czwartek, 1 września 2016

Śmierć w białym fartuchu

Ostatnio w prasie ukazały się artykuły na temat śmierci dwóch lekarzy, która wybrała sobie szpital na miejsce spotkania. Co robić, człowiek umrzeć musi, niekoniecznie w domu. Mam taki sen, stary, jeszcze sprzed czasów lotnictwa: stoję obok stołu operacyjnego, pacjent leży, kilka osób dookoła, a mi się perspektywa zmienia jakby ktoś przesuwał kamerę do dołu. Kamera odbija się od podłogi i gaśnie światło. Ja tam przesądny nie jestem, w żadne omeny nie wierzę, ale jak zobaczyłem pierwszy raz miejsce swojej obecnej pracy tom sie mało nie skupił śmierdząco z wrażenia. No, ale. Lata mijają, ostatnio stuknęła dziesiąta rocznica na obczyźnie, a ja dalej żyje. Niech i tak zostanie.

Człowiek gdzieś umrzeć musi. Statystycznie najbardziej niebezpieczne dla naszego życia jest nasze łóżko: jak mi to kiedyś zobrazował Szaman, 80% ludzi właśnie tam umiera. Idąc tropem myśli naszych dziennikarzy wystarczy go unikać jak zarazy i problemo solved. Bedziemy żyli aż się nam nie znudzi.

Kolegów po fachu śmierć dopadła w pracy. Cześć ich pamięci, kondolencje dla rodziny i przyjaciół. I w zasadzie tyle by było w temacie, ale absolutnie nie taka jest rzeczywistość postrzegana przez szeroko komentujących ten fakt na forach gazet. W przeważającej większości komentarzy lekarz to pazerny skurwysyn, który tą swoją pazernością doprowadził do zagrożenia życia pacjentów na oddziale, bo wziął i umarł. No normalnie.

Powiedzmy to sobie jasno i otwarcie: ustawodawca wyłączył pracę lekarza z pojęcia pracy. Dyżur lekarski NIE jest pracą w myśl rozumienia kodeksu pracy. Dlaczego nasze środowisko daje się traktować jak afroamerykanin na plantacji bawełny w Teksasie, nie mam pojęcia. Dyżur nie liczy się do czasu pracy, do wysługi lat, a ostatnio, dzięki tak zwanym kontraktom, nie liczy się również do emerytury. Nie ma takiego drugiego zawodu w Polsce. Powód jest prosty. 40 godzin tygodniowo to dwa 16 godzinne dyżury i jeden dzień ośmiogodzinny. Albo jeden dyżur 24 plus dwa dni. Albo 24+16. To spełnia warunek zawarty w 40 godzinnym kontrakcie. I za to należy się pełne wynagrodzenie na poziomie fachowca po studiach.

Popatrzmy na to ze strony niewolnika: najpierw trzeba się na te studia dostać, co oznacza solidnie przepracowane liceum. Potem sześć lat studiów, rok stażu, sześć lat specjalizacji. Cały ten wysiłek po to, żeby zostać... niewolnikiem. I nie daj Boże, żeby się wyłamać jakąś próbą zarabiania. Natychmiast wyłazi z nas prawdziwa natura pazernych skurwysynów.

Przyglądnijmy się Frankowi: mądry nie był, wiedza do łba mu wchodziła jakby nie chciała. Poszedł po podstawówce do stolarza szafy robić. Braki w makówce nadrabiał pracowitościa, dużo nie pił, pieniądze odkłądał. Swój zakłąd otworzył jak miał 24 lata. Zatrudnił dwóch chłopaków przypominających mu siebie sprzed kilku lat. W wieku 28 podpisał kontrakt z dużą siecią handlową. W wieku 30 exportował pierwsze szafy. W wieku 35 lat ma 16 zakładów, 220 pracowników, obrót 100 milionów rocznie, milion zysku netto. I nikt mu nie powie, że jest pazernym skurwysynem, bo niby z jakiej racji. Wyprowadzenie firmy na Cypr wszystcy pochwalą, bo to trzeba debilem być, żeby takie podatki płacić, panie. 35 letni lekarz właśnie zdał dwójkę, od kilku lat prowadzi gabinet, spłaca Forda Focusa (metalic!)i właśnie zaczał budować domek na wsi, bo działki były tanie. Co prawda dojeżdża do pracy 40 kilometrów, ale jaki spokój! A jakie powietrze! Raz w miesiącu.

Idziemy do prawnika, trza swojego bronić. Kancelaria adwokacka, za pismo tysiąc, za sprawę dziesięć. I nikomu do łba nie przyjdzie krzyczeć, że studiował za państwowe pieniądze to teraz powinien pracować za państwowe. Kasę wyciągamy i bulimy - a jak nie to żegnaj babciny domku z wychodkiem... U stomatologa plomba dwiesćie... U piekarza bułka 2 złote...

Niestety, prosze państwa, na tym padole obowiązuje zasada wzajemności: jaka płaca, taki serwis. Dla równowagi należy dodać zasadę wolnej konkurencji, nieograniczonej sztucznymi limitami na studia czy do otwierania specjalizacji i problem się sam rozwiąże.

