piątek, 13 marca 2009

Ghost busters

Siedzieliśmy sobie na stacji, kolacja zeżarta, lenistwo się panoszy. Dzień był dość pracowity więc oczekiwania co do spokojnej nocy były usprawiedliwione. Ponieważ tego typu myślenie jest typowym myśleniem magicznym a świat ma w nosie co się komu w głowie ubzdura - jakoś tak po dzienniku dyspozytor wysłał nas do umierającej kobiety.

Historia nieco dziwna - nijak nie mogłem pojąć powodu wezwania. Rozpoznanie jednoznacznie śmiertelne, faza terminalna. Rodzina wespół z pacjentką zadecydowała że ostatnie chwile spędzą w domu. Zabezpieczenie przeciwbólowe doskonałe - żadnych dolegliwości. Żadnych objawów ubocznych typu nudności, wymiotów czy czego tam jeszcze. Zbadałem, porozmawialiśmy chwile, wyjasniłem że nic więcej zrobić nie możemy i pojechaliśmy z powrotem.

Jeździłem do tej pacjentki jeszcze dwa razy. Koło północy i nad ranem. I jakoś przy drugiej wizycie dotarło do mnie że wzywali mnie bo czuli się nieswojo. Stereotyp w społeczeństwie jest prosty - jeżeli pacjent umiera, ma przy nim być lekarz. Zjawisko jest na tyle powszechne, że część moich kolegów próbowała w ostatniej chwili przed zgonem przenieść pacjenta na OIT. Toż wyraźnie stoi - Oddział Intensywnej Terapii. A nie umieralnia.

Za trzecim razem potrzymałem pacjentkę nieco dłużej za rękę, pogadałem ze spetryfikowaną rodzina, opowiedziałem czego się mogą spodziewać i - powodując lekki wytrzeszcz oczu ratownika - zapowiedziałem że jak by co to niech dzwonią. Daleko nie jest, jak będziemy mogli to wpadniemy.

Nie zadzwonili więcej. Następnego dnia z rana mój zmiennik wypisał stwierdzenie zgonu.

Pogotowie nie jest od trzymania za rękę. Ale z drugiej strony - jak jest źle, who do you call?

25 komentarzy:

kiciaf pisze...

Niby masz rację.OIT nie jest od tego. Ale co ma zrobić rodzina gdy pogarsza się stan zdrowia starego człowieka, by mu zapewnic opiekę?Przecież nie załozy cewnika, nie nawodni kroplówką sama oraz nie wypisze sobie leków przeciwbólowych. I nikt jej też nie powie co będzie się działo - czyli jak wygląda sam moment śmierci.Bo my się chyba boimy tego, że ktoś umrze w domu. Bo będziemy musieli na to patrzeć, w tym w jakiś sposób uczestniczyć,bo będziemy chcieli pomóc a nie wiemy jak, bo nie wiemy czy to już. A poza tym musimy załatwic wszystkie sprawy związane ze zgłoszeniem zgonu, zabraniem ciała itp. Przeciez nikt nie będzie wcześniej organizował takich spraw. Żeby nie zapeszyć.
W szpitalu umiera się prościej - przynjmniej z punktu widzenia rodziny. Przychodzisz na kolejne odwiedziny i widzisz puste łóżko. Strata po zmarłym jest taka sama, ale problemów masz mniej.
Kiedyś byliśmy ze smiercią oswojeni bardziej. Nie było lekarzy, szpitali. Człowiek rodził sie i umierał w domu.Dzieci od maleńkości widziały śmierć czlonków rodziny, były prowadzone na ostatnie pożegnanie z dziadkiem czy babcią. A teraz ? przed dziećmi szczególnie małymi cześto rodzice ukrywają fakt smierci czlonków rodziny. Mówią "wyjechał daleko", "poszedł do Bozi", ale w swiadomości dziecka pozostaje fakt iż żyje, tylko go nie ma z nami. Idąc dalej tym tropem nasuwa mi się taka myśl: Skoro przed dzićmi ukrywa się prawdziwą śmierć i nie daje doznać prawdziwego ból, żalu i straty - to jak te dzieci w przyszlości mają rozróżnić świat realny od np świata gier i filmów w których wszystko juz potrafi spływac krwią.

A może poszłam odrobinę za daleko...

basia.acappella pisze...

