wtorek, 28 października 2014

Barwy śniegu V

Zebranie trwało jeszcze dobre dwie godziny. Rudy, niezrażony reakcją publiczności, przedstawił obszerne materiały dotyczące badań archeologicznych, jakie wykonano jeszce przed Wielką Flarą. Lokalizacje poszczególnych wykopalisk, łodzie podwodne i naukowcy biorący udział w pracach, wreszcie wyniki badań. Z tego co zdołano odcyfrować, cywilizacja Atlantów - czy Atlantydów; jak zwykle gdy interpretacja pozwalała na dwie wersje, natychmiast powstały obozy które rzeczony dylemat traktowały w kategoriach bliższych aksjomatu niż nauki - zginęła ponad 30 tysięcy lat temu. Zachowały się jedynie te resztki, które przetrwały na dnie Atlantyku. Zgodnie z zapisami były to raczej bazy polarne niż miasta, idąc tym śladem przyglądnięto się bliżej Antarktyce. Coraz to nowe kraje starały się utrzymać swoje bazy w surowym klimacie, dzięki temu po wybuchu, kiedy uwięziona w pasach Allena plazma słoneczna zaczeła skutecznie wybijać zycie na Ziemi, na Antarktyce istniała infrastruktura zdolna do podtrzymania życia. Uratowali się nieliczni mieszkańcy najbliżej położonych terenów, Tasmania, w nieco mniejszym stopniu Australia, praktycznie wszyscy mieszkańcy południowej wyspy Nowej Zelandii. Ci ostatni mieli dużo szcześcia, przejęli Chilijski pięciuset-tysięcznik i nie certoląc się się zbytnio zapakowali na niego w kilka godzin całą ludność z południowego krańca wyspy i pokaźne stado baranów. Przy okazji przywieźli kompletny system komputerowy z przeróżnymi danymi, łącznie z wynikami badań archeologicznych.
- Z tego co nam obecnie wiadomo, choć dowody są, musze przyznać, w najlepszym razie wątpliwe, wynika, że Atlanci uruchomili swoją instalację, jednakże skutek był nieco odległy od zamierzonego. Zamiast ustabilizować bieguny, przesunęło południowy dokładnie nad siebie.
Zaległa cisza. Tym razem nikt sie nie śmiał, zebrani na sali trawili przekazane informacje.
- Czyli, że oni, tutaj... - głos uwiązł Zuzannie w gardel, przełkneła z wysiłkiem. - Chce pan powiedzieć, że pod tym lodem są resztki ich cywilizacji?
- Wierzymy, że to nie są resztki. Przesunięcie nastąpiło praktycznie natychmiastowo, nie dłużej niż kilka, kilkanaście tygodni, nie mieli za dużo czasu na przeciwdziałanie. Myślimy, że pod nami może być całkiem sporo dobrze zachowanych śladów. Znaczy śladów cywilizacyjnych, budynki, zakłady, urządzenia a nawet ciała- rudy uściślił szybko.
- A to urządzenie - jak chcecie go znaleźć? - Zuza nie zauważyła pytającego, głos dobiegł spod ściany w samym rogu.
- W zasadzie wiemy gdzie jest. Problem polega na tym, że to gdzieś jest pod ziemią.
Cisza była dośc wymowna. Nikt nie chciał się ośmieszyć pytaniem, jak rudy zamierza przekopać prawie 3 kilometry lodu, żeby dojść do "ziemi".
- Plan jest prosty. Pójdą dwa zespoły. Jeden z północnego wschodu, znaczy z Thorshavheine. Szóstka trzyma się tam mocno, obiecali, że spróbują podwieźć grupę A tak daleko na płaskowyż, jak tylko da radę. Grupa B pójdzie stąd, po zachodniej stronie Vostoka. W obu grupach pójdą kinetycy. W północnej pan Zac Lebovsky, w południowej pani Zuzanna McNeal.
Poczuła, jak robi jej się ciepło. Zachariusz! Nie widzieli się dobrych kilka lat, po skończeniu szkoły pracował gdzieś na wschodzie, w przetwórniach Ralte and co. Napisał ze dwie kartki, kilka listów, Zuza odpisała z mniejszym bądź większym opóźnieniem, potem zaczęła specjalizację i kontakt się urwał. Odwrociła głowę i spotkała szeroki uśmiech swojej pierwszej, platonicznej miłości. Z uczuciem, że świeci na czerwono odwróciła się w stronę prelegenta.
- Wysłaliśmy dwie, wyposażone po zęby ekspedycje. Obie poszły z zachodu. Może nie najlepsze podejście, tam akuratnie pingwiny siedzą dość mocno, ale wierzyliśmy, że nasze wyposażenie zapewni bezpieczeństwo. Straciliśmy kontakt z oboma grupami gdzieś tutaj, za 73 stopniem.
Rudy stuknął wskazówką w mapę i rozglądnął się po sali, ale nikt nie kwapił się z komentarzem.
- Tym razem chcemy zmienic taktykę. Żadnych maszyn, kilkuosobowe zespoły, maksymalna szybkość i maskowanie. W każdej grupie znajdzie się kinetyk, informatyk, ksenolingwista i dwoje ludzi odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Łączność... Tak i nie. Idziecie sami, ale każdy będzie wyposażony w system SOS. Skuteczność taka sobie, ale cztery ostatnio postawione maszty umożliwiają triangulację do 100 metrów w rejonie bieguna. Do przejścia od nas jest około półtora tysiąca kilometrów, z północy tysiąc, jeżeli transport z szóstki się wykaże. Skład zespołów jest wywieszony na tablicy, prosze się zapoznać z przydziałem, grupa A zostaje tutaj, grupa B ma odprawę w sali meteo.
Zuzanna chciał jeszcze zamienić słowo z Zackiem, ale ten już siadał do stołu, jej grupa wychodziła, przewodnik ze swoim "proszę za mną" nie wyglądał zachęcająco więc zrezygnowała z zamiaru i wyszła na korytarz. Może jutro się uda.

