poniedziałek, 25 lutego 2013

Talon na balon, part II

Kląłby, gdyby miał na to siłę. Wlókł się pomału w kierunku chałupy, większość sił czerpał z widoku Trevora a to wpadającego do maszynki do mięsa, a to z niej wypadającego - w celu ponownego wpadnięcia. Wścieklizna zalała go w tym stopniu, że o mało co by nie przegapił wyciągniętej ku niemu pomocnej ręki losu. W postaci ciut spoconej i zdecydowanie brudnej ręki Bruna, która zachęcająco kiwała do niego z przydrożnych krzaków.
-Ha, doktorek! - ucieszył się Bruno. Będzie mój honor i przywilej pomóc dochtorowi w potrzebie! - mówiąc to, wyciągnął ku niemu flaszkę najczystszej postaci denaturatu.
-Palnij doktor jagodzianki na kościach, bo wyglądasz jakby ci paliwa zabrakło! - tu ściszył głos - Sam wiem, jak ten świat wrednie wygląda na trzeźwo, jakoś tak przed nowym rokiem niechcąco mi się wytrzeźwiało... Brrr... - otrzepał się z obrzydzeniem. Widząc brak reakcji Kovalika, zmrużył jedno oko i z wysiłkiem dokonał obdukcji.
-Matko jedyna... Ileś ty dni walił, doktor? Coś mi kumple pod ośrodkiem mówili, że cię nie mogli znaleźć, alem wiary nie dał... Każdy, ale nie Kovalik - tak mówiłem! Palnij doktor, bo wyglądasz, jakbyś miał do domu nie dojść...
Kovalik zupełnie mechanicznie podniósł do ust podaną flaszkę i pociągnął zdrowy łyk. Smród jagodzianki, wraz z pustymi kaloriami kilku alkoholi prostych, zatrząsł nim od podstaw.
-Brunon,co ja ci powiedziałem ostatnim razem? Już cie trzepie po alkoholu, jak tak się dalej będziesz prowadził, to przyszłego roku nie doczekasz.
-Doktor, wiesz ty co... - Bruno przerwał obrażoną przemowę i pociągnął nosem. -Czujesz coś, doktor? Tak jakby jaka padlina tu leżała...
Kovalik na wszelki wypadek postanowił się oddalić. Miał niejasne wrażenie, że jego międzygalaktyczna przygoda trwała nieco dłużej, niż mu się wydawało. -Brunon, daj no jeszcze łyka.
-Wyborna, nie? - rzekł tak dumny, jak matka skrzypka odbierającego nagrodę Wieniawskiego. -Innemu bym nie dał, ale doktorowi to zawsze. Trzeba być człowiekiem, nie?
-Jasne.
Kolejny łyk niestety pogorszył nieco sprawę, żołądek wysłał mu jednoznaczny sygnał, że następna próba skończy się zwrotem surowca.
-A może ściepkę zrobimy, co doktor? - Bruno najwyraźniej poczuł okazję. Kovalik przegrzebał kieszenie w poszukiwaniu drobnych i przepraszająco pokiwał głową. -Sorry, Bruno, następnym razem.
-Nie ma sprawy. Uważaj doktor nie siebie. Nie można tyle walić gazu, bo to cie zabije - wyrzut został poparty konkretnym łykiem z butelki i Bruno znikł w krzakach.