Tak, zawsze namawiam rodziców małych dzieci, by nie odgradzali pociech od 'tego'. Jedni i tak rozumieją... inni myslą, że chroniąc są nowocześni i 'dla dobra'...

Catta pisze...

Być przy iluś tam umierających z racji zawodu a być przy własnej umierającej matce to nie jest to samo. Wtedy jest się zagubionym, samotnym, przerażonym i szuka sie pomysłów co jeszcze mozna zrobić, żeby ulżyć umierającej osobie i zmniejszyć własny lęk przed tym co nadchodzi. Szuka się wsparcia, Abnegat tego wsparcia udzielił.

Anonimowy pisze...

Hmm... rozumiem tych ludzi... pewnie sama bym dzwoniła do lekarza, że może jeszcze medycyna coś pomoże i że ja też zrobiłam, co mogłam. Temat trudny... ale żadną miarą nie da się go ominąć.
Krysia

dotty pisze...

Z traktowaniem problemu śmierci przez rodziców małych dzieci to mi się przypomniało jak miałam kilka lat. Na placu zabaw był martwy gołąb i nikt go jeszcze nie sprzątnął. Matka innego, młodszego dzieciaka na pytanie "co mu się stało?" odpowiedziała, że "nic, gołąbek śpi", tu się musiała włączyć dotty która już wtedy nie lubiła być robiona w bambuko i stwierdziła "że nie śpi, bo nie żyje". Nie wiem czemu to pamiętam.

Moja babcia umarła u siebie w domu na wsi i potem ciało czekało (1 czy 2 dni) w domu zanim je zabrali. Sąsiedzi przychodzili się modlić. Nie było to wcale takie znowu straszne. Z kolei gdy wujek umarł w szpitalu a na pogrzebie była już tylko urna z popiołem to wydało mi się to dość bezosobowe. Ale przecież żadna forma pożegnania nie jest gorsza.

Abnegat mnie uczywiście utwierdza w przekonaniu, że fajny z niego ludź. :)

dotty pisze...

Z dzwonieniem do lekarza w takich sprawach - ludzie nie wiedzą, czy na pewno nie boli, czy to naprawdę już koniec? Wolą żeby ktoś, kto ma wiedzę i autorytet się wypowiedział.
Lepsze ewentualne pokłocenie się z pogotowiarzem niż poczucie winy.

dotty pisze...

Z dzwonieniem do lekarza w takich sprawach - ludzie nie wiedzą, czy na pewno nie boli, czy to naprawdę już koniec? Wolą żeby ktoś, kto ma wiedzę i autorytet się wypowiedział.
Lepsze ewentualne pokłocenie się z pogotowiarzem niż poczucie winy.

Anonimowy pisze...

Abi,Wielki Szacunek za to przytrzymanie pacjentki za rękę.Ludzki Człowiek z Ciebie i tyle i dlatego lubię słuchać co masz do powiedzenia.A jak to jest być przy umierającej matce można przeczytać u Pasierba w "Gałęziach i liściach" (u księdza który widział nie jedną śmierć i...kiedy umierała jego matka nie wiedział już nic).Przeraża mnie wizja bezradnego patrzenia na odchodzenie bliskich.Może z tą rodziną było tak jak z Pasierbem? Tego nie wiem,ale wkleję Wam kawałek tekstu."Wiedziała czy nie wiedziała? Z rozdzierającą przebiegłością bezsilnej miłości oszukiwaliśmy się wzajemnie. Wiedziała, musiała wiedzieć. To pogłaskanie po głowie, kiedy już nie mogła mówić, a potem powiedziała: «Jak tu ciemno». Kobiety patrzyły na mnie, to było pożegnanie. Wiedziała.
Ale co się działo ze mną, który ją przygotowywałem wieczorem na śmierć szepcząc jej w półmroku do ucha akty wiary, nadziei, miłości i żalu, ze mną, któremu profesor tak znacząco ściskał rękę? Wiedziałem, czy nie wiedziałem?
Wezwany w sobotę in Albis tuż przed południem, usłyszałem jak ktoś powiedział «kona». Wepchnięto mnie do szatni, patrzyłem na jakieś palta, było ciemno, odmawiałem modlitwy za konających z brewiarza, więc musiałem wiedzieć. Przyszedł doktor, dał mi w szklance czegoś bardzo gorzkiego, potem mnie zawołali…
Spokój, żadnego szamotania się, bez tej żyły rozpaczliwie tętniącej na szyi, leżała cicho. Zapytałem:
– Śpi?
Więc nie wiedziałem?
Ktoś się rozpłakał. Namaściłem ją na czole. Była ciepła.W drzwiach spotkałem księdza, który miał jej udzielić namaszczenia."
ps. ...może rodzina tej pacjentki nie miała okazji ,ale ja dziękuję Abi ,za nieobojętną reakcję na to wezwanie.Pozdrawiam-emili

