Lubie latac. Mimo faktu, ze w zeszlym roku zrobilem lacznie ponad sto przelotow, dalej mnie to ekscytuje. Jest cos magicznego w lotniskach, kolejkach, odprawach, strefach wolnoclowych - na ktorych teraz czesto jest drozej niz w miescie - i calym lotniskowym zamieszaniu. W dawnych czasach mlodz ruszala w poszukiwaniu nowego ogladajac wyplywajace statki - poniewaz do najblizszego portu mialem w dziecinstwie jakies 750 kilometrow, pozostaly mi lotniska.
Start lubie najbardziej. Jeszcze moment temu stalismy na pasie, a juz mozna podziwiac jak Ziemia sie oddala, wszystko robi sie coraz mniejsze, chmury, troche turbulencji - i slonce. Noc nie jest tak ciekawa, a w dzien wyjscie ponad chmury ma cos z magii.
Niestety, lecialem noca. Ponad chmurami ani lysego, ani gwiazd - moze jeszcze jedna warstwa nad nami wisi? Hm. Chyba czas na male coniecolyski. A moze nie? Laduje cos kolo polnocy, moj przyjaciel pewnie bedzie potrzebowal moralnego wsparcia zeby dojechac, albo i zmiennika. Chyba zrezygnuje...
-...press the button above your head. Repeat. We have a situation here. If there is a doctor or nurse aboard, please press the button above your head.
DING. Nie namyslajac sie dlugo wcisnalem button. Co jednoznacznie mnie kwalifikuje jako
overseas doctor - zaden trzesacy sie przed odpowiedzialnoscia tubylec podobnej glupoty nie zrobi.
- Thank you, doctor. There is a passed out lady, could you help us, please? - zapytala nieco zzieleniala, choc calkiem spokojna, sewardessa.
Siur. Co bym mial nie pomoc. Jak sie nacisnelo A trzeba reanimowac B. Sprawdzilem tetno, slabiuskie. Oddech byle jaki, ale jest. Na bodzce nie reaguje. Jest dobrze choc nie beznadziejnie. Facet pod oknem dalej czyta gazete - jest tak zestresowany ze nawet nie oddycha. Za chwile bedziemy tu miec epidemie jakas.
- I have to put her down... - zaczalem i w tym momencie dotarlo do mnie ze dysproporcja pomiedzy pacjentka a miejscem na fotelach - czy nawet podlodze - nie daje szans na jakiekolwiek dzialania ratownicze. - The oxygen, please. - Przynajmniej tyle moge dla kobiety zrobic. Puscilismy ile sie dalo i po kilku glebszych wdechach kobieta otworzyla oczy.
- Rozumie Pani po polsku?
- Sorry?
- Do you speak english?
- Yes? - poparzyla na mnie z pytaniem w oczach. Wyjasnilem grzecznie ze przez chwile jej nie bylo, zapytalem o dolegliwosci, historie chorob. W sumie nic, czym mozna by sie przejmowac.
- Doctor, the capitan wonders does she has to be transferred to the hospital.
Musze przyznac ze wiara w lekarzy jest niesamowita. W sumie powinni zapytac, czy jakas wrozka nie leci z nami - postawi tarota i bedziemy wszystko wiedziec.
- Absolutely. Background is unknown, we can't take a chance.
- Would you mind staying with this lady? - Jakzez bym mogl. Towar macany nalezy do macanta. Stwardessa szybko przesunela na moje miejsce pasazera z brzegu. Usiadlem kolo mojej zdobyczy, zastanawiajac sie co tez mozna w takich warunkach zrobic. Poza, rzecz jasna, krzyczeniem ze strachu i innych czynnosciach reanimacyjnych modo Pamela Anderson ze Slonecznego Patrolu. Chyba najskuteczniejszy byl okrzyk "John, musisz zyc!!!" poprawione strzalem w pyszczydlo. - May i know your name? - zapytalem niesmialo. W najgorszym razie wyprobuje czy to faktycznie dziala.
- Ladies and gentlemans, as you probably know, we're going to do an emergency landing. Right now we're approaching Berlin Schoenefeld. Stay on your sits with yours sitbelts fastened, please - zapowiedziala ladniejsza ze stweardess. Co robic. Zdaje sie ze kumpel troche poczeka. Zoladek podszedl mi do gardla. W mordeczke, chyba sie pilot za bardzo przejal tym moim
absolutely . Toz babke trza do szpitala przetransportowac a nie do wspolnego grobowca. Razem z nami.
Pacjentke odebraly szwaby. Na widok ich wojskowej organizacji poczulem uklucie zazdrosci. Obsrwujac ich prace pomyslalem ze takie slowa jak karnosc, porzadek, dyscyplina i organizacja powinny byc wykreslone z polskiego jezyka. Zapakowali babke na nosze, poprosili o raport na pismie i znikneli jak japonscy ninja. Dobrze zaprogramowany robot moglby to zrobic gorzej.
Skonczyl sie horror, zaczela komedia.
Pierwszy smieszny moment nastapil pare minut pozniej - otoz trzeba bylo wypakowac mojej bylej podopiecznej bagaz, bo za cholere nie chciala pojechac bez niego. Patrzylismy jak nasze torby sa kolejno wystawiane z luku i okazywane kobiecie na noszach. Ze ona nie zwymiotowala od ciaglego krecenia glowa "Nie, to nie ta", to az dziw bierze.
Drugi zdarzyl sie chwile po tym, jak niebieskie swiatla zniknely na horyzoncie. Podeszla stewardessa i zaproponowala dowolny napitek
on the house . A raczej na konto kapitana. Pomyslalem ze twardym mozna byc, ale jak whisky daja? Odmowic? Kapitanowi?? A jak by sie tak obrazil - to weznie i z samolotu wyrzuci. A poza wszystkim innym - genleman nie pyta co ile kosztuje tylko pije co mu nalali... W sumie dobrze ze nie odmowilem, bo kilka minut pozniej kapitan przyszedl podziekowac i grabule uscisnac. Ja cie.
Trzeci - i chyba najsmieszniejszy - zdarzyl sie po okolo godzinie od wyladowania. Otoz kapitan przeprosil wszytkich ze tak dlugo stoimy, ale nasza linia lotnicza nie lata za Berlina do Krakowa, w zwiazku z tym nie mieli gotowego planu lotu. Dopiero teraz go doslali, wiec za chwile wystarujemu. Po czym minelo jeszcze piec minut i kapitan przeprosil nas raz jeszcze i wylasnil ze poki co nie lecimy - szwaby przyslaly plan lotu po niemiecku. A on
nicht sprechen . Massakra.
Lacznie spedzilismu w Berlinie ponad dwie godziny. Na szczescie
"whisky on the house" nie ograniczylo sie do marnej piecdziesiateczki, kapitan naprawde sie przejal. W czasie pomiedzy piecdziesiateczkami zastanawialem sie czy
whisky on the house moze byc
on the rock. I jak to zgrabnie powiedziec:
another whisky on the house on the rock? Czy moze
on the rock on the house?
Lenguidz jest
very difficult. W Balicach touchdown byl lacznie spozniony 3 godziny.
W samolocie dzieki mojemu
absolutely spedzilismy okolo 6 godzin. Regularnie zdretwialem odtylnie. Dobrze ze rozcienczacze krew mi rozcienczyly - przynajmniej nie musialem sie stresowac ze zatoru plucnego dostane.