sobota, 25 grudnia 2010

Opowieść wigilijna

Kovalik wstał od stołu i przeciągnął się, aż mu chrupnęło w stawach. Ech, nie ma to jak Wigilia. Co prawda miał problem z żarciem, ale od czegóż pomyślunek. Wysępiony od ciotki barszczyk przywiózł w słoiczku, pierogi i karpia odgrzał na ruszcie w kominku, a wszystkie sałatkowo-wędliniarskie dobroci wystawił na mróz do szopy. Spędzenie Wigilii samotnie wydało mu się bardzo dobrym pomysłem, odkąd tylko usłyszał o planach swoich ancestorów, pragnących zobaczyć pingwiny w ich naturalnym środowisku w czasie Świąt, ale plan był trudniejszy do zrealizowania niż to by się początkowo mogło wydawać. Cała rodzina zapragnęła się nim zająć, musiał odpierać coraz wymyślniejsze zamachy na swoja suwerenność, w końcu wyłgał się ratowaniem ludzkiego życia.

Nalał sobie Glenmorangie Lasanta i z niejakim wahaniem przyglądnął się wielkiemu kubańskiemu cygaru. W końcu machnął ręką. Wbrew temu, co mówił naczelny chirurg USA, trudno było mu uwierzyć, że jedno cygaro może zabić. Szczególnie, gdy się mieszkało z dziadkiem, który Ekstramocne suszył na piecu, by miały większą moc. Zaciągnął się głęboko i z błogim uśmiechem na twarzy wrzucił Trevorowi do klatki świeżą marchewkę. Zazwyczaj trzymał go na suchej paszy dla kotów, zabezpieczało to przed nadmierną produkcją gazów cieplarnianych przez cholernego jaszczura, ale ostatecznie, czym były by Święta bez odrobiny szaleństwa.
- W końcu. Od tych cholernych krakersów śnią mi się puchate kotki gotowe na ruję... - w języku Trevora oznaczało to najwyższy z możliwych poziom wdzięczności.

Zeszli się, gdy spadły pierwsze śniegi. Po szalonej, jesiennej akcji, kiedy to ekipa Szarych próbowała wysłać jaszczurowatego w zaświaty, Trevor próbował odzyskać moc. Doszło do starcia, łatwo wygranego przez Kovalika, po którym jaszczur wściekł się i klnąc na czym świat stoi, polazł w cholerę. Po początkowej uldze, Kovalikowi zaczęło brakować silnego, królewskiego tonu i złośliwości, którymi podszyte były jego opowieści. Przez jakiś czas starał się nawiązać kontakt, w końcu dał za wygraną. I gdy myślał już, że się więcej nie spotkają, usłyszał słabe pukanie do drzwi. Na progu siedział zmarznięty Trvevor i patrząc na niego spod oka, zapytał, czy może wejść.

Pomału ułożyli sobie stosunki dobrosąsiedzkie, którym bliżej było do zawieszenia broni na granicy obu Korei niż braterstwa Układu Warszawskiego. Trevor po kilku próbach zaprzestał włażenia Kovalikowi do głowy, ten przestał go nagabywać o wydarzenia ostatnich miesięcy i zaakceptował fakt, że miast małej jaszczurki w jego mieszkaniu siedział konkretnych rozmiarów gekon. Któregoś wieczora Trevor, który z nudów zaczął przekazywać wiedzę tensorów czasu Kovalikowi, napomknął coś o fluktuacjach pozycjonowania wektorów czasu zbieżnych ze zmianą kąta strun czasoprzestrzennych, po czym użarł się w mentalny ozór. Kovalik wydumał z tego, że relacje ich światów nie są stałe, a projekcja Trevora w jego świecie jakoś od tego zależy, ale nie drążył dalej tematu. Po pierwszym tygodniu, gdy wściekły Trevor w środku nocy przywlókł w paszczy wyjącego Pompona, kovalikowego kota, odbyła się dyskusja na temat swobód obywatelskich. Trevor zażądał usmażenia futrzaka, Kovalik zaproponował, żeby ten kazał się wypchać, w końcu stanęło na zakupie wielkiej klatki, do której Trevor właził na noc. Kovalik nie do końca był pewien, czy pomieszczenie Trevora można nadal nazywać klatką, bo zamek do drzwiczek znajdował się od wewnątrz, a wejście bez zaproszenia oznaczało ciężką awanturę. Co prawda po ostatnim starciu z Szarą Trevor stracił większość swojego potencjału, ale potrafił być nieznośny, gdy się naprawdę wściekł. O czym Kovalik już raz się przekonał, słuchając ponurego wycia Trevora, odtwarzającego wszystkie znane mu pieśni bojowe aż do samego świtu.

