piątek, 6 lutego 2009

Nauczycielka

Nauczyciele sa specjalna grupa ludzi. Po dluzszym czasie pracy w tym zawodzie dochodzi do charakterystycznych zmian osobowosci. Mianowicie sa oni od nauczania i oceniania. Sytuacja odwrotna nie miesci im sie w glowie*.

- Abnegat, wyjazd na Koniec Swiata.
- A sie dzieje co? - wymamrotalem nieskladnie w sluchawke, spogladajac na zegarek. 5 rano. Czyli ze spalem jakies poltorej godziny.
- Biegunka. Od wczoraj.
- I co, papieru im zabraklo?
- Rusz sie. Dziecko 10 lat, slabo sie czuje.

Io-io-io...
- W, zglos sie dla stacji.
- Tak?
- Nie bylo ze pilne...
- A jak sie zasra na smierc? Poza tym targ mamy po drodze, bedziemy jechac trzy dni.

Sloneczko wysoko na niebie, wiaterek wpadajacy przez okno, temperatura kolo 20 stopni - lato w pelni. W sumie rzadko sie zdarza zeby o tej porze dnia tak przyjemnie bylo. Ptaszki pewnie tez spiewaja, ale sygnaly skutecznie zagluszaja wszystko.
- Mowila palma do palmy... - zanecil Pospieszny.
- Zapalmy. Co masz?
- Camele.
- To sie machnij na Malborca.
Kleszcze nalogu. Niepalacy nie wie co to znaczy zaspokoic glod. Fakt, najpierw sie trzeba troche nameczyc zeby sie uzaleznic, pluca pomalu niszczeja zapewniajac nam spokojna starosc w najblizszym Oddziale Intensywnej Terapi w charakterze blue bloatera podpietego do respiratora - ale kto o tym mysli majac lat 30? Palac sobie imperialistyczny wynalazek o 5 rano? Wymienilismy kilka uwag na temat obiecanego nowego sprzetu, polityki, pilki noznej i medycyny po czym popadlem w drzemke. Zanim dojedziemy, z pol godzinki zalapie.

- Abi, jestesmy.
- ...iiaaaaoooo... - wydarlo mi sie w trakcie prostowania kosci. -Gdzie?
- A, o. Ostani domek. Jak byscie potrzebowali noszy to wyslij domownika.
Potuptalismy w strone rzeczonego domku letniskowego. Przywital nas grzecznie tata i wskazal pieterko. Kurcze, kto to projektowal. Lalkarz? Nie wiadomo jak sie ruszyc zeby w cos nie przywalic. Wkucalem na poddasze.
- Dzien dobry - usmiechnalem sie szczerze do mamusi i dziecka - co sie dzieje niedobrego?
- Biegunka, doktorze. To sie juz wczoraj zaczelo, wieczorem. Dalismy jej wegiel ale nie pomoglo. A teraz mowi ze jej slabo.
- Duzo tych kup bylo?
- Duzo - odrzekla dziewczynka. -Ostatnia przed chwila. I brzuch mnie bardzo boli. Ja nieeee chceeee zaszczykuuuuuuuu.... - zaniosla sie placzem.
- Poki co, zadnych zastrzykow, ok? Na razie musimy wiedziec co sie dzieje, dobrze? Zbadamy brzuszek i wtedy Ci powiem, hm?
- Hm - odrzekla dziewczynka nie calkiem uspokojona. Co dziwnym nie jest - niby padlo cos w mojej przemowie o braku zastrzykow, ale jakby tymczasowo jedynie.
- Wymiotuje? - zwrocilem sie do mamy
- Juz nie mam czym - odpowiedziala z wyrzutem dziewczynka. W sumie racja - z pacjentem sie gada a nie z rodzina.