Iglo nie wyglądało najlepiej. Najbardziej ucierpiał dach, zmiotło go równo, w zasdzie zostały tylko ściany tak mniej więcej do wysokosci dwóch metrów. Te zresztą też nie wyglądały najlepiej, po cieńszej partii, tam gdzie lód był przeźroczysty, udając okna, zostały dziury, z pozostałych znikneły obrazy i draperie. Starała się przepraszać, ale nauczyciele nie zwrócili na nią większej uwagi. Zacharov pakował wszytko do samochodu, Kriegsdotter siedziała przy radiostacji i próbowała wezwać ekipy remontowe, Zuzia w końcu wrzuciła swój plecak do bagażnika i usiadła na tylnym siedzeniu. Jak niechcą z nią gadać - to nie. Nie musi siedzieć w tej głupiej szkole, pojedzie do domu i będzie polować z tatą, o! A jeszcze lepiej - sama będzie! Na wieloryby i polarne niedźwiedzie! Żal rozlewał się w niej coraz większą falą, przecież robiła wszystko tak jak jej kazali, starała się, nie jej wina, że się nie udało. W końcu Zacharov dostrzegł jej minę i przysiadł z drugiej strony samochodu.
- No i co żeś się tak zapowietrzyła? - parsknął śmiechem. - Igloo nie problem, śniegu jest dużo. Remontowcy postawią to w jedno popołudnie. Dlatego właśnie nie sprawdzamy zdolności naszych uczniów w szkole, na wypadek kogoś takiego jak ty! - Zuzia jeszcze bardziej spuściła głowę.
- Ja nie chcę do domu - chlipnęła, niepomna wczesniejszych postanowień pozostania myśliwym i wyjechania na biegun.
- A kto mówi o domu - zdumienie starło usmiech Zacharova z twarzy. - Zmienimy ci trochę tok szkolenia, zaprzyjaźnisz się ze mna, pani Kriegsdotter będzie musiała poświęcić nieco swojego czasu i tyle - pochylił się nad nią i rozmierzwił jej włosy. - Masz ciekawy dar, moja panno, w dodatku bardzo rzadki. Nie myśl, że pozwolimy ci go zmarnowac przez jakieś nieszczęsne iglo - znowu roześmiał się tubalnie i Zuzia poczuła, że zrobiło jej się cieplej na duszy. W panice niewiele zrozumiała z tego co do niej mówił, ale jedna myśl obijała jej się od jednej strony czaszki do drugiej: nie odeślą mnie do domu!