Kilka godzin później przebrany, wykapany i najedzony Kovalik siedział w chałupie i maluśką szklaneczką 25 letniego Glenliveta próbował spłukać z siebie potworności Bruna. Skutek był połowiczny - smak co prawda znikał w trakcie przełykania tylko po to by wrócić kilka sekund później z kolejnym odbiciem. Kovalik sam nie wiedział co jest gorsze - czy to że Bruno nie ma na Glenliveta czy fakt, że taki żul mógłby w krzakach pić szczytowe osiągnięcie technologii gorzelniczej prosto z gwinta. Odłożył sprawę do rozpatrzenia na później. Tak na prawdę martwił się czym innym, po powrocie do domu nie zastał Trevora. Był przekonany, że gad z czystej złośliwości zostawił go w stanie, nazwijmy to delikatnie, zaśmierdziałym, kilka kilometrów od domu, jednak po powrocie wszystkie plany dotyczące mielenia i smażenia kotletów z Trevora zeszły na plan dalszy. Próbował się skoncentrować, szukał zarówno pasywnie jak i aktywnie, ale w jego zasięgu nie było kompletnie nic. Z uczuciem lekkiego niepokoju zapadł w sen, w którym trupie czaszki goniły go wśród pasa asteroidów, wlewając mu w gardło mieniącą się fiołkowo jagodziankę.

Huk zbudziłby umarłego. Jako, że Kovalik nie poczuwał się zupełnie, konwencjonalnie spadł z fotela i wyrżnął dupskiem o podłogę.
-Gdzieś był? I czy ty do cholery ciężkiej nie znasz takiego pojęcia jak kultura współżycia?
Trevor popatrzył na niego jakby widzieli się pierwszy raz, po czym odwrócił się dupą i polazł w kierunku klatki.
-Do ciebie gadam, plezozoiczny wypierdku!
-Paleozoiczny. I nie paleozoik -trias. Dinozaury żyły w triasie - powiedział Trevor. Kovalika zatkało.
-Ty potrafisz mówić?
-No. Gadam, latam - pełny serwis! - Trevor, odkąd odkrył DVD, zdołał obejrzeć pierwszą część Shreka przynajmniej 40 razy. -Też się cieszę, że cię widzę. I nie przesadzaj z tym dziękowaniem za uratowanie życia. Ostatecznie nie pierwszy raz.
Kovalikowi para uszła do zera.
-Sorry. Potrzebujesz czegoś?
-Spać. Tylko nie zniknij jutro, musimy pogadać.

Rano Kovalik słysząc dziwny dźwięk dochodzący z klatki gada na wszelki wypadek wziął ze sobą kij golfowy, ale okazało się, że Trevor chrapie. Postał nad nim chwilę, w końcu położył przy klatce sałatkę z marchewki, wlał do miski Glenliveta i poszedł do ośrodka. Rozmowa była trudna, jego szef, miły, starszy jegomość tuż przed emeryturą traktował go bardziej jak skrzyżowanie syna z kolegą, ale trudno mu było przełknąć historię Kovalika o umierającej matce ciotki-stryjenki, pomylonych lotach, zagubionym bagażu, kradzieży kart kredytowych - wraz z komórką - oraz potraktowaniu teaserem przez policjanta w sklepie wolnocłowym. To ostatnie Kovalik dołożył, by wytłumaczyć pokancerowana twarz. Summa summarum Kovalik pokrył nieobecność ze swojego urlopu, szef przyjął flaszkę Ardbega - Kovalik długo walczył ze sobą, w końcu zwyciężył rozsądek poparty przekonaniem, że jego przełożony nie oprze się dobrze znanemu smakowi asfaltu rozpuszczonego w paliwie lotniczym - po czym z westchnieniem podpisał dodatkowy tydzień. Na poratowanie zdrowia, jak brzmiało uzasadnienie.
-Tylko niech pan, kolego, nie przesadza z tym ratowaniem... Ja rozumiem, szklaneczka, dwie - ale jeżeli powtórzy pan taki ciąg jeszcze raz, pójdzie pan na odwyk - albo się pożegnamy, jasne?
Tyle by było na temat wiarygodności historii Kovalika. Wracając do domu na wszelki wypadek sprawdził przydrożne krzaki, ale Bruno najwyraźniej zmienił miejsce pobytu. Co było robić, odwdzięczy się później. Ostatecznie nie istniała jakakolwiek przyszłość z ponad zerowym prawdopodobieństwem, w której Bruno by nie wysępił na kolejną flaszkę.

