki... książeczka woźnicy jest - można jechać dalej. W końcu zajechał na to nieszczęsne pole. Dalej coś mu nie pasi. ...papieroski są, zapałeczki są, książeczka... - k.wa mać - pługa żem nie wziął.

Nadszedł czas na puszczanie bąbelków i krewetki z grilla.

Z przyczyn wiadomych notki mogą pojawiać się różniście - albo i wcale. Zależy od dostępności do sieci.

do poczytania - a może i do zobaczenia

abnegat limitowany

Updacik pierwszy: Doncaster-Sheffield Robin Hood Airport.
Mgliscie. Samolotu nie widac. Startowac - chyba wystartuje, ale najpierw musi przyleciec.
Celnik czepil sie jablek - ze niby z semtexu czy jak? Na szczescie nie gryzl. Jablek nie gryzlm, mnie z reszta tez nie.
Nastepnym razem zgagulki trzeba wziac do podrecznego a nie nadawac na bagaz. Albo pic mniej wina w pozegnalny wieczor.
*end***end***end*

piątek, 23 października 2009

Little Annie

Jak wiadomo ogólnie - a i szczegółowe pewnie też - stan umarnięcia nie należy do stanów mile widzianych. O ile jednak jasnym jest wszem i wobec że człowiek moze sobie umrzeć w polu, na strychu czy w tramwaju nr 21, o tyle nikt do świadomosci nie dopuszcza myśli że można umrzeć w szpitalu. Jest to dość przerażające dla braci lekarskiej, która rękami i nogami broni się przed wypełnianiem kart zgonów własnoręcznie wyprodukowanych nieboszczyków, jako że po każdym zgonie rodzina (nieboszczyka, nie lekarza) zgodnym unisono pyta „Jak że to możliwe jest, że w szpitalu umarł??”

Skąd takie pytania? Ano, od czterdziestu lat rodzina była świadkiem cudu i im ten cud spowszedniał. Mowa o cudowniej zamianie wódy w wodę (z mocznikiem i inszymi produktami metabolicznymi, ale nie o to chodzi). Albo o cudzie zamiany smoły w takie ciągutki wykaszleniowe. A nie są to cuda najwieksze. Cud zamiany tony żarcia w smalec z nadciśnienim i cukrzycą...

Ponieważ pacjent w szpitalu umrzeć nie może, przybytki te są wyposażone w namiastkę biblijnego „Łazarzu, wstań!” pod postacią przeróżnych urządzonek, kupy leków oraz wykwalifikowanego personelu.

Z tą kwalifikacją to mi sie zawsze kojarzy opowieść o strażakach co to padła komenda: „Lokalizować!”, a oni wzięli za topory i porąbali wszytko w cholere.

Personel medyczny wie. Wie jak, gdzie, skąd i po co. Ale żeby się mu nie zapomniało, od czasu do czasu nieszczęsny anestezjolog, szprechający lenguidżem z podejrzanie słowiańskim akcentem, musi zrobić szkolonko.

W odróżnieniu od szkolenia to jest krótkie, treściwe i wszyscy dostaja pozytywny feed-back. Co sie bedę z koniem wadził.

Wyciągnąłem naszą Little Annie, podpiałem ją fikcyjnie pod monitory, prawdziwe kable podpiałem z braku laku do siebie i nacisnąłem guziczek alarmu. Z przyczyn wiadomych trenowaliśmy postępowanie w PEA z rytmem zatokowym, bo mi to łatwo przyszło zasymulować. Ot, nie założyłem pulsoksymetru i odpiąłem mankiet od ciśnienia. W zasadzie mozna jeszcze asystolię ładnie pokazać - odpina się wszystko i po krzyku. Co mnie martwi to fakt że nastepnym razem mamy przewidziany częstoskurcz komorowy. Może się kawy ożłopie?

Moja dzielna ekipa wpadła, rzuciła sie z pazurami na biedne dziewczę, połamała jej wszystkie żebra, przewentylowała, wbiła wenflon - fikcyjnie, bo jedyna pielęgniarka co to potrafi, poszła na chorobowe - dali adrenaline, płyny i uratowali nieszczęsną. Znaczy, fikcyjnie rzecz jasna, bo Little Annie jest z gumy i nie ma nóg. Z tego powodu najczęściej trenuje się na niej zatrzymanie krążenia po przejechaniu przez pojazd szynowy.