W brzuchu trzesienie ziemi, skora sie marszczy jak na buldogu - wyglada na konkretne odwodnienie.
- Musi dostac plyny. Pakujcie sie, pojedziemy do szpitala.
I tu sie zaczal cyrk na kolkach. Pani stwierdzila milo ze ona moje postepowanie rozumie, ale do szpitala dziecka nie da. Trwalo to z pol godziny. Wytlumaczylem wszystko, nakreslilem ryzyko i stwierdzilem ze w domu sie leczyc nie da. Jak grochem o sciane. Co najciekawsze tatus dziecka nie odezwal sie ani slowem, nawet probowalem go wciagnac w dyskusje, ale zachowywal sie jak lew w obecnosci swojego tresera. Ogon pod siebie. W koncy przypomnial mi sie chwyt mojego kolegi, ktory dowiedzial sie ze oporna matka jest sklepowa i strzeli jej pogadanke jak ukladac sloiki na polce. Powiedziala ze chyba jest nienormalny, toz ona to cale zycie robi wiec nie musi jej pouczac. Szybki zwrot przez sztag unaocznil mamusi ze moze o sloikach cos wie ale o medycynie nic.
- Kim pani jest z zawodu?
- Nauczycielem akademickim.
Zatkalo mnie nieco.
- A gdzie?
- Uniwersytet Jagiellonski.
I na tym sie rozmowa skonczyla.
Nie bylem w stanie przebic sie przez kulturalne poklady arogancji i glupoty w jej mozgu. Wychodzilem kilka razy - i wracalem. Nawet policje chcialem poprosic o pomoc ale okazalo sie ze jestesmy calkowicie poza zasiegiem czegokolwiek.
W koncu, wyrazajac jednoznacznie co mysle, wyszedlem. I klnac na czym swiat stoi wrocilem na stacje.

Do dziecka nikt pozniej nie wzywal, dziewczynka najwyrazniej albo przezyla - albo przewiezli ja do Krakowa.

Mi sie jedna rzecz w pale nie miesci. Jak mozna zaryzykowac zyciem swojego dziecka? W imie czego? Gdyby dziewczynka stracila przytomnosc - czy wiedzieliby jak jej pomoc zeby nie umarla? I czym?

Nie wiem jak mam zakonczyc ta historie, skasowalem co najmniej piec roznych puent. Cokolwiek bym napisal, albo zupelnie nie oddaje moich uczuc - albo jest stekiem nienadajacych sie do publikacji wyzwisk.

Zaraza.

*Pozwolilem sobie uzyc retoryki wieku mlodzienczego pakujac wszystkich nauczycieli do jednego wora. Rzecz jasna jest to naduzycie - nie dotyczy to wszystkich a jedynie tych dla ktorych zawod nauczyciela z powolania przeksztalcil sie w charakteropatie ;)

45 komentarzy:

basia.acappella pisze...

Nauczyciel - jakikolwiek: od nauczania początkowego po profesora z NNNNNazwiskiem - ma jeszcze najczęściej ten niedobór, że od początku swej formacji nie widział nic poza różnymi szkółkami. I ich życiem na niby, brakiem realnych problemów w skali 1:1. To nie tylko uczy arogancji ale i upośledza wyobraźnię: po prostu w doświadczeniu za mało jest sytuacji naprawdę kryzysowych (z których trzeba wyjść teraz-natychmiast... a jeszcze, daj Boże, po partnersku: negocjując-ustalając w biegu to i owo z kimś może młodszym, mniej wygadanym, ogólnie mniej doświadczonym ale kompetentnym w tej akurat kwestii).

Na wszystkich zajęciach psychologiczno-pedagogiczno-dydaktycznych (UJ!!! :D) bardzo nas uwrażliwiano na tę sprawę. I niektórzy wykładowcy tych przedmiotów posuwali się aż do stwierdzenia, że by mieć prawo (czelność!) kształtowania innych - trzeba koniecznie wyjść na jakiś czas poza ten zaklęty krąg: 'szkółka po szkółce... tylko szkółka i ja z coraz większą pożal się Boże władzą'.
Ale była grupa 'bystrzaków', którzy grupę przedmiotów 'belferskich' olewali demonstracyjnie i totalnie... Do wyższych rzeczy stworzeni...