MR pisze...

mozna na to popatrzec tez z innej strony: w tym czasie mogl umierac czlowiek ktory mial szanse na kolejne 30 lat zycia, ale bez zespolu PR marnie skonczyl...

pytanie: czy pogotowie ratunkowe jest od ratowania zycia czy od terapii paliatywnej i psychologii?

nie jest to komentarz krytyczny wobec abne, lecz zacheta do dalszej dyskusji.

eee-live pisze...

Nie chcę się wymądrzać ale z własnego doświadczenia wiem że jak umiera bliska osoba (jaka by nie była) ludzie starają się zrobić wszystko by pomóc. Mój ojciec też był w dzień śmierci przewieziony do szpitala bo najzwyczajniej w świecie już nie daliśmy rady zapewnić mu jako takiej opieki, a poza tym nie było jak mu morfiny podać bo żyły się chowały a jak nie to pękały. Mama musiała pracować brat był na praktykach a ja w wieku 13lat nie mogłam mu zrobić zastrzyku z bądź co bądź leku silnie uzależniającego. Ale nie chcę się tłumaczyć ;)
Taką decyzję podjęły osoby dorosłe wraz z lekarzem.

Anonimowy pisze...

MR:"pytanie: czy pogotowie ratunkowe jest odia czy od terapii paliatywnej i psychologii?" Myślę sobie ,że jest od ratowania życia,od psychologii i od terapii paliatywnej i od paru innych rzeczy też (jako,że człowiek to ciało, (dla niektórych)dusza i psychika).Medyk jest dla ludzi,a nie ludzie dla medyka.Wydaje mi się ,że praca lek.med. jest w dużej części służbą.(Może nie dla wszystkich znanych mi lek.med.,ale dla ogromnej większości.)Może to zabrzmi jak wytarty komunał,ale moim zdaniem tak jest.Ważne żeby we wszystkim co się robi być Człowiekiem,do samego końca.A gdybanie ,że gdzieś tam może był ktoś kto potrzebował pomocy doraźnej... Hmm,tego na pewno nie wie nikt .Stało się jak się stało,a Abi był tam gdzie był.Czasem życie stawia nas w takiej sytuacji ,że człowiek chcąc nie chcąc wychodzi poza granice własnej specjalizacji i nie chodzi tu tylko o zawód medyka.Życie po prostu bywa zaskakujące. Pozdrawiam-emili

kiciaf pisze...

Nie uważam, że pogotowie jest od takich przypadków. Tylko znalezienie innej opieki w takich przypadkach jest niezwykle trudne, a czasami wręcz niemożliwe. Mam w tym względzie parę doświadczeń własnych. Różnych.
Przypadek pierwszy
Mój ojciec gdy dowiedział się o raku podjął decyzję, że nie chce operacji ani chemii - chciał byc z nami a nie w szpitalu. Czuł się różnie - ostatnie miesiące z wenflonem i kroplówkami. Z przychodnią było ustalone, że raz na trzy dni przychodzi pielęgniarka, reszta na telefon. Wyprawił swoje imieniny, zaprosił swoich przyjaciół. Był w dobrej formie, zadowolony. Umarł we śnie - we własnym domu - chyba szczęśliwy. Parę dobrych lat temu to było.
Każdemu życzę takiej śmierci.

