sobota, 19 października 2013

Surditas surditatem invocat

Październik. Nawet nie wiadomo, skąd się wziął. W dodatku już się kończy. Mam wrażenie, że ta dziura, wyhodowana w CERNie, zeżarła nas ze szczętem i zapadamy się gdzieś pod horyzont. Zdarzeń. Skutkiem czego czas wykonuje ewolucje modo Red Arrows w czasie urodzin Królowej. Starając się zapanować nieco nad szaleństwem zakupiliśmy bilety i ruszyli do wielkiego miasta Manchester coby zobaczyć kolejnego Świętego Graala rocka lat '70. Czyli Rogera Watersa et cohortes (które to są nowe, bo stare cohortes nagrywają dalej pod nazwą Kamandy Pinka Floyda, procesując się z rzeczonym Watersem do upadłego).

Sama Manchester Arena, która ostatnio jakoś zmieniła właściciela i nazywa się teraz Phones 4 You Manchester Arena, jest - brakuje mi odpowiedniego kulturalnego słowa - sakramencko wielka. Dziesiątki wejść, tysiące - a dokładniej 23 tysiące - miejsc siedzących, jednym słowem: masakra. Na szczęście siedzieliśmy w sektorze bezpośrednio nad sceną, lornetki nie były potrzebne.

Waters, jak na siedemdziesięciolatka, zadziwia. Skacze, śpiewa i haftuje, zupełnie jak koło gospodyń, całości dopełniają efekty specjalne, wybuchające samoloty, latające świnie i inne demony made by LSD. Kto widział, ten wie, kto nie widział... Nie, niemożliwe, żeby ktoś nie widział Ściany. Jednym słowem: urzekające.

I byłoby to spełnienie snów młodzieży pokolenia '80, gdyby nie ludzka fizjologia. Z racji wieku oraz sklerozy zacytuję za Wikipedią: przeciętny zakres słyszalności to 16Hz - 20kHz, próg bólu: 110-140 dB, uszkodzenie słuchu 150dB, ubytek słuchu to 0,5 dB rocznie, po 50 rż 1 dB rocznie - w wieku 70 lat ubytek słuchu sięga jakichś 40 dB. Do tego dołożyć trzeba utratę zdolności słyszenia tonów wysokich; im jesteśmy starsi tym niżej przesuwa się nasza górna granica słuchu.

I tu dochodzimy do sedna.

Nie wiem, czy Waters jest głuchy, czy są to technicy dźwięku w Manchesterze, dość powiedzieć, że najlepiej słuchało mi się koncertu zatykając uszy. Palcyma. Wygląda to nieco kretyńsko, dodatkowo wycina najwyższą część spektrum, ale za to nic człowieka nie nap.dala w trakcie koncertu.

Powiedział bym tak: jechać warto, wręcz trzeba, ale jeżeli macie wrażliwy słuch, weźcie jakieś wytłumiacze. Wewnętrzne, zewnętrzne - nie ma znaczenia. Bo w pewnym momencie przestałem słyszeć muzykę, a docierał do mnie jedynie przesterowany, rzężący sopran wymieszany z uderzeniem basu zdolnym zabić dowolne zwierze.

13 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Abiś, surditatem. Poza tym extra opis. Dlatego na koncerty nie chodzę, boby mnie ze skarpetek wymiotło.
nika

abnegat.ltd pisze...

Hehe - łacina trudna est ;)
Zara poprawie. A koncert ładny był, ale dzwięk - niech go cholera. Z drugiej strony mógł sobiesąsiad śpiewać choćby i patriotyczne pieśni - niccc nie było słychać. Było tak głośno, ze drąc się sobie do ucha nie mogliśmy się porozumieć.

Anonimowy pisze...

No niestety tak mam w każdym (prawie) kinie. Że oglądam z zatkanymi uszami. A o koncertach już zupełnie nie ma mowy.
I zwykle się dziwię, ci młodzi, co lubią taką głośną muzykę mają chyba słabszy słuch od urodzenia, czy jak?
Ella-5

Green pisze...

Wiedziałam, że jesteś wrażliwy, ale nie sądziłam aż tak.

Toż to prawie jak akustyczna wersja :Księżniczki na ziarnku grochu".

Pozdrawiam

;]

(z Lołdonu)....

abnegat.ltd pisze...

Ella, ponoć to jest pokolenie głuchych. Z racji nadużywania słuchawek. Ale czytać - to jedno, a przeżyć - coś zupełnie odmiennego ;)

Greńska, w Lądynie też gra(ł?) - jak jesteś, to namów rodzinę ;)
Dobrze, żeś przyjechała. I nie desperuj - tutaj za minimalna mozna sobie wynając mieszkanie, kupić żarcie, opłacić rachunki i odłożyć na 2 tygodnie wakacji. Trzymam kciuki.

Green pisze...

Abi,ja jeszcze nie wiem,czy zrobiłam dobrze.
Wiem,na pewno,że tu nie do końca chodziło o kasę.
Jednak, zobaczymy jak to się potoczy.

Pozdrawiam

Unknown pisze...

Znakiem tego głuchy Rogers musi być od ładnych kilku lat,byłem na jego koncercie cuś koło millenijnego roku we Warszawie,program pewnie zbliżony, najwięcej The Wall.trochę Dark side,Animals,Wish you,najmniej dokonań solowych(tak to przynajmniej pamiętam),hologramy,lasery,śmasery teraz ma pewnie jeszcze lepsze, i rzeczywiście było głośno....A niskie tony łaskotały plexus solaris,że prawie można było fiknąć.Ale warto,Roger jest wielki.pozdr.Animowany.

abnegat.ltd pisze...

KOncert był wizualnie cacek - wybuchy razem z laserami jak najbardziej. Ale dźwięk - masakra. Podobno jak się komus drzemy do ucha, to daje to 130 dB - tam było tak głośno, ze nie dochodziło nic. Można się było drzeć bez ograniczeń.

Green pisze...

Aaa przypomniało mi się jak mój były chłopak, wymarzył sobie koncert Metallicy. Opowiadał mi to na serio, już za czasów,kiedy od lat nie byliśmy parą.
Pojechał na jakiś metalowy festiwal, zaopatrzył się w zatyczki do uszu.
Twardo, stał pod sceną, zniósł nawet koncert Behemota.

Kiedy zaczęła się Metallica, poczuł nagłą potrzebę wyjścia do toalety.
(Chłopaczyna dostał sraczki.)
Przesiedział w toy toyu większość koncertu, a kiedy wyszedł, jego miejscówka była dawno zajęta, a on nie zobaczył nic.

;]

Anonimowy pisze...

Pozdrowienia dla Abnegata i czytelników!
Green, szkoda, że tylko na zaproszenie do Ciebie:(. Czytam Cię od lat.
randi6

Green pisze...

Randi, nie było wyjścia, podania o klucz, są only via mail;]

2greenparadise@gmail.com

ps. Sorry Abi za tanie lansiarstwo

szaibocik pisze...

Na Narodowym tez dźwięk pozostawiał dużo do życzenia. Mimo wszystko efekt piorunujący. Będą jeździć ze Ścianą nawet ja Watersa nie będzie. Pozdro

szaibocik pisze...

Na Narodowym tez dźwięk pozostawiał dużo do życzenia Efekt mimo wszystko piorunujący. Widowisko będzie jeździć nawet jak już Watersa nie będzie; zobaczysz

Pozdrawiam serdecznie