Anonimowy pisze...

nauczycielki mają coś w swoim taktowaniu rozmówcy, bo kilkukotnie zdażyło mi się od początku wywiadu podejrzewać fach...
M

inessta pisze...

moja księgowa mówi że nauczyciel to nie zawód to charakter. Chyba ma rację.

kiciaf pisze...

uderz w stół...

No cóż, zawód nauczyciel akademicki uprawiałam przez lat kilka. Trafiłam tam jako praktyk pragnę zaznaczyć. Uczelnia była moim zajęciem jakby dodatkowym. O ustroju feudalnym panującym w tej instytucji mogłabym długo pisać. Zgadzam się z Basią że większość moich utytłanych kolegów po fachu to nic innego poza uczelnią nie widziała i rozważała wszystko teoretycznie. W praktyce zginęliby natychmiast - choć byli to ludzie inteligentni, utracili kontakt z rzeczywistością.

Natomiast, mam wątpliwość czy decyzja tej pani była związana z jej zawodem.
Bo ja tak bardzo nie lubię uogólnień. No dobrze, poza jednym. Facet to świnia... :)

basia.acappella pisze...

@Kicia_F: ;lol: ...

eee-live pisze...

Abi to nie wykonywany zawód kobieciny zdecydował że nie dała dziecka do szpitala ale jej kompletna głupota i brak jakiejkolwiek wiedzy medycznej :)

Głupota ludzka nie zna granic.

Anonimowy pisze...

Na pewno szybko spakowali manatki i wywiezli małą do K-wa, do dobrego w ich mniemaniu szpitala.Bo chyba tak durni nie byli :/,żeby nie wiedzieć czym grozi odwodnienie.
Wyobrażam sobie Twoje zdenerwowanie!

randi6

Anonimowy pisze...

Tzn. należy mieć nadzieję,że zawieżli małą do jakiegoś szpitala,ale mogli Cię poinformowac, że tak zrobią.
Pytanie:Czy rozmowa z nimi nie mogła wyglądac tak:
-Czy ktoś z państwa jest lekarzem? Nie? W tej sytuacji to ja iestem odpowiedzialny za zdrowie tego dziecka i decyzja należy do mnie.

randi6

Anonimowy pisze...

a co zrobic, jesli Rodzice z 2 letnim dzieckiem 39,4stopnie temp. nie chca jechac do szpitala, bo 'lekarz nie bedzie go trul chemia'? (cytat Matki, mgr chemii)
Laskawie zgodzili sie oklady, ktore nie przyniosly rezultatu. Do kogo sie udac, dzwonic? na policje? Mialam te watpliwa przyjemnosc byc swiadkiem tego w Wigilie 2008.
dzieki / paniena

Anonimowy pisze...

chyba mi brakuje komentarza... :-/ ja rozumiem, że jakieś zacofane ze wsi, za przeproszeniem, mogą odmówić zabrania dziecka do szpitala, ale kobieta z wyższym wykształceniem i dalej kretynka...?!
metaksa

f-blox pisze...

Ach Abi twoje powiedzonka świetne "zachowywał się jak lew w obecności swojego tresera" Bardzo mi się podoba to określenie. A czasami to mi wstyd z takich facetów jak ten koleś. Pantoflarz połączony z ciotą... ech

Anonimowy pisze...

Polecam serdecznie ksiazke: Allen Carr 'The Easy Way To Stop Smoking'.
Maz (co najmniej 20 na dobe) i grono przyjaciol rzucili nalog po przeczytaniu.

Swietny blog!

Pozdrowienia,

Agata

Anonimowy pisze...

Wygląda na to, że nie jest to prawnie uregulowane, a chyba powinno.W sytuacji, kiedy rodzice nie-lekarze nie zdają sobie sprawy z zagrożenia i odmawiają leczenia, lekarz powinien mieć prawo decydowania za nich.

randi6

dotty pisze...