Przypadek drugi.
Babcia mojego męża. Prawie dziewięćdziesiąt lat, cukrzyca, a potem jeszcze pare innych przypadłości. Telefon wieczorem od teściowej: "Przyjedź prosze z babcią jest niedobrze". Przyjechałam. Zobaczyłam.Tracila przytomność, majaczyła, była kompletnie odwodniona. Wezwałam potowie. Zabrali babcię do szpitala. Dwa dni leżała na izbie przyjęć, na korytarzu. Nie chieli jej przyjąć na oddział. Dali jej kroplówkę, cewnik i odesłali do domu. Powiedzieli, żeby nie moga jej pomóc. Wiedzieliśmy, że to już koniec. Chodziło tylko o zapewnienie godnych warunków do tego żeby mogła sobie spokojnie umrzeć. Szpital się wypiął, przychodnia powiedziała, że ma braki kadrowe i jak tylko będą mogli to przyślą pielęgniarkę. Nie zdążyła.
Wiem, że nikt już jej nie mógł pomóc, chodziło tylko by umarła bez niepotrzebnych cierpień. Hospicja albo inne znalezione stosowne instytucje odpowiadały, iż nie mają teraz żadnych możliwości, może za miesiąc.
Cały czas nie wiem, czy zrobiliśmy wszystko aby jej pomóc. Zawsze będzie mnie to męczyć.
I tego nie życzę nikomu.

Anonimowy pisze...

Abi

żyję już długo

różne różności w słuzbie zdrowia były, niestety, moim udziałem

i powiem tek: bardzo Cię szanuję. Obawiam sie, że gdybys Ty był na miejscu gościa co wpadł do mojej matki - żyłaby....

Piekny człowiek z Ciebie.

Gdybyż tak ktos wymyślił tabletkę "Empation" ....obowiazkową...

pozdrawiam
poruszona gaudia

Catta pisze...

Czy na pewno potrafimy powiedzieć że dla każdego oznacza to samo: " by umarła bez niepotrzebnych cierpień" (cytat z Kiciaf). Dla jednego śmierć we własnym łóżku, nawet z bólem, ale w "swoim gnieździe" z rodziną na wyciągnięcie ręki jest mniejszym cierpieniem niż umieranie na obcym szpitalnym łóżku, z kapiącą kroplówką, w zamroczeniu lekami, gdy nie wiadomo kto jest w pobliżu.
Na szczęście dla nas ludzie umierający mają najczęściej przymgloną świadomość, chociaż jak to jest wtedy naprawdę i tak każdy z nas dowie się...kiedyś.

abnegat.ltd pisze...

Kiciaf, to jest dość często mylone pojęcie. Intensywna terapia - jako oddział zajmujący się stanami ciężkimi - bardzo często jest myony z oddziałem stanów terminalnych. I jak ktoś zaczyna umierać w szpitalu - natychmiast znajdzie sie doktor co to bedzie przenosil pacjent ana IT. A wskazania sa proste - pacjent musi wymagac IT i miec - przynajmniej teoretycznie - stan odwracalny.

Problem umierania w domu. Z jednej strony rodzina, ktora sie bliskim zajmie. I jemu chyba tez jest lepiej. A ze nie kazdy sie do tego nadaje - no, nie kazdy. Co robic. Jezeli chodzi o zalatwianie formalnosci, to kazda firma pogrzebowa zalatwi wszystko - od A do Z. Czy w szpitalu lepiej - nie wiem czy to takie oczywiste. Rodziny staja w obliczu sekcji, wydania zwlok, konicznosci odbioru o danej godzinie... Nie wiem.

Ze nie umiemy o tym mowic i chowamy wszystko pod dywan - tez prawda. Ale to juz nalezy do nas samych zeby sie o tym nauczyc rozmawiac. Ciekawe ze ten temat wraca przy kazdej co bardziej powaznej notce ;) Ja sobie zazycze zeby na mojej stypie byla zabawa - bo sie dziadzio cale zycie dobrze bawil a umarl bo czas przyszedl. Czego nas to wpedza w paralizujacy smutek - tego nie wiem. Gdyby dziadzio mogl zyc wiecznie - a mimo to zginal - to zupelnie co innego. Ale poki co smierc jest wpisana w nasze zycie jak cala reszta fizjologii. A sam kaze sie spopielic i wystrzelic z takiej wielkiej rakiety jako fajerwerki. Taka mam koncepcje.

Basiu, nie wiem skad to sie w nas bierze. Smierc nalezy oswajac. Znaczy - z ta mysla nalezy sie oswajac. Bo dieki temu nie gnije sie rano w wyrze, nie traci sie dnia - bo szkoda. Bo kazdy stracony - jest nie do odzyskania. Ludzie zaczeli wierzyc ze mlodosc jest wieczna a my zyc bedziemy do swiata konca.