- A może banieczkę? - Kovalik zanęcił szkłem w stronę chrupiącego marchewkę gada.
- Naprawdę trzeba być przedstawicielem rasy bezmózgów, by w siebie wlewać rozpuszczalnik organiczny.
- E tam, nie wiesz co dobre. Jakoś piję to od dłuższego czasu i niespecjalnie zauważyłem, żeby mi szkodziło...
- Jak tak słucham tych twoich mądrości, to się zastanawiam, czy ty w ogóle masz mózg - odgryzł się Trevor. -Jakim to cudem uszkodzony układ ma zobaczyć uszkodzenie, hę? Poza tym ja nie mam dziewięćdziesięciu ośmiu procent mózgu pracującego na jałowym biegu. Możesz se ten swój pusty łeb macerować po uważaniu. Na zdrowie
- Trevor zajął się chrupaniem marchewki, dając do zrozumienia, że rozmowa skończona. Kovalika opanowała po raz kolejny chęć, by strzelić w ten płaski, gadzi łeb. W tym momencie rozległo się pukanie. Kovalik zamknął klatkę i zszedł na dół. Nie wyczuł za drzwiami nikogo. Dziwne. Wiatr czymś załomotał? Pukanie powtórzyło się. Hm. Na wszelki wypadek wziął do ręki kij golfowy, kupiony okazyjnie na Allegro, i zasłaniając się częściowo drzwiami, otworzył je ostrożnie.
- Dzień dobry - starszy jegomość przebrany za Mikołaja uśmiechnął się nieśmiało. -Można?
Z tyłu za nim stała drobna, na oko dwudziestopięcioletnia dziewczyna, ubrana w futerko, miniówkę i kozaczki. Białe. Co przy minus 20 stopniach i konkretnych porywach śnieżycy zasługiwało na szacunek. Na widok zmarzniętego dziewczęcia Kovalik otwarł szerzej drzwi i zaprosił obcych do środka.
- Dziękuję - dziewczyna przechodząc koło niego cmoknęła go w policzek i Kovalik zamarł. Dosłownie. Nie mógł się poruszać, nie mógł oddychać, wsłuchał się w siebie - nawet jego serce wydawało się nie bić. Oż w mordę jeża - zaklął szpetnie. Znowu ten gadzi pomiot będzie ze mnie darł łacha - najwyraźniej wpływ dziwnego pocałunku dziewczyny rozciągał się również na mózg. Albo Glenmorangie nie pozwoliło sie zająć problemami bardziej palącymi w obliczu nadszarpniętej dumy.