F-blox, bo on penie nie był Nauczycielem Akademickim, więc miał ogólnie przechlapane.
Nie rozumiem tych ludzi, tzn. wiem, że byli tylko na wakacjach i nie uśmiechało im się (ewentualnie) zostawiać dziecka daleko od domu, ale mogli chociaż na kroplówę pojechać (i podstawowe badania - dodała osoba o której mniej więcej podobnie ujawniło się zapalenie nerek ;P), a później się transportować do "królewskiego miasta".
PS. Ciekawe co naówczas Misiu zatańczył. :P

kiciaf pisze...

Randi- to nie jest takie proste.
Metoda nadmiernych zakazów i nakazów zapisanych ustawowo, kłóci się z prawem wyboru jednostki i takimi tam innymi jeszcze filozoficznymi dyrdymałami. :)
A za rodziców to może decydować tylko sąd rodzinny.
A lekarz to chyba tylko przy bezpośrednim zagrożeniu życia.

Anonimowy pisze...

Kiciaf, wiem.Dochodzą też względy religijne np.Ale silne odwodnienie to jest zagrozenie życia, o ile wiem- albo ciężkiego uszkodzenia organizmu.Dorosły człowiek może odmówić leczenia-jego najświętsze prawo, ale o dziecko lekarze powinni mieć moc prawną zawalczyć.To znaczy o jego życie lub zapobieżenie kalectwu.Dziecko nie jest własnością rodziców.

randi6

dotty pisze...

True.
Mogę? Tak dla wyjaśnienia?

"...Stanowiska tego nie można jednak przyjąć, gdy chodzi o osoby małoletnie. Zdarza się niejednokrotnie, że rodzice (opiekunowie) dziecka odmawiają zgody na zabieg, który zdaniem lekarza jest konieczny. Niedokonanie zabiegu grozi niebezpieczeństwem dla zdrowia lub nawet życia dziecka.

W tych przypadkach lekarz nie może ograniczyć się do zaniechania działania. Odmowa rodziców na dokonanie zabiegu koniecznego dla ratowania zdrowia lub życia dziecka jest sprzeczna z zasadami współżycia społecznego. W sytuacji, gdy każda chwila zwłoki grozi dziecku znajdującemu się w szpitalu możliwością pogorszenia zdrowia lub nawet istnieje bezpośrednie niebezpieczeństwo dla jego życia, a rodzice odmawiają zgody na przeprowadzenie zabiegu, może zadecydować o tym sam lekarz (art. 34 ust. 7 ustawy, art. 15 ust. 3 KEL). Będzie to wyjątkowy przypadek przełamania woli rodziców. Odmowa udzielenia zgody przez rodziców jest bowiem wówczas nadużyciem władzy rodzicielskiej. Gdy natomiast niebezpieczeństwo zagrażające dziecku wskutek niedokonania zabiegu nie jest jeszcze bezpośrednie i zwłoka nie pogorszy jego stanu zdrowia, wtedy lekarz (szpital) będzie miał tylko jedną drogę - zwrócić się do sądu, który przeprowadzi stosowne ustalenia i wyda odpowiednie zarządzenie. Gdy bowiem lekarz dokona zabiegu wbrew woli rodziców i bez zwrócenia się do sądu (w sytuacji, gdy można było to uczynić), wówczas może ponieść odpowiedzialność za ewentualną szkodę, mimo że zabieg był przeprowadzony prawidłowo i zgodnie z zasadami sztuki lekarskiej. Sąd opiekuńczy wydaje postanowienie w sprawach o ograniczenie władzy rodzicielskiej (np. dotyczące leczenia dziecka, pobrania krwi, dokonania zabiegu operacyjnego, szczepienia, skierowania do szpitala lub sanatorium) po przeprowadzeniu rozprawy (art. 579 k.p.c.). W przypadkach nagłych sąd opiekuńczy wydaje z urzędu odpowiednie zarządzenie w trybie uproszczonym, bez przeprowadzenia rozprawy, nawet w stosunku do osób, które nie podlegają jego właściwości miejscowej, zawiadamiając o tym sąd miejscowo właściwy (art. 569 § 2 k.p.c.)."

f-blox pisze...