Odprawa zajęła kolejne cztery godziny, w miedzyczasie przyniesiono kanapki, prowadzący zaproponował nawet przerwę, ale po pierwszych kęsach wznowili dyskusję. Po kolei na wokandzie znalazło się wyposażenie, maskowanie, transport, jedzenie, płyny, źródła energii, trasa, wreszcie umiejetności Zuzanny.
Jest pani hydrokinetykiem? -spytał średniego wzrostu, szpakowaty mężczyzna około czterdziestki, który przedstawił się jako Andy; sprawiał wrażenie wojskowego. Oszczedny w ruchach i wypowiedziach, praktycznie zero emocji, choć miało się wrażenie, że cały czas się lekko uśmiecha.
- Nie do końca...
- Nie do końca!? - przerwał jej dość niegrzecznie Karol, niewielki blondyn z ciemnobrazowymi oczami. - To jak my niby mamy się przekopać przez ponad dwa i pół kilometra lodu?
- Jeżeli będzie tam śnieg, może być nawet na ziemi, byle nie zleżały, to dam radę.
- A jak nie?
Zuzia wzruszyła ramionami. Jakbym miała wąsy, to bym była Zuz McNeal - pomyślała złośliwie.
- Nic na to nie poradzę. Potrafię co potrafię.
- O żeż... - blondyn nie dokończył przekleństwa, na jego ramieniu spoczęłą olbrzymia łapa Mike'a, człowieka, który przywitał ją przy śluzie.
-Nie ma co jęczeć. Jakbyśmy się mogli dowiercić stąd, to byśmy nie leźli półtora tysiąca kilometrów w to pustkowie. Sztuczny się nada? - zwrócił się do Zuzanny.
- Rzadko. Potrzebuje prawdziwych płatków śniegu, nie rozpylonych kryształków lodu.
- Księżniczka śniegu - mruknął blondyn i mrugnał Bev, piątego członka zespołu. Mała, pulchna, usmiechnięta brunetka, ksenolingwista. Skąd oni biorą takie specjalności?
- Skąd taka specjalizacja? - nie wytrzymała Zuzia.
- Tak naprawdę jestem lingwistą. Ksenolingwistyka to w zasadzie hobby, lubiłam science fiction jak byłam mała i stąd to wszystko. Ale zgodnie z tym, co powiedział Walton, to byli ludzie. A przynajmniej tak blisko ludzi jak to tylko możliwe, więc może dam radę - usmiechnęła się szerzej, wyglądając, choć wydawało się to niemożliwe, jeszcze bardziej niesmiało. Zuza poczuła odruchowo sympatię do tej niedużej, miłej dziewczyny.
- Skoro nasz Sci-Op doszedł do wniosku, że w takiej konfiguracji mamy największą sznasę, nie psujmy im dobrego nastroju.
- To co, jutro rano, po śniadaniu przgląd ekwipunku, uzupełnienie braków w szkoleniu na wszystkim, co wyda się nowe, a po południu przedyskutujemy marszrutę. Pojutrze trening na zewnątrz, dobrze by było zobaczyć, czy wszystko działa jak powinno, spróbujemy wspinaczki, panna McNeal zademonstruje nam swoje możliwości i na 3 dzień ruszamy. Koniec odprawy - Andy Novak jednoznacznie dał do zrozumienia kto tu rządzi, wyprostował się, Zuza wręcz oczekiwała, że postawi ich na baczność zanim padnie rozkaz "rozejść się!", ale najwyraźniej dotarło do niego, że pracuje z cywilami.
- Do jutra - skąpy uśmiech i po chwili znikał już za drzwiami ze swoimi notatkami pod pachą.
- Yessa', I luva sa' - szeptem zakrzyknął za nim Karol, wzbudzając kilka prychnięć śmiechu.
- Nie rób sobie żartów, to cholerna Foka - Mike pokręcił głową. -Poza tym jego umiejetności mogą się przydać.
- A na co niby? Cały oddział tych ultra-speców pingwiny przerobiły na mrożonki. A w zasadzie dwa oddziały. Co on może?
- Ktoś rządzić musi, jak nie to do głosu dochodza informatycy, a wtedy rządzi chaos i bezhołowie - odgryzł się Mike. - Idę popływać, ma ktoś ochotę?
Zuza wyłgała się zmęczeniem, chciała jeszcze porozmawiać z Zackiem. Wróciła do sali konferencyjnej, ale grupa A musiała już skończyć zajęcia, gdyz przywitał ją ciemny, pusty pokój. Zaraza, mogła zapytac gdzie mieszka, latać o tej porze po kwaterach jakoś nie miała odwagi. Sprawdziła stołówkę w nadziei, że może tam się znajdzie, w końcu nie mając nic innego do roboty zjadła kolację i poszła do pokoju. Czuła konkretne zmęczenie, ale luksus posiadania własnej łazienki z gorącą wodą nie pozwolił jej wejść do łóżka. Odsiedziała dobre 10 minut, w końcu wyrzuty sumienia wygnały ją spod prysznica. Przy drzwiach zauważyła informację o saunie. Sauna? Tutaj? Główny zarządca musiał być nielicho stuknięty. Z jednej strony łózko - z drugiej sauna - osiołkowi w żłobie dano. Sprawdziła rozkład stacji, sauna znajdowała się na samym środku, jakieś pięć minut od jej kwatery. Prawie północ, nie powinno być tam nikogo. Nie namyślając się dłużej porwała suchy ręcznik i szybkim krokiem pomaszerowała ku centrum.

