wtorek, 17 sierpnia 2010

Inception

Lem postawił kiedyś tezę: jeżeli kiedykolwiek zdecydujemy sie na wejście do rzeczywistości wirtualnej*, nieodróżnialnej od realnej, do końca życia nie będziemy pewni czy z niej wróciliśmy. I to jest problem absolutnie i całkowicie nierozwiązywalny. Zawsze pozostanie cień wątpliwości czy to co wokoło nas sie dzieje nie jest przypadkiem dalszym ciągiem fantasmagorii komputerowo wyprodukowanej.

Jeżeli kiedykolwiek będziemy w stanie wyprodukowac taką fikcję, stworzymy za jednym zamachem bandę frustratów przekonanych o mierności świata tego, popełniających morderstwa oraz samobójstwa na ulicach, oraz wzrost popytu na psychoanalityków. Nie wspominając o umierających z głodu ludzi podpiętych zbyt długo do VR. Bo jednakowoż, cokolwiek byśmy w VR nie zeżarli, oszukamy mózg, ale ciała juz raczej nie.

Inception bardzo ciekawie drenuje ten temat. Wprowadza relatywizację czasu poszczególnych poziomów fikcji wyśnionej - tu troche trąca to „Perfekcyjną Niedoskonałością” Dukaja - dzięki czemu sekundy w warstwie realnej rozciągaja się do setek i tysięcy w warstwach głębszych. Mamy światy w światach, zniekształconą fizykę, wpływ warstw górnych na dolne, dolnych na górne i grasujące wszem i wobec wytwory podświadomości.

Najbardziej podobał mi się pociąg tnący jak przecinak wzdłuż zakorkowanej samochodami ulicy.

Do tego aktorzy - poza Di Caprio mamy Levitta (musiałem sprawdzić skąd znam ta twarz, przyznaje się bez bicia - grał w... „Trzeciej Planecie od słońca...” Jakoś tak horrorowaty mi się wydawał), Marion Cotiliard (chyba zawsze mi się będzie kojarzyć z „Taxi” ale miała ostatnio bardzo ładną rolę w „Wrogu publicznym”), Tom Berenger (się chłopu postarzało, jednak życie nie sen), Michael Caine (ten jest niezniszczalny...), Cilian Murphy (bodajże szwarc charakter ze „Spidermana” ale nie kumam) i śliczniutką Ellen Page - tej nie przypominam sobie za cholerę.

Film broni sie ogólnie i szczegółowo. Jest śliczny zarówno w warstwie obrazu jak i spójny w narracji - do tego ostatnie salto-mortadele, choć przewidywalne do bólu, stawia bardzo ciekawe pytania rodem z Monty Pythona - ale niestetyż zaczynam mieć jedno „ale”. Mianowicie Di Caprio, który uwolnił sie z mozołem od postaci misia do przytulania z „Tytanica”, zaczyna mi popadać w stan przeciwstawny. Już w „Aviatorze” jakoś tak wiało od niego tragizmem wewnętrznym, podpartym skrętem kiszek, ale w Inception facet dostaje regularnego zatwardzenia.

Co widać po twarzy - człowiek ma takie - wytrzeszczone, to dobre słowo - wytrzeszczone oczy. I napięcie nieścieralne na twarzy.

Nazwijmy to facies bi-exoculus sufferis...

Poniekąd taką postać zbudowali mu scenarzyści, ale jednakowoż, jak już to kiedyś zauważył nasz wieszcz, poeta musi od czasu do czasu rozpiąć rozporek i wysikać się, by dalej móc cierpieć za miliony. A ten nic - chyba że do toalety latał w przerwach pomiędzy klipsami. Jeżeli DiCaprio nikt w łeb nie strzeli, bedziemy mieć kolejnego Nikosia Kejdża, tyle że w wersji nie patriotycznej a dramatycznej.

Ja to się muszę Janka Hoffandera zapytać o te wszystkie aktorki...

16 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Ellen Page byla w Juno jako ciezarna nastolatka, bardzo dobra.

Malutka... pisze...

No i wiedziałam, że skądś ją znam, tę Page, oczywiście. A w Juno to kapitalna ścieżka dźwiękowa była ;)
Ładna wróżysz Leosiowi, Abi, ładnie...

Mała Mi pisze...

:) Cilian M nie grał w Spidermianie :) tylko w Batmanie. Film był dobry... prawnie nie miałam się do czego przyczepić, a jak się przyczepiłam, to w dyskusji wyprostowano moje teorie :) a wytrzeszczu nie zauważyłam zupełnie...

P.S. Scena z pociągiem również mi się podobała ;)
P.S. P.S. "Trzecia planeta od słońca" była super i Levitt teraz.. mmm... wspaniały :)

Anonimowy pisze...

Biexoculus :-D
Czadu dajesz, Abi, jak zwykle. Super :-)
nika

Anonimowy pisze...