Trzeba to wyraźnie powiedzieć: służba (zwróćmy na to słowo uwagę: nikt przy zdrowych zmysłach nie nazwie kancelarii adwokackiej służbą prawniczą czy piekarza służbą kuchenną; za to ostatnie prawdopodobnie dostaniemy w ryj) zdrowia działa tylko i wyłacznie dzięki słabości naszej grupy zawodowej. Gdybyśmy tylko potrafili się upomnieć o swoje prawa... taak.

Póki większość życia spędzamy w pracy, statystyka będzie nas tam zabijać.

Ot, i tyle w temacie.

12 komentarzy:

medicus helveticus pisze...

Zabraklo troche o etyce - my jeszcze powinnismy sie martwic i o karaniu niepowodzen natychmiastowa wieloletnia odsiadka

Anonimowy pisze...

Nie tylko lekarze w samej "służbie zdrowia" jest takich zawodów więcej.

Animowany Zwolennik pisze...

Post przykry dość...U nasz,na wsi,na taką sytuację,w odróżnieniu od śmieci w łóżku,naród mówi-umarł w butach,a może poległ...Mendia pewnie takie sytuacje nazwą syndromem pazernego Judyma.pozdr.

Animowany Zwolennik pisze...

Z pamięcią coraz gorzej,Misiek,zmień tytuł posta.Biała śmierć:sól,cukier,i tfu ,,służba''zdrowia(to też cytata z narodu).W białych fartuchach(o ile,być może) to były te Doktory.pozdr.

lavinka pisze...

Wydaje mi się, że to nie o to chodzi, że się zabrania lekarzom zarabiać. Chodzi o styl, w jakim proszą o kasę w momencie, kiedy i tak zarabiają 2x tyle co większość Polaków. Mało który lekarz pracuje tylko w jednym miejscu, na ogół prowadzi jeszcze praktykę prywatną i o zgrozo dostaje kasę za przepisywanie niepotrzebnych leków (ciche wciskanie homeopatii czy innych bzdur). Od każdego leku mają procent. To ludzi wnerwia, a nie same zarobki, bo zarobki młodych lekarzy są rzeczywiście niewysokie. Ale bardzo szybko rosną, w przeciwieństwie do 24 letniego stolarza, który pracuje u majstra do 40tki za 700zł na czarno. I wcale nie podpisuje żadnych umów na duże kwoty. Przy okazji 500+ dużo takich stolarzy zrezygnowało z pracy, bo im się zwyczajnie nie opłacało pracować za 600-800zł w miesiącu. Wydaje mi się, że 10 lat na emigracji trochę wyrwało Cię z polskich realiów.

Anonimowy pisze...

Bardzo dobre....Teraz,Misiek,jak już znasz realia,możesz wracać!Jak Ci będzie mało,dorobisz na homeo i procencie!(Załamałem się)Bo na 500+ to już się chyba nie załapiesz...Pazerny Judym.

Nic śmiesznego. pisze...

Dopóki ludzie w Polsce będą miec czelność porównywać pracę lekarza do pracy stolarza, a później jeszcze obrabiać dupę, jeśli jakimś cudem doktor dorobi się swoją ciężką pracą czegoś lepszego niż fiat 126p i mieszkanie czynszowe w wielkiej płycie, dopóty nic się nie zmieni.

Niewrażliwy na krzywdę ludzką pisze...

A mnie to zawsze osłabiało: krawaciarz w Mordorze na Domaniewskiej siedzący do dziesiątej wieczorem bo dedlajn i excel do wypełnienia - pracoholik. Programista stukający w klawiaturę do pierwszej w nocy bo jeszcze ma coś do wrzucenia do repo - żałosny nolife. Lekarz miotający się od przychodni do przychodni na 0,007 etatu w każdej i dodatkowo siedzący na dyżurach - jeju, jeju, biedaczek, jak on strasznie musi.

Tomasz pisze...

Trudno się nie zgodzić z autorem. Sprawiedliwość powinna być dla wszystkim pojęciem takim samym. Bardzo mocny artykuł!

sanitera.pl pisze...

Mnie się wydaje, że w każdym zawodzie można się realizować i zarabiać jeśli jest się w zgodzie z samym sobą, jasne, że wiele osób nie ma wyjścia i musi albo na kasie albo i złośliwego szefa. Ale nie ma co generalizować znam samych bardzo bogatych ale zapracowanych stolarzy. Jesteś dobry w swojej dziedzinie pniesz się dalej.

Opiekunka w Niemczech pisze...

Dobry tekst, daje do myślenia.. Naprawdę. Rzeczywistość jest nieugięta. Pozdrawiam.

Daniel - badania obserwacyjne pisze...

Zarobki lekarzy tak czy inaczej w dużym stopniu rekompensują wszelkie niedogodności związane z tą pracą. Ale faktem jest, że praca w tym zawodzie jest ogromnie stresująca i tak naprawdę ciężko jest oddzielić życie prywatne od zawodowego.