Lorenzo ma umowę z domem starców - nie ma bata. Najpierw jak wściekły operował tylko sześćdziesięciolatków, potem siedemdziesięciolatków, początkowo młodszych, potem starszych - i jakoś tak nieodwołalnie zbliżał się do przekroczenia magicznej cyfry osiemdziesiat, że gdy to w końcu nastapiło, wszycy przyjęli sprawę naturalnie.
Co potwierdza skuteczność jednego z najbardziej znanych trików marketingowych. Mamy kanapy za - dajmy na to - trzy klocki. Funtów rzecz jasna. I za cholerę nie idzie tego sprzedać. Co robimy? Wystawiamy wszystkie po pieć. A nawet sześć. I wśród tego rozpasania komercjalizmu eksponujemy orzeszek - czy nawet rodzynek - kanapę za 2999,-. Efekt murowany.
Gdybyż on trzy lata temu zapodał osiemdziesięcioczterolatka chodzącego o kulach, z nadciśnieniem, do przepukiny, to biedny dziadek nawet by nie dotarł do preassessmenta. A dzisiaj - zdrów jest i do operacji gotowy...
Podnosił średnią pacjentów tylko o 5 lat co roku, co daje przyrost pół roku miesięcznie - w zasadzie przeszliśmy od sześdziesięcio- do osiemdziesięciolatków zupełnie niezauważalnie... W tym tempie pierwszego stulatka w systemie DCU znieczulę... oż w mordę - za dwa i pół roku! No jaki to kurcysyn podstępny jest???
Niespodzianki w tym zawodzie zazwyczaj oznaczają smród i wezwania do prokuratury, starszy pan został więc zaproszony. Przyszedł o kulach i starszym potomku. Niestetyż, zgodnie z najnowszymi wytycznymi tytejszych speców od bezpieczeństwa w medycynie, ani wiek, ani biemaj aniw ogóle nic nie stanowi kryterium bezwzględnego do zwalenia pacjenta z zabiegu. Trza sie przyjrzeć kompleksowo. Co było robić... Opowiedziałem grzecznie o przebiegu operacji i okresie pooperacyjnym, barwnie nakreśliłem możliwość zgonu, zawału, paraliżu, udaru mózgu, ślepoty, głuchoty i Bóg wie czego jeszcze - po czym dziadek westchnał Inszallach i powiedział, że on się musi swoją żona opiekować, a z przepuklina mu ciężko. Co dowodzi ni mniej ni więcej że pacjent nie rozumie za skurwysyna jasnego złych wiadomości. Bo kto niby się małżonka zajmie, gdy on kopnie w wiadro? Ten fakt mu umknął całkowicie. Opowiedziałem jeszcze o oczekiwanej długości i jakości życia z przepukliną oraz bez ale byłoż to rzucanie grochem o ścianę. Czy raczej hitanie headem o brickłola.
No i przylazł.
Kusiło mnie zapodać mu z mańki podpajęczo, ale jednakowoż jak ja go potem zrekaweruję? Toż musze uziemić kogoś na dobre kilka godzin... W końcu machnałem ręką. I małe pieski też. Chodź pan na kanał.
Dziadek ogólne przeżył bardzo wdzięcznie, obudził sie jeszcze wdzięczniej, blok mu zadziałał jak rzadko kiedy i polazł śpiewając pieśń ku chwale polskiej anestezjologii. Może jakie czekoladki przyśle? Ostatnio dostałem afterejty, całą paczkę - nawet miałem wyrzuty, takie w stylu brać - nie brać, zreć - nie żreć, ale mi migiem przeszły jak je zobaczyłem na salu w Morisonie za 99 pi.
Następna wydawała się opanowana jak jasna cholera, dopiero przed samym zaśnięciem popadła w ciężką nerwowość - i tu się niestety potwierdza: z czym kto zaśnie, takim się budzi. Może nie po przeszczepie serca, tam jednak obudzenie się bez kilkunastu kafli łacno zdarzyć się może, ale w krótkich zabiegach się sprawdza. W rekowerowni odstawiła dance macabre, wrzeszcząc, że sie boi. Niby mnie przy tym nie było - a i tak próbowała Zuzia zwalić wszystko na mnie. Wybałuszyłem się - że co, że niby ja ją straszę? Toż mnie tu nie było nawet końcem nosa...
Na szczęście w jakimś obcym jezyku się darła, nie szło wyrozumieć.
Kolejna mówi, że jak włazi na schody, to dyszy i sapie - z brzucha bucha. Dwadzieścia dwa lata. Pot mię oblał - uf jak gorąco. A od dawna tak ma? A od pół roku. A doktor to jaki widział? Widział. Badania robił? Robił. Zadzwoniłem do dżipa - obiecał, że przyśle wyniki faksem. Taka była jakaś w tym faksie- jak by to powiedzieć - anemiczno-megaloblastycznie do świata nastawiona,choć wszystko w dopuszczalnych granicach. Posłuchałem, nicccc... Pani pozwoli na kanał...
Na tym ranek zdechł - ostatnia popiła mleka z kawą. Czy kawy z mlekiem. Sztuka czytania wcale taka łatwa nie jest.
Popołudnie rozpoczął młodzian duży - i przybyczony. Patrzę ja w historie choroby a tam złamany palec (dłoni), tibia (w nodze), ulna (w ręce) i colar bone. Nie, nie w rowerze - to obojczyk jest. Myślę sobie, jakiś zakapior tumbylczy, czy co? Na wszelki wypadek, coby w ryj nie zebrać, wyszczerzyłem się przyjacielsko - a wyglądam wtedy jak skrzyżowanie Myers’a
(tego od Złotego Członka) ze zdobywającym zaufanie Shrek'iem - i zapytałem, czy to jakowyś wypadek był? E tam, wypadek od razu - się gra w rugby, to od czasu do czasu drobne urazy się zdarzyć mogą!
Nie ma to jak czuj duch.
Potem poszły dwa mleczka - bo jeszcze jeden czytaty bez zrozumienia się znalazł - i już. Dzień bez bradykardii walczących o przekwalifikowanie na asystolię, dramatycznych spadków ciśnień, skurczów krtani, kaszlów, rzygań i pomroczności jasnej.
Kocham tą technikę.
1 tydzień temu