Jakoś tak podczas pisania ostatniej dykteryjki wekowej przed oczami stanął mi Lublin i mój rok pierwszy na Akademii Medycznej. Za jasną cholere nie wiem , czemu akurat ten moment...
Nie pamiętam już, jak poznałem się z moim współlokatorem. Na potrzeby tego opowiadania nazwiemy go... - niech będzie Markiem. Podejrzewam, że przypadkiem zgadaliśmy się w temacie wynajęcia lokum. Od słowa do słowa ruszyliśmy na miasto i po krótkich poszukiwaniach wynajęlismy poddasze gdzieś przy Kraśnickich, kawałek za skocznią. Co jest najciekawsze, przypadkowe spotkanie zaowocowało przyjaźnią na długi czas i dwuletnim wspólnym mieszkaniem.
Nasza gospodyni była kobietą dobrą, miłującą pokój, wymierające gatunki i pieniądze. Wieczorami wymagała jedynie, by jej śpiewów nie urządzać - szczególnie solo na dwa głosy (o tym może kiedy bądź indziej) - i nie nadużywać ciepłej wody. Bo gaz drogi i płacic trzeba. Ponieważ doszła do perfekcji w ustawianiu takiego poziomu zapłonu junkersa, że sama ową ciepłą wodę miała a my już nie, więc, by nie drażnić lwa, wypracowaliśmy szczególny sposób kapieli. Woda 10 sekund - raz! Nastepnie mydlenie, szorowanie, mycie łba i! - woda 20 sekund drugi raz. Zazwyczaj wystarczało na dwie kąpiele, choć czasem drugi w kolejce musiał się nieco pohartować.
I żyli byśmy sobie zgodnie do sądnego dnia, gdyby pewnego razu do poddasza obok nie wprowadził się artysta z teatru. Teatr chyba był teatrem lalek, ale mniejsza. Od razu można było poczuć, że kultura zawitała pod strzechy. Żadnych limitów nie uznawał, więc ciepłej wody bardzo szybko zaczęło brakować. Nauczyliśmy się, że należy wziąc kąpiel, zanim rzeczony artysta wyczerpie, przynane nam hojna reką gospodyni, zasoby. Aż pewnego razu...
- Abi, wykapałeś się?
- A co?
- No bo ja już, a artysta właśnie idzie z przystanku...
Nie tracąc czasu na przekleństwa rzuciłem sie do łazienki. Sekwencja 10 sekund- mydło- szmpon- 20 sekund i świeży jak wiosenna sałata wylazłem z wanny.
- Dzięki... Starsznie nie lubię głowy myć w zimnej, potem mi jakoś tak trzeszczy w mózgu...
- Nie ma sprawy - uśmiechnął się, pogrążony w Bochenku, Marek.
Nie przeszkadzając mu więcej, sam złapałem cholerne tomiszcze i zaczałem wbijać w łeb zupełnie niezrozumiałe nazwy. W powietrzu zawirowały zaklęcia anatoma trzeciej klasy: ...fissura... impresio... incisura... Zza ściany doszedł nas bezstresowy trzask drzwi a nastepnie szum ciurkiem lejącej się wody. Po chwili nudny nieco krajobraz urozmaiciło solo na dwa głosy.
- Kurwasz-maciarz... - rzuciłem zaklecie stożka ciszy i wepchałem (uwaga! - regionalizm to jest z mojej wsi. Wiem, że wepchnąłem - ale ja akuratnie sobie wepchałem. Thank you for your attention) w uszy stoppery. Widząc nieco napiętą platyzmę Marka bez słowa rzuciłem drugą parą w jego stronę. Zaległa miła cisza, pogrążyłem się w szumie krwi, Bochenku i dźwiękach lejącej sie wody - to już gdzieś na trzecim planie.
Nagle rozległ sie wrzask. Ale nie jakiś tam sobie wrzask - był to dźwięk ścinający krew w żyłach, prostujący mózg, podrywający do walki o życie i honor mordowanej kobiety. Adrenalina wypchnęła (tutaj akuratnie nawet na mojej wsi nie mówiło sie „wypchła”) mi stoppery z uszu. Drzwi otwarły się z hukiem i nasza Gospodyni, niech jej Bozia da sto piećdziesiąt lat życia i dwa zęby aż do śmierci, wpadła do naszego pokoju. Blada jak ściana zatoczyła się z wdziekiem, zatrzasneła drzwi i schowała się za naszymi plecami. Drżąc z napięcia, przygotowalismy się do walki - ja uzbrojony w szklankę z herbatą, Marek w Bochenka. Po chwili drzwi otworzyły się raz jeszcze - tym razem z gracją - i na progu stanął goły, prawie że jak święty turecki, nasz artysta, dzierżąc szczotkę jak berło. Prawie, gdyby nie gruba warstwa piany tu i ówdzie. Ale tak po prawdzie, to ówdzie raczej wcale nie.
- Prosze się nie kłopotać - rzekł z uśmiechem do gospodyni - Niech nic Pani nie zmienia w piecyku, dokończę kapieli na dole.
Po czym pokazał zgrabne posladki i kapiąc pianą na prawo i lewo, pomaszerował z powrotem do jej łazienki dokończyć ablucji. Pogwizdując przy tym w takt kłapania mokrymi stopami po schodach.
Nasz artysta wyemigrował wkrótce - widać jego pośladki nie spodobały się naszej Dobrodziejce. A może ówdzie zaważyło? Któż wiedzieć może.Na nas natomiast spłynęło, w ramach podziękowania za uratowanie zycia, błogosławieństwo ciepłej wody.
Od tego czasu mogliśmy się kąpać w systemie 20 - 20.
1 tydzień temu