Szybciej, cherlaki! - Shalke nie miał litości. Zaprawa fizyczna w jego wykonaniu tak sie miała do zajeć fizycznych z Pancernicą jak obrazy Rembrandta do paintbola. Sprawiał wrażenie, że zagoniłby nawet polarnego niedźwiedzia. Biegła na przedzie, w pełnym kombinezonie, z hełmem, dzięki temu widział swoich podopiecznych. Ci po raz pierwszy doświadczali dobrodziejstwa ekwipunku zapewniającego przeżycie w najniższych temperaturach, ponoć wyewoluował on ze skafandrów kosmicznych, zrezygnowano jedynie z zabezpieczeń cisnieniowych i radiacyjnych, dzieki czemu nie ważył 160 kg. Choć Shalke sprawiał wrażenie, jakby mógł biec z dwoma oryginalnymi, zasuwał przed nimi jak czołg a w głosie, dochodzącym z krótkozasięgowego komunikatora, nie słychac było śladu zadyszki.
- McNeal!
- Yes, sir!
- Śpiew!
- Gdy biegniemy poprzez śnieg! - rykneła Zuzia ile dała radę. Z Shalke nie było żartów, potrafił kazać robić pompki albo przysiady gdy doszedł do wniosku, że jego podopieczni nie wykazują stu procentowego zaangażowania. Odpowiedziało jej mniej lub bardziej dynamiczne rzężenie.
- Co przez rano sobie legł!
Słuchała odśpiewu grupy, starając się, mimo zmęczenia, ułożyć jakiś rym. Shalke nie lubił gdy teksty sie powtarzały, nazywał to "treningiem mózgu w stanie obciążenia dynamicznym wysiłkiem fizycznym", cokolwiek by to nie było.
- Trening mózgu dobry jest! - zamyśliła się za bardzo na cholernym Schalke i zaśpiewała pierwsze co jej przyszło do głowy.
- Gdy zapieprza się na fest! - daj Panie, że się zamyślił, Zuzia wzniosła oczy, potknęła się o kawałek lodu i wyłożyła jak długa.
- Oddziaaaał, stój! - rozkaz zatrzymał grupę w miejscu. Większość stała prosto. Schalke nie zwrócił uwagi na rzężących.
- McNeal!
- Yessir!
- Meldunek!
- Szeregowy McNeal gotowy do ćwiczeń, sir!
- Cała? - Zuzia aż zaniemowiła. Udaru dostał, czy co?
- Cała, sir. Kawałek lodu, nie zauważyłam przez ten hełm. Zawęża pole widzenia od dołu.
- Po ćwiczeniach zgłosisz się do zbrojowni, celem dopasowania!
- Yessir!
- I rusz mózgiem, bo twoje ryki nie kwalifikują się nawet jako rym prosty częstochowski! McNeal śpiew! Oddziaaał biegiem marsz!