@ Dotty, hi hi masz racje! W Polsce panuje przekonanie, że jak ktoś pracuję na uczelni to już jest wzorem uczciwości, rozsądku i wiedzy. A jest inaczej większość pracowników uczelni wybierana jest wg kryterium mierny ale wierny. Wcale mnie jakoś głupota tej mamuśki nie zdziwiła. Pozwalam sobie na takie zdanie wygłaszać gdyż na własnej skórze odczułem jak to wygląda. Z ulgą uciekałem z uczelni, dziwiąc się,że aż 5 lat tam wytrzymałem.

Anonimowy pisze...

Dotty, dzięki:)A więc prawnie jest ta kwestia prawidłowo i jasno określona.

randi6

Anonimowy pisze...

Abnegat pewnie odpowie, że prawnie to może jest poprawnie i jasno określona, ale w życiu, na gorąco to wygląda dużo gorzej, bo emocje,nerwówka i in.tzw.czynniki ludzkie. Wiadomo.

randi6

Anonimowy pisze...

No bo taka prawda. Nie każdego warto od razu po sądach ciągać. Ale czasem to trzeba(np. opisany u Morfa był dziwny przypadek dziecka z gruźlicą).

dotty pisze...

A i zgoda jednego rodzica jest wystarczająca, więc takiego ojca to trzeba było do wyrażenia swojej opini sprowokować. ;)

Zadora pisze...

Postawa tej Pani niekoniecznie związana jest z zawodem nauczyciela, choć rzeczywiście przemiany powołania w charakteropatię dają się tu obserwować dość często i tym łatwiej, że nauczycieli częściej widzimy. Nie ma jednyk co generalizować, rozciągając to na cały ród nauczycielski.
Ale w opisanym wypadku wydaje mi się, że zadziałało co innego. Niezależnie od zawodu, czy to zwykły nauczyciel, czy wykładowca uczelni, czy tzw. "pan kerownik", "pan prezes", czy tylko portierka w akademiku do której należy władza kogo z odwiedzających wpuścić lub nie, wydaje mi się, że to jest przykład arogancji. Arogancja jako wynik narastającego przekonania o własnej nieomylności wynikająca z zajmowanego stanowiska czy funkcji społecznej, w konsekwencji sprowadza na delikwenta ignorancję. I ten zestaw pierwotna arogancja z wtórną ignorancją daje szatański mixt. Przyjrzyjcie się np. korporacyjnym managerom, zwłaszcza tym stosunkowo młodym, szybko idącym w górę, którzy jeszcze nie doświadczyli porażki czy nawet chwilowego załamania kariery. Albo tylko jeszcze nie dotarli do poziomu sufitu, którego nie dadzą rady przebić w drodze do góry. Ich przekonanie o własnej nieomylności, misji, poczucie władzy na swoim małym kawałku bezlitośnie obnaża jeśli dany osobnik je ma, te niedobre cechy osobowości, charakteru, słabości i podatność na pokusy władzy, "mania" racji itd. A słabości każdy ma, bez wyjątku. Potrzebna jest świadomość własnej wartości połączona ze świadomością, że zawsze znajdą się ludzie od nas mądrzejsi, z których wiedzy i kompetencji warto skorzystać. Nie odrzucać jej w aroganckim poczuciu nieomylności w dziedzinach o których mamy małe pojęcie, albo przynajmniej mniejsze od tego kogoś.
Pokora to nie jest upokorzenie! Skromność to nie uległość!
Wielu nie czai różnicy niestety.

abnegat.ltd pisze...