Catta, trudno sie z tym pogodzic. Ale wlasnie dlatego tak sie dzieje ze gdzies tam w srodku nie dopuszczamy mysli o wlasnej smiertelnosci. Nie rozmawiamy, nie myslimu - wszystko jest oki wiec hurrra.
Ja umre. Moi rodzice umra. Moje dzieci. I dzieci ich dzieci. Przez jakis czas poniosa pamiec o nas. A potem znikniemy w szarej masie niepamieci. Dlatego tak wazne jest pamietac o tym kazdego dnia - bo dostalismy tylko te kilkadziesiat lat. I dla mnie osobiscie nie jest to powod do smutku tylko do balangi ;)

Krysia, ja sie ludziom nie dziwie ze w takich stanach dzwonia. Bo chca wiedziec ze wszystko bylo ok. Ze ich bliski nie cierpial. Ze wykorzystalismy kazda sznse zeby przedluzyc mu zycie. Nihil novi.

Wszystki Dociki to fajne chlopy! :D Znaczy, wszystkie Ryski to fajne baby :DD Znaczy tego.
Czyli ze Docika nie da sie wpuscic tak prosto w maliny. I dobrze. A czy ja jestem fajny? Nie wiem. To sie okaze jak mi zwaza dobre i zle uczynki... A odnosnie tego dzwonienia to chyba Cie zdublowalem ;)

Emili, co ja moge rzec. Nigdy sie smierci bliskich lekko nie traktuje. Ale kiedys Agregat ladnie napisal - ze moze bysmy pamietali o nich kiedy zyja - a nie kiedy na lozu smierci czekaja na slowa pojadnania. U Morfeusza tez kiedys wyszedl ten temat. Rodzina dawno nie widziana, ktos ze Stanow jedzie - a to nie bylo czasu zeby sie zoabczyc wczesniej? Dopiero trzeba wykitowac zeby ktos dupe ruszyl zza oceanu? Dziwny jest ludzki rod.

MR, to nie sa czasy gdy karetka wyslana przepada w rejonie i poki sie nie zglosi - nie ma z nia kontaktu. Jezeli sie cos trafi pilnego to nawet w trakcie mozna karetke przekierowac. Albo wyciagnac zespol z domu pacjenta ktory nie umieral - i wyslac mu transport. Takie akcje tez byly.

EL, no wlasnie. Zeby pewnym byc ze sie nic nie zaprzepascilo.

Gaudi, no jak cie prosze... Toz ja sie czerwienie wcale nie virtualnie.

Anonimowy pisze...

... wiem,Abi czytałam u Agregata i Morpheusza jakiś czas temu.Cóż poradzić,skoro ludzkość nie potrafi kochać "na bieżąco" i zapada na nagły przypływ zainteresowania nijako post factum ?Pozostaje tylko być dla bliskich na wyciągnięcie ręki (chociaż czasem fizycznie daleko).Nic innego nie da się wymędrkować.Czasem bliższy niż bliska rodzina jest całkiem obcy człowiek trzymający przez chwilę za rękę."Dziwny ten świat" i już- pozdr.emili

piotrek pisze...

Mocne muszę powiedzieć. Cóż do dodania? Ludzie nie mają know-how jak umierać i jak ustosunkować się do śmierci.

Nie to co w średniowieczu kiedy temat zgonu był na topie ;)

Pozdrawiam !

eee-live pisze...

Abi nie wiem co kierowało osobami decydującymi o wysłaniu ojca do szpitala jak nawet ja wiedziałam że dni ma policzone. Może faktycznie chcieli mieć pewność że zrobili to co można było. Tylko nie wiem dlaczego wzięli go na wewnętrzny a nie na paliatywny? Chyba że wtedy jeszcze nie było paliatywnego. Ale tego nie wiem.

Anonimowy pisze...