Dobrze, ze znowu bylo o kejdzu Uwielbiam czytac,recenzje napisane z pasja...
obom

Edyta pisze...

oo, ooo, dziś właśnie wybieramy się z menszem obejrzeć, z dawien dawna wyedukowani Lemowo. Duakjowo również :)
z tym, że jeśli aktualnie "przebywam w rzeczywistości wirtualnej", to ja proszę o odłączenie kabelków. bo nie podoba mi się taka rzeczywistość:)

dexter pisze...

jeżeli kiedykolwiek zdecydujemy sie na wejście do rzeczywistości wirtualnej*, nieodróżnialnej od realnej, do końca życia nie będziemy pewni czy z niej wróciliśmy.

Siergiej Łukjanienko nazywa ten stan deep-psychozą.

Wychodzi na to, że Polacy i Rosjanie mają te wszystkie konsekwencje życia w VR przemyślane najlepiej.

ewiater pisze...

bo myśmy trochę czasu na tym folVRku spędzili, Rosjanie nawet więcej...

Anonimowy pisze...

Czy tylko moj przenikliwy umysl znalazl rozwiazanie problemu jak rozroznic idealny VR od rzeczywistosci?
Szanowny gospodarz bloga sam przeciez poddal jedyny sensowny trop - jesli po pozartym obiedzie nadal nam burczy w brzuchu to obiad byl wylacznie wirtualny.
QED :D
Turzyca

abnegat.ltd pisze...

Anonimie, tegom nie widzial. Sie nadrobi :)

Malutka, ja go lubie. Ale jak sie facet przez dwie i pol godziny filmu zachowuje dramatycznie... Moze coponiektore chlopy tak maja? ;)

Mala Mi, wiedzialem ze gdzies juz straszyl :) A Levitt sie taki - rasowy - zrobil. Podoba mi sie.

Nika, no bo jak inaczej przetlumaczyc dwuwytrzeszczny ;)))

Obom, strasznie mi ten pajac zalazl za skore :]

Edyta, milego ogladania :) Zdecydowanie warto. Przyjemnie wykonany film.

Dexter, juz idzie do mnie 5 pozycji... Ponoc lepsze niz film. Sie musze przyznac ze lubie wschodnia tworczosc - nawet Strugackich z ich siermiezno-socjalistycznym humorem. Z zachodniej fantastyki to chyba Dick jedynie wyszedl poza "Mam 3 latka i pisze calkiem siama". Boszsz - gdybyz tacy Strugaccy machneli "Pottera" ;)))

Eviater, mowisz ze jak sie na nasza historie najnowsza patezy to czlowiek nie wiwrzy ze to na serio? Bioeac pod uwage ostatnie jaja, szeroko cytowane w prasie i na blogach - trudno sie nie zgodzic.... :]

Turzyca - w brzuchu nurczy, slabniesz z glodu - a VR usluznie podsuwa Ci pod oczy pustynie bez kropli wody czy innego kabanosa z Merlina ;)

Anonimowy pisze...

Abi, cosik się z zakładkami porobiło. Jak wchodzę przez Twojego bloga na inny, to otwiera się groch z kapustą zamiast strony bloga.
nika

Edyta pisze...

obejrzałam. dla marud przyczepiających się do pierdółek: a cmoknijcie mnie w zadek! dobre to i już! hicior wstrząsający trzewiami i wywalający je na wierzch to może nie, ale dawno nie oglądałam filmu bez chęci spałzowania i wyjścia na fajkę :) (nie mówiąc już o po prostu wyjściu i nie wracaniu, zdarzało się. ale zawsze mi szkoda porzucać męża w katuszach :))
btw. bardziej mi pasuje Ubik Dicka (ploty chodzą jakieś o nakręceniu filmu...?) niż Dukaj, czy Lem.

abnegat.ltd pisze...

Nika - nie mam pojecia. U mnie dziala. Moze Ci komp sie zbiesil?

Edyta, a jeszcze bardziej "Trzy stygmaty Eldricha Palmera" :)) Szczegolnie te nieoczekiwanie pojawiajace sie wytwory podswiadomosci. To zreszta byl konik tego biedaka - schizofrenie mial ponoc klasyczna...

(KK) pisze...

No, a Irrehare? Też Dukaja. Bardzo bardzo pasuje ;) Świetny film.

Edyta pisze...

słusznie prawisz Abi, zapominało mi się o "Trzech stygmatach...", a to dlatego, że "Ubik" mnie straszliwe potargał i tą książkę pamiętam najlepiej :) i tak, schizofrenię biedak miał. teraz pytanie, czy bez choróbska byłby tym kim był. ale to już inna dyskusja :)

Tymek pisze...

a w tej paskudnej paskudnej shutter island to niby co miał na twarzy?