Dzien dobry wszystkim. Dyskusja rozwinela sie wyjatkowo dzisiaj ;)

@Basia: arogancja zwiazana z przewaga nad szeroko rozumianym klientem nie jest jedynie zwiazana ze stanem nauczycielskim. Doktory sa tu bardzo dobrym przykladem, ale tez urzednicy roznej masci, pani sklepowa z miesnego w czasie kryzysu czy pan na stacji benzynowej bedacy krolem w czasach kartek. Taka ludzka natura.

Syndrom Boga jest opisywany wsrod uszkodzen doktorskiego mozgu - w przypadku nauczycieli dotkliwosc ta bardziej jest wszechwiedza niz wszechpotencja ;)

M, ciekawe, prawda? W tym nie tylko mieszcza sie cechy negatywne - rowniez pewnego rodzaju erudycja, elokwencja, cos w zachowaniu.
Cieszylo mnie zawsze pytanie - A skad pan wie ze jestem nauczycielem? :)

Innesta, to samo mowia o ginekologach ;D

Kiciaf, niniejszym przyznaje Ci moja prywatna nagrode Zlotej Czcionki za

UTYTLANYCH kolegow ;)))

A co do meritum, masz racje. Glupota tej kobiety nie byla wynikiem jej zawodu. Jednakowoz taki melanz wszechwiedzy i pewnosci siebie rzadko wystepuje w innych zawodach.

EL - nie ma ;)

Randi, mam nadzieje ze tak zrobili. O czym swiadczylby brak pozniejszych wezwan.
Odnosnie rozmow - probowalem wszystkiego. I sie po prostu nie dalo.
Z przytomnym dzieckiem jest pewien problem - otoz nie da sie zabrac takiego delkwenta na chama do szpitala nie robiac mu psychinej dziury w mozgu. Toz mama i tato sa najwiekszymi autorytetami na swiecia - wiec jakiekolwiek moje dzialanie odebralaby jako zamach na swoje bezpieczenstwo. Do tego dochodzi aspekt techniczny - jak do cholery mialem to zrobic? Bo pozostalo mi jedynie POBICIE baby, ogluszenie chlopa a nastepnie porwanie dziecka. Do dzisiaj bym z kryminalu nie wyszedl.
Na karcie wyjazdowej kazalem jej napisac oswiadczenie ze mimo iz wie i rozumie ze zaniechanie leczenia moze skonczyc sie zgonem dziecka, nie wyraza zgody na jego leczenie. Ja jej po prostu nie rozumiem. Wszystko co trzeba bylo zrobic to pojechac z nami na Izbe, dac dziecku kroplowke i pojechac sobie choc gdzie - chocby do Mayo Clinic.

Paniena, w zasadzie Dotty juz wszystko wyjasnila w poscie na dole. Jezeli dojdziesz do wniosku ze dziecku zagraza zgon - dzwoni sie na policje, maja tam wszelkie namiary na prokuratura i sedziego ktorzy sie takim sprawami zajmuja.
Jezeli nie masz takiego przekonania, stosujac ZWD nalezy zazadac od matki oswiadczenia jak powyzej. Zeby potem idiotka cholerna nie latala po sklepach i nie wycierala sobie Twoim nazwiskiem butow. Zaraza ;)

Metaksa - szkoda gadac. Mi na straosc spolegliwosc studencka jakos wietrzeje z glowy. pewnie bym babe obil i wzial jako drugiego pacjenta. le wtedy to ja bylem ultramily i ultragrzeczny. Co robic. I tak sklalem ja oficjalnie na funty, gdzie slowo debil wcale nie bylo najgorszym. Czego sie troche jakby wstydze.

Choc nie do konca.

F-blox - tatus w tym wszystkim wygladal jak abnegat na proszonym obiedzie. Dziwny jakis. Tak mi TERAZ przeszlo przez glowe ze moze on jednak byl gluchy?