W przebieralni nikogo nie było, więc nie namyślając się długo wyskoczyła z ciuchów i z samym ręcznikiem przeszła po śniegu. Zarządca stacji faktycznie musiał oszaleć, sauna znajdowała się na zaśnieżonym placyku wielkości połowy boiska do siatkówki, rozjaśnionego ciepłym, dyskretnym, światłem. Placyk musiał być przykryty dachem, temperatura była nie niższa niż -5 stopni. Zaraz przy budynku sauny stała wielka, drewniana beczka z wodą, unosząca się para zdradzała, że woda jest podgrzewana a nie solona. W saunie panował półmrok, sprawdziła temperaturę i weszła na najwyższa półkę. 85 stopni, tak jak lubiła. Dopiero gdy oczy przyzwyczaiły się jej do ciemności spostrzegła, że po przeciwnej stronie na samej górze już ktoś leży. Poczuła się nieco zakłopotana, nie żeby miała problem z własną nagością, ale wypadało jednak zapytać.
- Proszę wybaczyć, myślałam, że nikogo nie ma.
- Nie ma sprawy - głos Zacka sprawił, że uśmiechnęła się. Odruchowo złapała za ręcznik - jak to tak, goła siedzi a on się wpatruje! Po czym zatrzymała rękę w pół ruch - toż pomysli, że ona jakaś niedorobiona kompletnie... Leżała tak rozdarta nieco pomiędzy przykrywać się a nie przykrywać, czując, jak jego wzrok prześlizguje się po jej szyi, piersiach, żeby jeszcze położyła się głową w jego stronę! Mrowienie na jej sutkach było tak sugestywne jakby ja dotykał, potem niżej, w brzuchu zatańczyły jej motyle - no gdzie się wślipia... Nie wytrzymała i wzrokiem zgromiła podglądacza. Leżał spokojnie na wznak, z zamkniętymi oczami, zgiął lekko noge, by nie epatować jej swoją nagością. Poczuła się jak ciężka idiotka. Z jednej strony ulga - z drugiej, ku swojemu zdumieniu, zawód. Jak mówił jej Tata, babie nie dogodzi; chyba po raz pierwszy zrozumiała, co miał na myśli.
- Długo już jesteś? - dyskretnie kaszlnęła, usuwając delikatna chrypkę.
- Drugi kurs. Ty na dwa czy trzy?
- Trzy - odparła odruchowo, po czym ugryzła się w ozór. Toż polezie po twoim drugim wejściu, ośla pało...
- To poczekam na ciebie. zapraszam na późną kolację. Chyba, że chcesz spać?
- Nie, nie! - zaprzeczyła nieco za szybko. - Chętnie porozmawiam.
- To do za chwilę - Zack zeskoczył na ziemię, owinął się ręcznikiem, nie mogła nic na to poradzić, że nie oderwała wzroku.
- Idę na śnieg. Czas się trochę ostudzić - usmiechnał się szeroko i wyszedł, wpuszczając powiew zimnego, ożywczego powietrza.

