sobota, 14 marca 2009

Bucket list

Jako że wdepnęliśmy w temat oswajania śmierci, dzisiaj będzie o ciekawej pozycji sygnowanej dwoma wielkimi nazwiskami: Jack Nickolson i Morgan Freeman. Panowie okupują przeciwstawne końce ludzkiej finansjery. Freeman utrzymujący rodzinę z pensji mechanika samochodowego - więc z założenia nędza - i Nickolson który ma sie lepiej, bo całą pensje ma dla siebie. Pensję właściciela potężnej sieci prywatnych szpitali.

Nieco trudno sobie wyobrazić sytuacje w której przecinają się drogi obu panów. Wykluczając wypadek drogowy. Ale jako że wobec śmierci jesteśmy totalnie równi - panowie spotkają się jako pacjenci zajmujący jeden pokój szpitala, którego właścicielem jest Nickolson. Bzdura na kółkach? Absolutnie tak. Ale reżyser pięknie to wytłumaczył skąpstwem wodza. Mianowicie główna dewiza Nickolsona brzmi: nie prowadzę Spa. Prowadzę szpital. Jeden pokój - dwóch pacjentów. I żadnych wyjątków.

...ale zemsta choć leniwa
zagnała cie w nasze sieci...


Okazuje się że panowie muszą poddać się chemioterapii. I wśród problemów efektów ubocznych rodzi się dość niesamowita przyjaźń - niedoszłego profesora historii, wierzącego w Boga filozofa-erudyty i twardo stojącego na ziemi cynicznego, ultrainteligentnego multimiliardera.

To nie jest arcydzieło. Ale co ciekawe, w żadnym momencie film nie wpadł w pułapkę populistycznego sentymentalizmu. No, może na końcu... Pamiętajmy jednak że jest to hollywoodzka produkcja dla przeciętnego Amerykanina. Którym jest jedenastoletni Murzyn analfabeta.

Nie dać się. Czyli wykonać do ostatniego punktu The Bucket List*.

*dla nie władających lenguidżem: my kopiemy w kalendarz a anglicy kopią w wiadro...

9 komentarzy:

Anonimowy pisze...

oglądałam
fajny
mimo sceny z córką/wnuczką Nicholsona

lubię obu panów, więc miałam czystą przyjemność pogapienia się na nich w niespiesznym obrazie
i pogapienia się na parę plenerów

ale nie porusza

miłego weekendu Abi
w Lodzi pieknie, słońce i wiosna, więc geba się smieje niezaleznie od rozumu

gaudia

Anonimowy pisze...

Anduru pisze:
Fajnie że ten temat poruszyłeś; leży dziecko na oddziale chore ale na dolegliwość, z którą medycyna sobie doskonale poradzi i dziecko będzie wyleczone i przychodzi matka tego dziecka i rząda żeby jej dziecko miało osobną salę bo drugie które leży na tej samej sali ma np. biegunkę i tak przez przypadek bądź nie przypadek zostanie jej dziecko przeniesione na salę gdzie leży albo będzie leżało dziecko ze śmiertelną chorobą do którego nikt nie przychodzi i wtedy zachodzi czasami przemiana - potrafi się opiekować i swoim i tym niczyim dzieckiem, które prędzej czy później umrze i okazuje się, że nawet ta biegunka już nie przeszkadza. Człowiek musi zobaczyć nieszczęście żeby dotarło do niego że tak na prawdę to nie ma prawa narzekać na swoje życie, i że powienien cieszyć się życiem a nie kruszyć kopii o nie wiadomo co.

Anonimowy pisze...

A jak to sie stalo, ze znalazl prace za granica przecietny polak - zlodziej i antysemita?

Zadora pisze...

Anduru
podzielam tezę, życie to radość, nie warto sobie samemu golgoty fundować.
A zamykanie się na nieszczęścia innych przed niczym nas nie uchroni a raczej zuboży.

Anonimowy pisze...

Anduru pisze:
Bo tak na prawdę to na zachód wyjechali w większości Ci co sa otwarci na świat i znają swoją wartość niezależnie od tego czy pracują na zmywaku czy są lekarzami, a w mniejszości wyjechali ci co są złodziejami i antysemitami. Polak na zachodzie to nie ten sam Polak - potrafi się dostosować do rzeczywistości, potrafi pracować walczyć o swoje lepsze życie i cieszyć się nim. Ci którym nie udało się zaistnieć tam nie zaistnieją i tu.

Werni pisze...

Widzę, że lubisz oglądać, więc polecę ze swojej strony "Listonosze w górach" (a może "Górscy listonosze"? - przysiągłbym, że w kinie miał tą pierwszą nazwę, a na necie ma tą drugą) fajny Chiński film - może trochę łapiący widza za emocje, ale warto. Jakbyś go znalazł na DVD to... daj znać ;)

tanczaca w deszczu pisze...

Brzmi interesująco ;)

Nomad_FH pisze...

Muszę stwierdzić - mnie się ten film podobał, właśnie kwestia - nie poddania się, nie załamywania - tylko zamiast leżeć w szpitalu (który nic już nie może pomóc) - choć raz zrobić wszystko to na co się ma ochotę. A co później? Kogo by to obchodziło.
I rozumiem również postępowania postaci granej przez Freeman-a, chyba również wolałbym nie być "huhanym dmuchanym" bo jestem umierający. A tak odszedł (chyba) szczęśliwy...
I tu w przeciwieństwie do przedmówców - mnie film w jakimś stopniu poruszył :)

abnegat.ltd pisze...

Witajcie :)
Jak to powiedział kiedyś baca co się spożnił na pociąg - lepiej późno niz wcale ;)

Gaudia, może nie dokońca nieporusza - ogólnie pozytywnie, końcówka troche holi-woodoo-wata, ale całość da się oglądnąc.

Anduru, perspektywa jest wszystkim, nieprawdaż? Masz absolutną rację...

Anonimie, to w temacie jest? Sie zgubiłem. Nickolson jest Amerykaninem, a Freeman też - tylko że Afro. I żaden nie wypowiadał się o Żydach. :/

Agregat, to zalęzy - czy jesteś optymistycznie nastawionym pesymistą czy wręcz odwrotnie ;)

Werni, jak znajdę - dam znać :) Póki co mam kilka zamówień i nie mam kiedy zrealizowć...

Tańcząca, na nudny wieczór w sam raz ;)

Nomad, zwróć uwagę że to nie było o Kowalskim tylko bajka o Kopciuszku w nieco zmienionej scenerii. Myślę że w takiej sytuacji każdy by się załapał na - nazwijmy to eufemistycznie - wycieczkę ;)