A odnosnie uczelni - matol wszedzie sie znajdzie. To akurat jest zlota regula :D

Agata, nie pale juz ponad piec lat :) Rzucilem po dwudziestu, co najmniej paczka dziennie. A akcje rzucania promuje wsrod swoich wszystkich znajomych - dzieki za podrzucenie tytulu.

Dotty, dzieki za opracowanie. To sie powinno wydrukowac i rozeslac po wszystkich pogotowiach - zeby sierotowate doktory mialy sie czym wesprzec w razie potrzeby.
A wtedy mialem ochote na taniec do meksykanskiej PIESNI O PODRZYNANIU GARDEL ;)
Odnosnie sprowokowania - jak napisalem wyzej. Chyba byl gluchy. Bo gdyby mi ktos tak nawrzucal jak ja wtedy jemu - to by w dziub dal. Sily nie ma.

Kiciaf @ Randi - wiedzialem wtedy ze moge to przeprowadzic sila - ale sytuacja nie opierala sie o zgon ZARAZ. Ludzie sraczki maja, rzygaja - i zyja. I choc mozna od tego umrzec to szansa jest mala. Z drugiej strony, co tej babie szkodzilo pojechac? Nie-ro-zu-miem.
Komplikacja dodatkowa w postaci braku jakiejkolwiek komunikacji - mysmy byli na prawde na Koncu Swiata.

Agregat - no wlasnie.
Powtarzajamy codziennie - Panie, chron mnie zadufania i arogancji.

dotty pisze...

Rozumiem, że ostatnie zdanie to taka mantra na dzis? (i na jutro,... :P)

Anonimowy pisze...

Kluczowe pytanie - kto i dlaczego wezwał pogotowie ?

zmęczon

abnegat.ltd pisze...

Docik, od lat :D

Zmeczon - zabiles mi cwieka. Komorek wtedy nie bylo, recepcja byla zamknieta... moze tatus gdzies polecial w nocy? Nigdy sie nad tym nie zastanawialem...

lavinka pisze...

No właśnie. Po co wzywali pogotowie? Inna sprawa,że to inteligenty są. Powymierają od tej głupoty ;)

kiciaf pisze...

Abi, twój komentarz dłuższy niz post... :)

A w każdej wsi nawet takiej na końcu świata zawsze jeden telefon był.

Bardzo dziękuję za wyróżnienie, ale dalej twierdzę, iż "Jędruś, jam ran twoich całować niegodna..."

dotty pisze...

Abi, a próbowałeś straszyć wezwaniem policji? Ciekawe co w takiej sytuacji wygadana nauczycielka (AKADEMICKA!!) by powiedziała.
To oni pewnie dzwonili, ale liczyli pewnie, że przyjadą z całym szpitalem, a przynajmniej czarodziejską różdżką. ;)

PS. Złota czcionka jak najbardziej słusznie rozdana. :DD

abnegat.ltd pisze...

Lavinka, toz wlasnie. Wzywasz kogos, kto ma (przynajmniej w zalozeniu) pojecie wieksze w temacie po czym masz wytwornie w dupie jego zdanie. No to po co cale zamieszanie?

Kiciaf, zazwyczaj soltys mial. Ale o 6 rano soltysa szukac, budzic, policje wzywac - DZIZZAZZZ. Ani sobie tego nie wyobrazam.

Nagroda absolutnie sie nalezy - dawno takiego ladnego przeliterowania nie widzialem :D

A koment faktycznie wyszedl tasiemcowaty - ale tez i rzadko sie zdarza zebym 20 przedmowcom odpowiadal ;)

Docik, wszystkiego. Baba byla nieprzemakalna.

jasper c. pisze...

A co zrobić z 36-letnią bałkańską szmatą, która na będąc już na 17-tym roku medycyny nie uznaje lekarstw, a właśnie ma podchodzić do egzaminu z farmakologii II ( normalnie tam to IV rok )?
Ja mam prosty plan, zabić z litości dla ewentualnych przyszłych pacjentów.

abnegat.ltd pisze...