- Jak to jest - Shalke rozpoczał swoja przemowę z głebokim westchnięciem - że taki kurdupel zasuwa jak mały parowozik, a wy padacie jak muchy? Hę?
Nikt nie kwapił się z odpowiedzią. W końcu Zachariusz podniósł rękę.
- Lebovsky?
- Jej to łatwo, sir! Bo jest lekka. I wyposażenie ma najlżejsze.
- Lebovsky, czy ty chcesz mi powiedzieć, że czujesz się traktowany niesprawiedliwie?!?
- Nie, sir!
- No. Żeby mi to było po raz przedostatni! Mniej żreć, więcej biegać! Ale to już potem. Za tydzień spotykamy się na bieżni, ostatni sprawdzian wytrzymałościowy na sucho. Od następnego tygodnia tylko poligon, tak, że komu zależy na dobrej lokacie, niech się porzadnie wyśpi i wypocznie. Zadnych treningów, jasne? Bo mi bedziecie zdychać, a poprawki nie są przewidziane! Rozejśc się!
Wyszli na korytarz. Zuzia czuła się wrednie, Zachariusz popsuł jej smak dzisiejszego zwycięstwa. Zeźlona jak osa szła w stronę zbrojowni, nie zwracając uwagi na otoczenie. Poczekaj jeszcze tydzień, pingwini wypierdku. Ja ci jeszcze pokażę.
- Co tam mruczycie, McNeal?
- Nic, sir!
- No, no. Nie ma sie co nadymać. Chłopaki dostały w dupę, to i się chca odgryźć. Jak chcesz być dobrym dowódcą, musisz być przede wszystkim wzorem, a nie wyrzutkiem, jasne?
- Dowódcą? - Zuzia ze zdziwienia zapomniała o obowiązkowym sir. Oraz o zamknięciu buzi.
- Dowódcą.
Zuzia struchlała. Jeszcze tego jej brakowało. Już jej raz foczą kupę ktos wsadził do butów.
- Sir, z całym szacunkiem, mnie chłopaki nie słuchaja. Robia co chcą, rozrabiaja, a na przedzie zawsze musi być Zachariusz!
- Zachariusz, powiadasz?
Zuzia zawahała się. Co innego bronić się a co innego skarżyć.
- No, inne chłopaki też głupie są. To nie tak, że on sam jeden.
- Dobra, wystarczy. Dawaj tu ten swój hełm, spróbujemy poprawić nieco pozycję.

Tak niby nic, zupełnie przez przypadek Zuza nieco wcześniej wróciła do sauny, Zac nieco dłużej posiedział podczas trzeciego wejścia, w każdym bądź razie na kolejną przerwę wyszli na śnieg razem. Oczywiście, musiał w nią rzucić śniegiem, nie pozostała mu dłużna, po chwili nie zważając na nic zwarli się w klasycznych zapasach. Pierwszy zrezygnował Zac.
- Massakra, nic się nie zmieniłaś - stęknął i dodał - remis?
- Remis - Zuzanna uśmiechnęła się zdyszana. - Chodźmy do beczki, zimno się robi.
Weszli, usiedli grzecznie na wąskich ławeczkach pod wodą, tak dobranych, by siedzącym wystawała z wody tylko głowa.
- Co sie z toba działo? Zostałaś w szkole?
- Niee... Po tym, jak odkryli moje zdolności zaproponowali mi dalsze szkolenie. Nie mogę o tym mówić, nie gniewaj się.
Zachary zachichotał.
- No patrz, a słyszałem, że najpierw siedziałaś w szkole, a potem pracowałaś gdzieś na wschodzie, dla Ralteka.
- Ja słyszałam to samo o tobie - powiedziała Zuza i zamyśliła się. - Czyli nie pracowałeś dla nich? To co robiłeś?
- Też nie bardzo mogę o tym mówić... - Zac wręcz żałosnie spojrzał na nią.
- No przeciez nie naciskam. Znaczy, że też się szkoliłeś. Zresztą, hydrokinetyk - to brzmi dumnie!
- Tak jest, Królowo Sniegu - skłonił się w udawanej pokorze Zac.
- Spadaj. Pokaż lepiej jakąś sztuczkę.
Zac nie odpowiedział, przez chwilę nie działo się nic, po czym po obu stronach jego głowy pojawiły sie dwie małe trąby wodne. Ruszyły ku sobie na spotkanie, tuż przed zderzeniem wykonały uroczy pląs, omal ocierając się o siebie, po czym rozpoczeły taniec, o tyle dziwny, że im dłużej Zuzanna na niego patrzyła, tym bardziej motyle w brzuchu zaczynały przypominać o swoim istnieniu.
- Przestań już...
Trąby znikły, zmieszany Zac pochylił się w jej strone - Co, nie podobało ci sie?
- Podobało...
- To co? - Zac był na tyle blisko, że wystarczyło wyciągnąć rękę. Gdzieś w połowie odległosci, pod wodą, spotkały się ich palce. Nie zatrzymał dłoni, delikatnie sunął wzdłuż jej ramienia, jego twarz była niebezpiecznie blisko. Zamknęła oczy, dotyk warg był wszystkim czym teraz była, dotykała jego klatki samymi opuszkami, chciała, w zasadzie sama nie wiedziała czy chce, żeby ją objał, czy żeby tego nie robił. Zawroty głowy walczyły o lepsze z lekkością w brzuchu, gdy Zac nie przerywając pocałunku uniósł ją ku górze i wszedł w nią.
Zuzia McNeal w ciszy przerywanej jedynie pluskaniem wody przeżyła swój pierwszy w życiu orgazm.