- Zwariowałaś? - przebrany za Mikołaja wydarł się na dziewczynę. Toż wystarczyło poprosić! Do jasnej cholery...
- Przestań się pieklić i bierz się za szukanie. Nie mamy za dużo czasu. Tu jest coś dziwnego, nie utrzymam za długo jego polaryzacji.
Kovalik zrozumiał. Ustawiła mu czas w poprzek, stąd jego dziwny stan. Tylko dlaczego słyszy? Trevor podczas ostatniego szkolenia tłumaczył mu zawiłości związane z wielowymiarowym czasem, Kovalikowi kręciło się w głowie od wszystkich implikacji, pewne rzeczy dało się wytłumaczyć analogiami przestrzennymi, nad innymi Trevor tylko sapał i zżymał się nad tępotą Kovalika. Pisk w jego uszach zaczął narastać, rozległ się dźwięk podobny do pękającej szyby - i nagle Kovalik odzyskał możliwość ruchu. Zupełnie nie dżentelmeńsko zamachnął się kijem i w ostatniej chwili zmienił trajektorię. Dziewczę stało jak wmurowane, wpatrując się szklanym okiem gdzieś pomiędzy portretem stryjka a jeleniem na rykowisku.
- Co to kurrrwaszmać było - złapał się za głowę, próbując odzyskać trójwymiarowe widzenie. Bez skutku.
- Laska obróciła ci wektor, słusznie zgadłeś - głos Trevora był szybki i rzeczowy. - Przetransformowałem trochę osie, w tej chwili to jej wektor czasu jest prostopadły, ale kosztem jednego z wymiarów przestrzennych... Oż w mordę - zaklął zupełnie po kovalikowemu - później Ci wytłumaczę, póki co musisz uziemić tego drugiego, to jest zupełnie inna klasa, facet w żadnym wymiarze nie ma zerowego rzutu... - Trevor po raz kolejny użarł się w ozór - Nic mu nie mogę zrobić pośrednio, musisz go wyeliminować! Jest w szopie, staraj się biec po prostej, na trzecim wymiarze masz podwieszony czas... - jego głos ucichł, gdy Kovalik wyskoczył przez drzwi. Wiatr rzucił go parę metrów w bok, w śnieżną zaspę. Zaklął, wstał i ze zdumieniem zauważył, że jego ręce należą do dwustuletniego starca. Zbliżył się do domu i poczuł, że przybywa mu sił. A w drugą stronę? A cio to? Ciemu Kovalik ma ląćki takie małe? - ostatnim wysiłkiem rzucił się z powrotem w prawo. Trzeba będzie uważać, pomyślał, przyglądając się sobie uważnie. Miał teraz jakieś dwadzieścia lat, i o to chyba chodziło... Z pewnym niepokojem ruszył w stronę szopy, oczekując Bóg wie czego, ale nic nie zauważył. Czyli tędy można... Niestety, wchodząc do szopy musiał przesunąć się znacznie w lewo i nagle klamka znalazła się dość wysoko a kij zaczął mu ciążyć...
- Ho ho ho! - usłyszał tubalny głos nad sobą. -A co my tu mamy?
Pociekaj, kulwadzidu jeden, jak tylko sie psiesiune tlosiecke, to ci zalaś wytlumace kijkiem numel osimnaście...
- A kto to się tak brzydko wyraża! - w głosie Mikołaja zabrzmiały stalowe nuty. -Niegrzeczne dzieci nie dostana prezentów!
Kovalik wiedział, że z jakiegoś powodu powinien przesunąć się prawo, ale zrobiło mu się smutno i problem uleciał. -Pseprasam...
- No, już lepiej - Mikołaj usiadł na pniaku i posadził Kovalika na kolanach. -Jak się nazywasz?
- Kovalik...
- Napisałeś list do Mikołaja?
- Tak...
- Zaraz sprawdzimy - Mikołaj zaczął grzebać w torbie. Po chwili odwrócił się do Kovalika. -Nic nie ma. Znaczy, że nie napisałeś. Nie wierzysz w Mikołaja?
- Wieze...
- No to o co chodzi - Mikołaj wyciągnął wielki zeszyt, szybko go przekartkował i złapał się za głowę. -W mordę jeża, co tu się do cholery wyprawia!
Rozglądnął się uważnie wokoło, po czy ciągnąc go za rękę, podszedł do ściany. -Lepiej teraz?
- Co się - kto - co wy tu - Kovalik prawie że odzyskał zdolność myślenia.
- Gwiazdeczka nie chciała, żebyś przeszkadzał, więc na chwileczkę wyzerowała Ci czas. Ot, używamy tego gdy wrzucamy prezenty dzieciom pod choinkę.
Mikołaj podszedł do pniaka i ciężko na niego klapnął. Z torby wyciągnął długą, pomalowaną w czerwono-białe paski laskę i zaczął nią poruszać we wszystkie strony.
- A, czyli to tu, teraz tak - po czym tutaj - mamrotaniu towarzyszyły ruchy laski. Nagle dźwięki wichury ustały, zapadła nienaturalna cisza.
- No, to mamy spokój. W obrębie szopy jesteś bezpieczny, tylko nie wychodź na zewnątrz, ok?
- Ok. A mógłbym zapytać o co właściwie chodzi?
- Zdechł nam nadprzewodnik. Wszystko przez tą cholerną pogodę.
- I szukacie go - w mojej szopie. Nadprzewodnika.
- W twojej, w twojej... Sam go tu kiedyś zostawiłem... Twój prapradziadek obiecał, że go dla mnie przechowa... O - jest.
Mikołaj zdjął ze ściany stare, sparciałe chomąto i z ulgą usiadł z powrotem. -Dali byśmy radę i bez tego, ale prezenty szlag by... znaczy, nie zdążył bym dowieźć.
Przez chwile Mikołaj przyglądał się z uwagą swojemu znalezisku.
- No, dobra. Komu w drogę - temu czas. Zostań tu do mojego odjazdu, potem wszystko wróci do normy. I pozdrów Trevora.
Kovalikowi z wrażenia opadła szczęka.
- Znamy się, choć to było bardzo dawno temu. Już raz wlazł mi w drogę, twardy przeciwnik. Przekaż, że póki tu siedzi, nie ma wojny między nami.