No ja ciez - a nie releguja tam? Znam takiego co u nas 15 lat studiowal - ale chwala Panu sam doszedl do wniosku ze stanowi zagrozenie dla pacjentwo i zostal honorowym doktorem w biznesie. 17 lat - to budzi szacunek.

Siedemnascie mgnien wiosny.

jasper c. pisze...

Dodam, żeby oddać sprawiedliwość tej szmacie, że do końca zostało jej jeszcze 2 lata :)

abnegat.ltd pisze...

Jakie dwa. W siedemnascie zamknela 3 lata studiow. Nic z jej strony pacjentom nie grozi. W wieku 53 lat pojdzie na staz, specjalizacje w tym tempie skonczy majac 87. Biologia ja wyeliminuje.

jasper c. pisze...

Patrz mój nadkomentarz do komentarzy u mnie w zagrodzie. Ja mam szybszy napęd niż hamowanie, niestety. To są zaburzenia afektu?
Chociaż pal diabli afekt, liczy się efekt ;)

abnegat.ltd pisze...

;)
To jest wlasnie przyjemnosc internetu - ciach i jak dym (bialy, z jabloni koniecznie) wszystko znika...

dotty pisze...

I tylko czytacze zmieszani... ;)

abnegat.ltd pisze...

...sie zdarza ...

;D

dotty pisze...

No trudno. :))

abnegat.ltd pisze...

Docik, a co ty ze sie tak zapytam niesmialo do cholery robisz w necie o 1 w nocy czasu inglisz?Czyli 2 ?? Toz wszystkie Dociki spia. Sobie grzeczcznie..
Dzizzzz. Gut imprr.

abnegat.ltd pisze...

Ekskjuzemła - toz polnoc dopiero. Slowik to nie skowronek sie zrywa.

dotty pisze...

No ale najlepsze, że Docik po pójściu wreszcie spać (tak koło pierwszej) uznał, iż 4 to dobra pora na pobudkę. Przywróciłam do porządku i po kręceniu się a wzdychaniu usnęło toto znowu. ;P

Mongoose pisze...

przypomniała mi się jedna historia z małżeństwem nauczycieli akademickich właśnie... (uwaga, obrzydliwe ;) ) otóż żeby sobie urozmaicić życie seksualne, mąż zaczął wkładać żonie tu i tam różne owoce, jakieś mandarynki, banany, kiwi... nie muszę chyba mówić że po kilku takich namiętnych nocach małżonce się zrobiła niezła sałatka owocowa, która oczywiście po jakimś czasie zgniła i zaowocowała całkowitym usunięciem macicy ze względu na bardzo ciężkie zatrucie...

jaki z tego morał? kretynem się jest niezależnie od stopnia naukowego ;)

Catta pisze...

opiekuję się od 3 lat 92 letnim, leżacym tatą. Przewlekła niewydoność nerek, kamica, nawracające stany zapalne (urosepsy), cewnik.
Zapewniam, że na mojego tatę z biegunką, odwodnionego nikt w warszawskim szpitalu z otwartymi ramionami nie czekał. Każdy pobyt na izbie przyjęć do gehenna przekonywania, że nie "podrzucam" im staruszka. O szukaniu chętnego do wymiany cewnika w domu mogłabym książkę napisać. Oczywiście za 150 zł prywatnie -no problem. Od roku udało mi się załatwić pielęgniarską opiekę długoterminową w ramach NFZ i codzienne nawadnianie w domu. Pielęgniarka cudowna, z pieśnią na ustach wymienia cewnik co 2 tyg. mimo, że nie jest to jej obowiązkiem. Po tych 3 latach wiem, że nasza "służba" zdrowia nie jest przygotowana na zalew starcami, który ją czeka niebawem. Młodzi chyba myślą, że nie będą starzy, że im to się nie zatka żadna rura a pachnieć będą jak fiołki. Mój tata do 89 roku życia był samodzielny, dzielny i schludny. A teraz jest zdany na innych czego na pewno wolałby uniknąć.