Ten miesiąc mam z głowy.

Na przyszły muszę odgrzebać stare scenariusze, bo mi zaczyna pomysłów brakować.

czwartek, 22 października 2009

Wyspiarska jesień

54 stopnie, 31 minut.

Wysokość Gdańska. Mieszkając w bliższej cywilizacji (greckiej...) części Polski jakoś nie zdawałem sobie sprawy jak wredne niespodzianki ma dla ludzi geografia.

W lecie jest tu miło i przyjemnie - słoneczko wstaje o 3:30, zachodzi o 23... Ale zima? Niech to jasny szlag trafi. O siódmej w listopadzie jest ordynarna, czarna noc, słońce zachodzi gdzieś koło 5. Do tego wszystkiego przywiało jakiś francowaty niż znad Atlantyku. Można się pociąć szarym mydłem. Dobrze że księżyca nie ma bo nie trzeba wyć po nocy. A to i tak nic - w zimie słońce będzie wschodzić o 8:45 a zachodzić o 16:00. Albo coś koło tego.

Czując nadchodzącą depresję - przy której Żuławy to kałuża (czyli niewielki akwen wodny bez znaczenia strategicznego wg. definicji wojskowej) - zmobilizowałem wszystkie swoje wewnętrzne, zewnętrzne i jakie tam jeszcze mam pałery i o ósmej pognałem na dżima. Wlazłem na bieżnię - spadłem z niej po piętnastu minutach po czym posłuchałem mojej mądrzejszej połowy.

Misiu, zajedź pod Tesco, whisky się kupi....

środa, 21 października 2009

Ręka opatrzności

Przyszedł mój ulubieniec dzisiaj. Taki - prawdziwy chirurg. Z czasów Jurgena Thornwalda. W zasadzie nigdy nie wiem czego się po gościu spodziewać. Pięciu pacjentów zabukowanych, wszyscy po godzinie dostali równo, co jednakowoż nic nie znaczy bo w chirurgicznej nieobliczalności potrafi on wyrwać ząbki cztery w minut trzy, jak i pierniczyć się godzinę z jednym zębem.

Musiała siła wyższa przelatywać dzisiaj z rana nad chałupą i zobaczyć moja zaspana gebę - bo w łaskawości swojej sprawiła niepoczytalność zarówno pierwszego pacjenta (herbatka przed wyjściem z domu) jak i drugiego (godziny się mu popierniczyły i doszedł do wniosku że nie przyjdzie). Zanieczuliłem bez specjalnych oporów dwóch następnych pacjentów - dziouszka najwyraźniej wcześniejszego kontaktu ze służbą zdrowia nie miała bo się patrzyła ufnie, natomiast chłopczyk musiał coś mieć na sumieniu bo mnie zaufaniem nie obdarzył. W dodatku gadał cały czas do nas mimo że stężenie leków, co je miał we krwi, uśpiło by nilpferda*. Po czym wspomniana siła wyższa musiała, wracając z powrotem, zobaczyć że mi sie wcale nie poprawiło i ostatni pacjent nie przylazł w ogóle. To sie nazywa przychylność. Albo łaskawość.

Tak jak się patrzyłem na krwawe rachatłukum wywijane przez zębodłuba (Copyright: Szaman Galicyjski) to mi się pomyślało że do tego jednak trzeba się urodzić. Bo z jednej strony fachu można się naumieć, ale entuzjazm do wyrywania trzeba odziedziczyć po mamusi.

Znaczy, po tatusiu niby też, ale tylko teoretycznie jako że Dżyngis Han dawno nie żyje.

Po południu poleźliśmy na korporacyjną kolację. Znaczy - korporacja zaprasza, pracownik płaci. Imprezka byla z gatunku pożegnalnych - jedna z naszych nursów doszła do wniosku że jednak ją nie cieszy praca z nami i idzie do domu starców. Jako pracownica rzecz jasna a nie pensjonariuszka.

To daje nieco do myślenia.
______________
*Vide wczorajszy koment Niki.