Kovalik siedział na swoim fotelu i gapił się w śnieżycę za oknem. W zamyśleniu sączył resztkę whisky. Trevor z tyłu chrupał dalej resztkę marchewki, wydając się niepomny ostatnich wydarzeń.
- Trevor?
- Mhm?
- Masz pozdrowienia od Mikołaja.
- Nie znam.
- Długa, biała broda, gruby...
- A coś, po czym by można go było poznać?
- Twoje sztuczki z czasem nie miały na niego wpływu.

Trevor zamarł. Przez chwilę się nie ruszał, po czym znikł, pojawił się na chwilę całkowicie wypatroszony i wszystko wróciło do normy.
- A to dziad pieroński! - w tonie Trevora zabrzmiały dawne, królewskie nuty. - Gdzie on teraz..?
- Pojechał. Powiedział, że póki tu jesteś, nie ma wojny między wami. Skąd wy się znacie?
- Nie - ma - wojny - między - nami!
- ryknął Trevor, z jego uszu zaczął wydobywać się dym. - Niech mi ten majarowo-istariowy pokurcz wlezie jeszcze raz pod rękę, przerobie go na łazanki!!! Wezme za kudły i...
Kovalik zostawił miotającego obelgi gada i polazł do siebie. Dyskusja dzisiaj najwyraźniej nie miała sensu, a wcześniej czy później wszystko i tak się wyjaśni. Trevor nie potrafi milczeć, a gadać w tym świecie nie miał z kim. Wystarczyło poczekać.

8 komentarzy:

Inessta pisze...

Już w pierwszym kolejnym opowiadaniu uśmiercasz Pompona? Zalazł Ci on za skórę!

abnegat.ltd pisze...

Nno, nie - toz on tylko proponowal zrobienie pieczystego z futrzaka. Taka - zolta kartka...

Anonimowy pisze...

Hahaha :-D Pompon na soczyste pieczyste ;-)))
Z Trevora fajny chłop :-)))
nika

abnegat.ltd pisze...

Nika, raczej gad :) Czy plaz? Zawsze mialem problem z klasyfikacja dwudysznych ;D

Anonimowy pisze...

Gad na mur beton, tak jak krokodylek, z którym spokrewniony jest Pompon ;-)
nika

abnegat.ltd pisze...

Pompon opanowal dom. Massakra. Wlasnie toczy sie batalia o ostatni bastion - czyli stol. Poki co wygrywamy, ale wrog jest niezmordowany...

Mona Machała pisze...

Domagam się stanowczo więcej Trevorowych opowieści. Jako tolkienista-fanatyk. Sporo się już dowiedziałam o Nazgulach, Majarach i Istarich - i chcę znać więcej prawdy!! Bo to, że Śródziemie istnieje tojuż prawda oczywista :P

abnegat.ltd pisze...

Mona, jak by to rzec - pisze zupelnie na pale, te teksty sa - powiedzmy se szczerze - zerowe... Ale sprobuje. O ile pamietam, utkneli ostatnio gdzies na planecie przy sloncu klasy A (?)... Bede musial ich poszukac ;)