Anduru pisze:
Ciężki temat; Też miałem parę sytuacji, że trzeba było powiedzieć, że ktoś umiera i że już nic nie da się zrobić; staram się wyczuć rodzinę czy chcą na siłę do szpitala, wtedy im tłumaczę, że to jest ostatnie miejsce na spokojną śmierć. Zawsze mówię, że to co możemy zrobić to spowodować żeby człowiek nie cierpiał, takie rzeczy jak podanie morfiny, inne ułożenie czy odessanie są w naszym zasięgu. I tylko raz na siłę wysłali ojca do szpitala i tam zmarł kilka godzin później - powiedziałem im wtedy, że są bez sumienia - no ale ważniejszy był ich wyjazd.
Zdarzyło mi się kiedyś jechać do pomocy zespołowi z ratownikami którzy reanimowali - przyjechałem poinformowali mnie co i jak - powiedziałem żonie że to już nie ma sensu, że nie będziemy już "męczyć" jej męża ona wtedy powiedziała, że widzi, że już nic nie można zrobić i też już nie chce dalszej reanimacji.
Najgorsi są nowobogaccy, którym się wydaje że za pieniądze kupią trochę więcej życia, a do tego jeszcze emerytura przyjdzie- Mam pomysł co z takimi ludźmi zrobić ale to nie na forum publiczne.

abnegat.ltd pisze...

Emili, no właśnie. Dziwny jest ludzki ród.

Piotrze, średniowiecze nie tylko rozmawiało - aplikowało śmierć w spektrum przekraczającym współczesne wyobrażenie ;)

EL, może nie. Ogólnie na paliatyw trafia się z potwiedzoną choroba terminalaną - czyli nigdy z IP.

Anduru, gdzies tam wcześniej jest opis pacjenta, który zmarł kilka minut po przyjeździe karetki. A żona chciał ago na gwałt wywalić do szpitala.
Mnie to okrutnie irytowało. Aż przyszedł taki dzień że mi dotarło w końcu że - szeroko pojęci - oni są przerażeni. I nie działają racjonalnie. Działaja ogarnięci paniką z gatunku najstraszliwszych - bo odbierających zdolność myślenia.

Jakoś im starszy sie robie tym bardziej ostrożnie oceniam innych...

abnegat.ltd pisze...

Natomiast arogancja zawsze doprowadzała mnie do szewskiej pasji - i cieżkiej awantury.

eee-live pisze...

Abi to naświetliłeś mi sytuację. Nawet jeżeli był już wtedy w tym szpitalu paliatyw to ojciec po prostu nie doczekał. Chociaż mówiąc brutalnie dzięki temu miałam odrobinę lepiej. Ale to już było i nie chce więcej rozdrapywać ran.

Zadora pisze...

Boimy się śmierci bo jej nie znamy. Bliscy umierają w szpitalu samotni a my nie mamy tego dopełniającego życie przeżycia w palecie swoich doświadczeń. Dziadkowie znikają z życia dzieci nagle i niezrozumiale. Co takiego się stanie dziecku, jeśli powiemy, że dziadek zmarł i zabierzeby go na pogrzeb, żeby przeżył to wraz z nami? Dzieciom łatwiej to zrozumieć niż nam dorosłym, tylko rozmawiajmy z nimi i traktujmy poważnie tak jak siebie traktujemy. Będą wtedy wiedzieć, znać uczucie straty ale i pożegnają się. Nie będą wypierać śmierci ze świadomości.
W momencie gdy ktoś bliski odchodzi, nie ma sensu pomagać mu przetrwać kolejną godzinę lub dwie. Warto pomagać im dobrze odejść. Bez cierpienia, bez strachu, wśród bliskich.
Abi ma rację. Ludzie, gdy ktoś bliski im umiera często gubią się, są przerażeni, nie wiedzą co robić. I wtedy robią cokolwiek, wzywają pogotowie, chcą zająć się działaniem bo boją się czekania na koniec i myślenia o tym. Odwracają swoją uwagę w działaniu. Tak myślę.

Anonimowy pisze...

Choć już się dziś wypowiadałam i doczytywałam komentarze w tej istotnej dyskusji... ale zaświtała mi w głowie taka propozycja dla Abiego... może teraz coś o innym bardzo ważnym momencie w życiu ludzkim... o narodzinach
Krysia

Anonimowy pisze...

... Agregacie jesteś bardzo mądrym człowiekiem ,wiesz? Pozdrawiam ciepło-emili Fajnie o śmierci mówił prof.Religa,odszedł zostały łzy a on jest po prostu gdzie indziej.