19 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Wzruszające :D
p.

ps. nie potrzebujesz może korektora/redachtora?
Bo trochę litrówek...

abnegat.ltd pisze...

Sie czytalo klasykow! Milosza, Puszkina, E.L. James'a...

A korekta - niech ja szlag. Sprawdzam zazwyczaj po 3 razy - i dalej sie trafiaja bambułki...

Anonimowy pisze...

Ojtam, Ojtam :)))
Czytając z wypiekami radości żadnych bambułków nie widziałam :)))) Pisz bo teraz to już MUSISZ! napisać co dalej! pozdrawiam serdecznie
Anek

abnegat.ltd pisze...

Anek, sie pisze... Ale do tego czas i wena potrzebna, a z tym czasem jest kiszkulec ;)

Anonimowy pisze...

Wow! Czytam z zapartym tchem! I co dalej, i co?
nika

abnegat.ltd pisze...

Nika, najpierw bedzie trzesienie ziemi, a potem eskalacja ;)
Cos jutro bedzie - mam prawie wolny dzien.

Anonimowy pisze...

:-)))))
nika

Anonimowy pisze...

Ach! Doczekaliśmy czasu obfitości, pięknie! Dzię-ku-je-my! :)
Polecam czytanie w gorączce - wspomaga wyobraźnię ;)
Kretka

abnegat.ltd pisze...

Goraczka srodowej nocy... Mozna sie spocic...
xD

Anonimowy pisze...

XD Potwierdzam ;p
Kretka

Anonimowy pisze...

A ja po amfie wyobraznia zaczyna dzialac na maxa

Anek pisze...

Abi! Jesteś okrutny a nigdy Cię o to nie podejrzewałam ;-))))
Każesz nam tak długo czekać na ciąg dalszy - jak możesz!!!
Pozdrawiam serdecznie i czekam!!!!
Anek

basia pisze...

:) ... ... ...

Unknown pisze...

Jeszcze Ci tego internata nie naoliwili?

Anek pisze...

No teraz to się już martwię czy aby z Szanownym Autorem wszystko OK i czy aby nie zapomniał o wiernych czytelnikach :)))
pozdrawiam bardzo serdecznie!

Anonimowy pisze...

Ekhm... włączyła się troska o autora. Proszę o wpis o treści: żyję.

Kretka

abnegat.ltd pisze...

Żyję. Najpierw internet zdechł (cudowne ozdrowienie nastąpiło po wykupieniu fibrooptic super hiper świst ciupagi na kablach), potem wakacje i tak jakoś zlazło. A na siłe jakoś nie szło pisac.

abnegat.ltd pisze...

O, i zdałem test na nierobota... Znaczy robocić nie lubię, jak każdy, ale żeby to się tak rzucało w oczy??!?

Anonimowy pisze...

Dobrze czytać. Mam nadzieję, że wakacje udane.
Zaczynam się bać, że kiedyś nie zdam tego testu...

Kretka