W domu zastał pobojowisko. Marchewka została zjedzona, whisky wypita, z kuchni dochodziły większe i mniejsze łomoty, poparte różnokolorowymi błyskami.
-Trevor? - zawołał z progu salonu. Już kiedyś wlazł bez ostrzeżenie do kuchni w trakcie treningu gada, resztki włosów ze łba musiał później ostrożnie zgolić z poparzonej skóry. Jego boss pytał później bardzo grzecznie czy w okolicy ogłoszono zagrożenie tyfusem.
-Chodź tu. - w kuchni zaległa cisza. Kovalik usiadł na zydelku przy piecu, jako że to co było stołem i krzesłami zamieniło się w... zegary Picassa, przy czym były to zegary nieco na wzór V symfonii w wersji Skrillexa.
-Ten cały Cypruś to była wydmuszka. Taki, jak by to rzec, abstrakt formalny.
-Znaczy, manekin taki?
-Gorrat, ty widzisz, a ogniem nie ziejesz... Sam jesteś manekin. Abstrakt, mówię. To się przekłada na transfer nie tylko bodźców i emocji, ale także funkcji homeostatycznych.
-? - zrobił mądrą minę Kovalik.
-Ten, który tam z tobą wtedy latał, nie przeżył eksperymentu. Oni tu wrócą i zrobią z ciebie pasztet. Choć odnosząc się do twojego poziomu inteligencji powinienem powiedzieć raczej kiszoną kapustę. Kovalik zignorował obelgę.
-Mnie? Toż ciebie chyba... Z tego co się orientuję, to robiłem tam za psychiczny odpowiednik Duracella...
-Kovalik, musimy tam się dostać i załatwić sprawę raz a dobrze. Myślałem, żeśmy trafili na takich moich dobrych znajomków, okazuje się, że te kurwadziady tylko się pod nich podszywali.
Kovalika zatkało. Trevor chyba po raz pierwszy zwrócił się do niego nie adresując jego skromnej osoby używając semantyki porównawczej. Z odnośnikiem do jego niskiej inteligencji jako faktorem głównym, dodajmy.
-W co ty mnie chcesz wplątać?
Trevor najwyraźniej westchnął. Było to co najmniej niepokojące.
-To nie jest mój świat, Kovalik. Do transferu używają znanej mi technologi, ale większość jest mi kompletnie obca. Byłeś tam, rozumiesz coś z tego?
-Myślałem, że to gra... No, statki, kosmos, taki kiczyk dla małolatów...
-A myslisz, że dasz rade tam się odnaleźć?
-Trevor, ale po co?
-Albo my ich - albo oni nas. Tertium non datur.
-Dam... - Kovalik też westchnął. -Dam.

7 komentarzy:

Unknown pisze...

Ładne...Sapkowski się zgarbił,Tolkien gdyby mógł to też.

Anonimowy pisze...

czeciaczydzieści co za barbarzyńska pora. Ale opłaca się czasem obudzić poniedziałkowym rankiem.

p.

Anonimowy pisze...

Hesus Marija, byle by tylko Kovalik z Trevorem dali radę! Już ogryzam paznokcie i z nerw wychodzę!
nika

abnegat.ltd pisze...

Zwolennik, no czy ja nie prosiłem, żeby se ze mnie nie robić jaj ;P
Trzecia część się pisze.

P. jakoś tak pierwsza cześć się napisała - reszta pójdzie za przykładem....

Nika, też gryze...

Anonimowy pisze...

A kiedyś, w UK, Trevor wezwał na pomoc posiłki. Takie stare dzieci, co z garbusa wysiadły :-)
nika

abnegat.ltd pisze...

NIka, ja to musze chyba raz jeszcze przeczytać. Bo Kovalik skleroze ma - toz już raz do niego Trevor odgłosy paszczowe wydawał ;D

Anonimowy pisze...

;-)
nika